Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

czwartek, 27 grudnia 2012

W drodze

Źródło: www.stacjakultura.pl
    Kirsten Dunst powiedziała podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, że W drodze jest jedną z tych książek, które podkrada się bratu lub czyta, aby zaimponować starszemu koledze, w którym na zabój kochałyśmy się w liceum. Prawdopodobnie w tym stwierdzeniu jest wiele prawdy, gdyż Jack Kerouac należał do pokolenia bitników i książką W drodze niewątpliwie imponuje niektórym młodym ludziom. Z myślą o nich właśnie, w oparciu także o swoje własne przeżycia , napisał książkę która prędko stała się obok takich dzieł jak Nagi lunch i Skowyt manifestem bitników. Ten pierwszy doczekał się swojej adaptacji w 1991 roku w reżyserii Davida Cronenberga. W styczniu 2010 r. miała natomiast miejsce premiera Skowytu (reż. Rob Epstein, Jeffrey Friedman), w którym w rolę słynnego poety Allana Ginsberga wcielił się James Franco.

Garrett Hedlund (www.blogs.indiewire.com)
    W niecałe dwa lata później doczekaliśmy i się ekranizacji W drodze, której podjął się Walter Salles. Bez wahania można powiedzieć, że w odczuciu znakomitej większości widzów reżyser poległ, a poczucie nieustannego nienasycenia, bezsensu i widma poszukiwań nawiedziły go w tym samym stopniu, co bohaterów książki Kerouaca. Z drugiej strony jednak nie jestem pewna, czy mogłoby w tym wypadku w ogóle nastąpić idealne i satysfakcjonujące dla widza przeniesienie prozy na rzeczywistość filmową. Zdawać się może, że atmosferę tamtych czasów i rozgoryczenie pokolenia bitników może oddać wyłącznie książka.Treść filmu nie jest całkowicie tożsama z lekturą. Tak naprawdę ciężko jest ją nawet opisać, gdyż motywem przewodnim jest z pozoru bezcelowa wędrówka bohaterów i wieczne poszukiwanie czegoś, co nie jest do końca sprecyzowane nawet przez nich samych.

Sam Riley i Tom Sturridge (www.blogs.indiewire.com)
    Sal Paradise (Sam Riley) jest młodym pisarzem, który pragnie wybrać się w podróż życia. Chce poznać nowe miejsca, ludzi i odkryć wszystko co możliwe, a będące dotąd dla niego obce. Młodego Sala niezmiernie kusi wolność i uczucie nieograniczenia. Fascynuje go szaleństwo i ludzie, którzy balansując na granicy obłędu czują się tym samym spełnieni. Jednym z najpiękniejszych i najbardziej porywających (także w filmie) zdań jest to, w którym daje on wyraz swojej miłości do takich właśnie postaci. (...) bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd (...). Sal chce prowokować spotkania z takimi właśnie ludzmi, a kiedy już to nastąpi pragnie bezgranicznie się im oddać. Wraz z Deanem Moriartym (Garrett Hedlund), jego młodziutką żoną Marylou (Kristen Stewart) oraz innymi szaleńcami, których obecność w życiu Sala jest tak samo silna i gwałtowna, co krótka, wyrusza przed siebie. Na wskroś i wszerz przemierzają Stany Zjednoczone, aby w końcu znaleźć się w Meksyku, z którego wspomnienia na zawsze pozostaną niezatarte i żywo korespondujące z rzeczywistością.

Kristen Stewart (www.blogs.indiewire.com)
    Walter Salles podjął się przeniesienia W drodze na wielki ekran i należy powiedzieć, że nie zakończyło się to sukcesem. Nie mniej jednak wypadałoby przyznać reżyserowi brawa za dużą odwagę i niewątpliwe starania, które w filmie widać. Strzałem w dziesiątkę był przede wszystkim dobór aktorów. Od czasu obejrzenia W drodze twarz Marylou może mieć dla mnie tylko Kristen Stewart. Garrett Hedlund oraz Sam Riley już w zwiastunie filmu paraliżują każdą kobietę pojedynczo wygłaszaną przez siebie kwestią. Niewypowiedzenie piękna i hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa, wśród której istną perełką i hymnem W drodze może być utwór Willa Hansona Home. To wszystko jednak nie jest w stanie odciągnąć uwagi od leniwie przeciągającej się fabuły i nużenia widza przez namnażanie kolejnych wątków. Nietrudno jednak było wpaść w tę pułapkę, gdyż W drodze nie istnieje wyraźna i zrozumiała linia fabularna, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Jest to portret pokolenia, które chcąc dokądś zmierzać, tak naprawdę nie kierowało się ku niczemu szczególnemu. Propozycja trudna i do polecenia tylko i wyłącznie dla fanów książki.
Dla pozostałych w zupełności wystarczy doskonale zmontowany zwiastun W drodze.

wtorek, 25 grudnia 2012

Kochankowie z księżyca

Źródło: film.onet.pl
    Każdy posiada swoją wersję i wyobrażenia na temat czasów, w których nie byliśmy nawet w planach, aby przyjść na świat. I choć pod ręką mamy mnóstwo dokumentów i opasłych archiwów do przeglądania to i tak decydujemy się w końcu budować tamten świat z własnych klocków. Stwarzamy go takim, jakim chcemy go widzieć i przygotowujemy na nasze przyjście. Tęsknimy za czymś co nas urzekło, a nie mieliśmy szansy tego realnie doświadczyć. Tak też poczuł się podobno Wes Anderson, gdy wpadł na pomysł stworzenia swojego najnowszego filmu, Kochankowie z Księżyca (2012).

