Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

piątek, 15 czerwca 2012

Wszystko może się przytrafić

Kadr z filmu
  Ten film przy wielkim szczęściu można było zobaczyć parę lat temu w Telewizji Polskiej. Obecnie dokument można obejrzeć w serwisie Vimeo.com. Wszystko może się przytrafić nakręcił Marcel Łoziński w 1995 r. Nietypowy obraz, wobec którego nie sposób jest przejść obojętnie składa się z fragmentów rozmów kilkuletniego Tomka (tatą jest reżyser, który niespostrzeżenie nagrywał kamerą chłopczyka) z przypadkowo spotkanymi w parku ludźmi. 
Kadr z filmu
  Uroczy mały bohater z dziecięcą naiwnością i uroczym brakiem wyczucia podbiega nieskrępowanie do nieznajomych i zadaje im najróżniejsze pytania. Większość z nich, o dziwo, z sercem na dłoni sumiennie odpowiada malcowi na pytania. Niektórzy z nich odważą się nawet dać chłopczykowi proste porady na temat życia w ogóle (Tomek dowie się przykładowo, że gdyby się modlił to wiedziałby która rączka jest prawa, a która lewa). Widz z miejsca zostaje porażony niecodzienną dawką szczerości i autentyczności. Niesłychane, jak nieodparte może stać się pragnienie porozmawiania z drugą osobą i jak ogromna może być radość z poświęconej chwili i zainteresowania.

Marcel Łoziński z synem w 1998 r. podczas Spotkania z dokumentem filmowym. Z http://www.teatrnn.pl/leksykon/node/3048/marcel_%C5%82ozi%C5%84ski.
  Dokument chwyta za serce. Bynajmniej nie tylko ze względu na przecudnego szatynka na hulajnodze, który  ujmuje właściwą dla dzieci nieporadnością, naiwnością i spontanicznością. Obraz jest ponadto, a może i przede wszystkim "przyłapaniem" ludzi na chęci ujawniania swoich słabości, samotności i rozterek przed nieznajomymi. Na chęci rozmowy z drugim człowiekiem, który wystarczy, aby okazał choć ciut zainteresowania. Wszystko może się przytrafić do głębi przejmuje. Pozwala w pewnej chwili spostrzec, że bardzo łatwo jest nam wyobrazić sobie identyczne do bohaterów zachowania w takiej sytuacji. Wszystko może się przytrafić zmiękcza serce do granic możliwości.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Jack goes boating

 Jack goes boating to reżyserski debiut nagradzanego wielokrotnie Philipa Seymoure'a Hoffmana. Swoją premierę miał dwa lata temu i już wtedy konsekwentnie podzielił widzów na tych, którzy się nim zachwycili i na tych, którzy znudzili się do tego stopnia, że ziewając w kilka chwil zapełnili dwutlenkiem węgla salę kinową po brzegi. Można było także przejść obok niego całkowicie obojętnie, zwyczajnie nie rozumiejąc fabuły i jej bohaterów. Śmiało można chyba powiedzieć, że debiut Hoffmana można wrzucić do jednego worka z Drzewem życia Mallicka. Absolutnie nie ze względu na tematykę, abstrakcyjność, czy trudność w przyswojeniu. To jeden z tych filmów, który znajduje się gdzieś pomiędzy. Jedni polecą go, bo podejdą do obrazu subiektywnie i odnajdą w nim część siebie oraz ujmującą szczerość i prawdę. Drudzy natomiast zawtórują, że flaki z olejem. Do wyboru, do koloru, a więc tylko dla ryzykantów.
 Jack goes boating  opowiada historię niemiłosiernie szybko starzejącego się Jacka (Philip Seymour Hoffman), któremu daleko do bycia ideałem. Choć ekscentryczny i nietypowy, nadal jeszcze nie zrezygnował z poszukiwania miłości swojego życia, którą marzy oczarować swoją aparycją i elokwencją. Tym bardziej żmudne i desperackie stają się jego starania, gdy oddani przyjaciele aranżują mu randkę. Przytłoczony bagażem opowiadań i porad podekscytowanego małżeństwa (John Ortiz oraz Daphne Rubin-Vega) na temat miłości i związków zaczyna się poważnie denerwować. W końcu nadchodzi jednak wieczór romantycznego randez-vous. Już po paru chwilach okazuje się, że sympatyczny bohater na próżno się obawiał, ponieważ trafił swój na swego. 
  Connie (Amy Ryan) jest bowiem równie zwariowana i dziwna niczym jej blond partner. Oboje szybko znajdują wspólny język (niekoniecznie mówiony) i zaczynają snuć mniej oraz bardziej poważne plany na przyszłość. Postanawiają zaangażować wszystkie swoje siły w zbudowanie związku, nie wiedząc początkowo nic o dynamice miłości i relacji z drugą osobą. Tym bardziej pokrętne stają się ich starania, gdy wicie miłosnego gniazdka przerwie poważny problem. Bohaterowie nie tylko będą musieli przekonać się o tym jak trudne jest budowanie więzi i jak męcząca jest gonitwa za udanym związkiem. Będą musieli wspólnie przezwyciężyć obawy przed pozostaniem w relacji, której najbardziej solidnym fundamentem okażą się pozory. A taki obraz nawiedzać ich będzie tak często, jak spotykać się będą w domu pary, dzięki której się poznali.


 Choć dwuminutowy zwiastun filmu bardzo zachęca i wręcz kusi, aby po niego sięgnąć to nie należy spodziewać się wielkiego odkrycia sezonu. Hoffman wprowadza nas bowiem w fabułę nieco mało odkrywczą, ale za to jak spokojną i solidnie skonstruowaną. To film, przy którym się wzruszymy, zaśmiejemy, no i może ukradkiem przeciągle ziewniemy. Wywoła w nas ciepłe uczucia, ale nie na tyle, aby umieścić go na półce obok pozycji ulubionych. Jack goes boating znajduje się gdzieś pomiędzy, czyli jest z gatunku tych filmów, o których wprost mówi się, że "ni ziębi, ni grzeje". Ale moim zdaniem ma się na tej pozycji całkiem nieźle. Salwy śmiechu wywołuje scena kolacji, którą uroczy Jack przygotował dla swojej wybranki. Bezbłędna w swojej absurdalności!

czwartek, 7 czerwca 2012

Elizabethtown


To jeden z najprzyjemniejszych filmów jakie widziałam. I choć nazwisko Orlando Blooma, który został obsadzony w Elizabethtown w głównej roli, może z początku odstraszyć to jednak warto sięgnąć po ten film. Klasyczna komedia romantyczna Camerona Crowe'a pozwala na chwilę zrelaksować się i odpocząć. Ten, kto z zapałem śledzi setne powtórki takich hitów jak Zatańcz ze mną, czy Polowanie na druhny na pewno się nie zawiedzie.




Drew (Orlando Bloom) został właśnie zwolniony z pracy przez swojego szefa (Alec Baldwin). W trybie natychmiastowym, bo jego innowacyjny projekt przyprawił firmę o nie lada kłopoty finansowe. Chwilę później rzuca go dziewczyna (Jessica Biel). Załamany chłopak nie wie co ma dalej począć i to właśnie wtedy zaczynają rodzić się jego najgłupsze pomysły. Realizowanie jednego z nich przerywa telefon od siostry. Drew dowiaduje się właśnie, że odszedł jego ojciec i musi zająć się zorganizowaniem pogrzebu. Cóż, planowane na ten wieczór samobójstwo będzie musiał odłożyć na inny termin.




Główny bohater wyrusza na dniach w przeciwną podróż, której celem jest dotarcie do Elizabethtown. To w tym prowincjonalnym miasteczku mieszka poróżniona z matką Drew (Susan Sarandon) rodzina ojca. Kiedy dociera tam w pocie czoła po stoczeniu nierównej walki z drogą 60 B jest przerażony. Po raz pierwszy widzi bowiem tamtejszych krewnych, którzy konsekwentnie zaduszają go swoją gościnnością i wspominkami. Na domiar złego matka z siostrą praktycznie co chwilę wydzwaniają do nieszczęśnika i informują go na bieżąco o postępującym szaleństwie tej pierwszej. Jedyne, czego pragnie zagubiony Drew to ucieczka przed całym zamieszaniem. Staje się to możliwe dzięki pogodnej stewardesie (Kirsten Dunst), którą Drew poznał podczas lotu samolotem. To dzięki niej uda się mu przeżyć najdziwniejsze i najbardziej intensywne momenty swojego życia, których szalony bieg zakończy sentymentalna podróż z ojcem sam na sam.



Elizabethtown to ciepła i pogodna historia, którą doceni każdy, kto choć trochę lubuje się w komediach romantycznych. Reżyser umiejętnie miesza wątki komediowe z dramatycznymi tak, aby całość smakowała na tyle lekko i przyjemnie, że widz umieści ją wśród przepisów wypróbowanych na każdą okazję. Film jest bezpretensjonalną wariacją na temat skomplikowanych relacji rodzinnych i odnajdywania miłości w najmniej odpowiednich momentach. Crowe'owi udaje się stworzyć dobry, wielowątkowy obraz, który nie odstrasza przesadyzmem i infantylnością. Zachęca ścieżką dźwiękową. Taki ot, na rozweselenie i poprawę nastroju.
 


czwartek, 31 maja 2012

Annie Leibovitz: życie w obiektywie

 Świat spłodził i konsekwentnie przypatrywał się poczynaniom wielu wybitnych fotografów. I choć ta dziedzina sztuki pozostaje chyba po dziś dzień dominantą mężczyzn to na piedestale najwybitniejszych znajduje się niemałe miejsce dla jednej kobiety. Jest nią Annie Leibovitz, której w 2006 roku został poświęcony dokument Annie Leibovitz: Life Through A Lens autorstwa jej siostry, Barbary Leibovitz.
  Świat sztuki jednogłośnie wypowiada się, że jest jedną z najbardziej profesjonalnych i genialną w prostocie swoich pomysłów fotografką. Artystką, ośmielą się nawet powiedzieć niektórzy i niewiele się w tym pomylą. Kiedy zaczynała swoją przygodę z fotografią były lata 60., a ona sama bezpardonowo zawładnęła estetyką kultowego dziś czasopisma Rolling Stone. Jej fotografie zdobią po dziś dzień okładki najsłynniejszych magazynów świata. Jedna z nich stanowi ostatnią pamiątkę po Johnie Lennonie, który 5 godzin po zakończeniu odważnej sesji z ukochaną Yoko Ono, został śmiertelnie postrzelony.
 Dokument o "słynnej z fotografowania słynnych ludzi" Leibovitz jest wart obejrzenia. Pokazuje życie wybitnej fotografki w całej rozciągłości - od pamiętnych początków w latach 60., gdy biegała za rozemocjonowanymi chłopakami z The Rolling Stones, aż po czasy współczesne, gdy zdecydowała się poświęcić portretowaniu i pozowanym sesjom dla najlepszych magazynów na świecie. Życie w obiektywie kompresuje wiele zapisków z codzienności Annie i umiejętnie wplata w kompozycję wypowiedzi tych, którzy pracowali z fotografką, bądź których widziała przez obiektyw swojego aparatu. Na parę słów do kamery zdecydowali się m.in. Keith Richards i Mick Jagger z The Rolling Stones, Demi Moore, redaktor naczelna Vogue'a Anna Wintour, Whoopi Goldberg, Yoko Ono oraz członkowie rodziny samej Leibovitz. 
 Film utrwala portret kobiety nieustannie zapracowanej i natchnionej. Fotografia wypełnia bowiem całe życie Leibovitz, a ona sama w równym stopniu poświęca się zawodowym zobowiązaniom i portretowaniu rodziny. O tym mówi, że tworzy jej życie. Osoby, które fotografuje jednogłośnie przyznają, że w trakcie sesji bezgranicznie jej ufają, ponieważ potrafi niepozornie wkraść się do ich prywatnego świata i zaaklimatyzować się tam tak doskonale, że po niedługiej chwili wydaje się jakby była tam obecna od zawsze. Dokument do polecenia dla każdego, kto Leibovitz ubóstwia, a w jej magiczne portrety mógłby wpatrywać się godzinami. Także dla tych, którzy z sesjami modowymi i modą w ogóle są na "ty". Oraz dla tych, którzy po prostu lubią przypatrywać się życiu słynnych osób. Właściwie więc dla wszystkich.


poniedziałek, 28 maja 2012

Bajkowy przerywnik

 Post jest znaczącym przerywnikiem w filmowych podglądaniach, bowiem muzyka, którą tworzą Domowe melodie nie może przejść bez echa. Skoro jednak to blog filmowy to wypada nawiązać do konwencji. A więc proszę Państwa, oto coś z gatunku bajki!

 Fantastyczny i nieco jeszcze tajemniczy projekt Domowe melodie to pomysł zupełnie niecodzienny. Grupa znajomych zbiera się w przytulnym mieszkaniu, gryzmoli na papierze błyskotliwe teksty, okrasza je przyjemną dla ucha muzyką i wrzuca do sieci. Proste i banalne? To zawsze najlepsze rozwiązanie!

 Piosenek w repertuarze znajduje się już kilkanaście, w tym magicznie pozytywny "Chłopak" i genialny "Zbyszek". Wciąż zapowiadają więcej, obiecują koncerty, występy i płyty. Oby, oby!

 Grupę uzdolnionych muzykantów, ich projekty i przemyślenia można śledzić na portalu internetowym Facebook. To tam zamieszczają linki do nagrań i informują o swoich niekonwencjonalnych poczynaniach. Do polecenia dla każdego, kto kocha nieszablonowe teksty i którego matka natura wyposażyła we wrażliwość na tę idealną harmonię słów i muzyki. Czysta poezja!

Źródło zdjęcia:
http://www.facebook.com/photo.php?fbid=378213148876986&set=a.378212692210365.92951.166129323418704&type=3&theater
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...