    Zanim powstał scenariusz do filmu Wes Anderson wyobraził sobie z początku idealną młodzieńczą miłość. Całkowicie obezwładniającą zmysły, śmiertelnie poważną, silną i nieprzepartą. Zdecydował prędko,że koniecznie musi być umiejscowiona w latach 60-tych i nieodwołalnie różnić od tej, którą obserwujemy w każdy filmie. Nie mogła to być miłość rodząca się miedzy dwojgiem 18-latków. Musiała być o wiele bardziej niewinna, choć nie mniej intensywna i czarująca. Wybór czasu akcji filmu na rok 1965 także nie był przypadkowy. Ten okres kojarzy się bowiem reżyserowi z niezwykłym optymizmem wśród Amerykanów i czasem szczęśliwości, którego kres nadszedł niedługo później. Anderson bez ogródek przyznaje w wywiadach, że choć w fabule na próżno doszukiwać się można związków z jego osobą, to chciałby aby takowe istniały naprawdę.

Jared Gilman jako Sam (www.students.pl)
    Reżyser doprowadza więc do spotkania dwojga kochanków na jednej z wysp Nowej Anglii. Nieco ekscentryczna i nad wyraz odważna jak na swój wiek Suzie Bishop (Kara Hayward), bez pamięci zakochuje się w Samie (Jared Gilman). Malec jest jednym ze skautów, których obóz stacjonuje niedaleko domu dziewczynki. Będąc indywidualistami, ogromnie w sobie zakochani uciekają gdzie ich nogi poniosą, powodując tym samym na wyspie niesłychany rajwach. Wszyscy okoliczni wyruszają na poszukiwania młodych uciekinierów. Wśród nich rozpoznamy państwa Bishop (Bill Murray i Frances McDormand), którzy przy okazji poszukiwań dowiadują się o sobie więcej niż by tego chcieli. Na pomoc rusza także ambitny, acz nieco nadwrażliwy i ślamazarny kapitan Sharp (Bruce Willis). Szyku dotrzymuje grupie cały oddział młodych skautów, na czele których stoi harcmistrz Ward (Edward Norton), o którym z początku trudno powiedzieć, że jest zorganizowany i odpowiedzialny. Wraz z przybraniem przez obrót sprawy bardziej poważnego charakteru do poszukiwań dołącza się także pracownica opieki społecznej (Tilda Swinton), która pragnie wysłać małego Sama do poprawczaka. Czas wciąż ucieka, a zakochani cały czas pozostają nieuchwytni.

B. Murray, F. McDormand, E. Norton, B. Willis (www.ppe.pl)
    Kochankowie z Księżyca stanowią film bardzo specyficzny, który nie każdemu ma szansę się spodobać. Gorąco jednak należy zachęcać do jego obejrzenia, gdyż jest obrazem przeuroczym, ciepłym i można by nawet powiedzieć, że cudacznym. Będzie idealny dla każdego, kto z poświęceniem potrafi oddawać się historiom pierwszych miłości raz i ponownie, wprost do znudzenia. Kochankowie z Księżyca napawają niezwykłym optymizmem, a losy Suzie i Sama śledzimy z rozgorączkowaniem i wypiekami na twarzy. Obraz jest bardzo oryginalny, nieprzewidywalny, dziwaczny, a przez to niezwykle interesujący i zapadający w pamięć. Scena, w której dzieci tańczą na opuszczonej plaży jest bezbłędna, a widok wybudowanego przez nich bastionu z namiotu, patyczków, kamyczków oraz szmatek wzrusza i niezmiernie rozczula. Idealny powód do odwiedzenia kina w Święta!

niedziela, 23 grudnia 2012

Gangster

Źródło: film.wp.pl
    Mogłoby się wydawać, że w latach 20 - tych i 30 - tych  XX wieku, a więc w czasach wielkiej prohibicji w Stanach Zjednoczonych, nie mogło być ciekawszej postaci niż Al Capone. Można by nakręcić o nim setki filmów, oglądać je i wciąż się jego osobą nie znudzić. Powstał jednak niedawno obraz (światowa premiera odbyła się 19 maja 2012 r.), który od innej strony porywa się na przedstawienie tego okresu, a reżyser podejmuje próbę zdetronizowania Capone'a jako najbardziej wyrazistego i zapadającego w pamięć gangstera w historii Ameryki.

    W przypadku Lawless (reż. John Hillcoat) najbardziej przyciągającą widza do kina rzeczą jest scenariusz, którego zdecydował się dotknąć sam Nick Cave. Niewątpliwie na samo hasło o artyście pojawiają się pierwsze skojarzenia z filmem jako czymś niezwykle klimatycznym i ciekawym. Cała historia, którą będziemy mieli okazję oglądać powstała na kanwie książki Matta Bonduranta The Wettest County In The World, w której autor opisuje historię swojego dziadka i jego dwóch braci, którzy w czasach prohibicji trudnili się nielegalną produkcją i przemytem alkoholu w południowych stanach Ameryki. Sam Matt nie tak dawno dowiedział się o przestępczej działalności krewnego, którą rodzina uznawała dotąd za temat tabu. Do odkrycia tajemnicy okazja nadarzyła się dopiero, gdy ojciec autora odkopał pochodzące z lat 30 - tych artykuły prasowe, w których głównymi bohaterami nagłówków byli "chłopcy Bondurant". Dotyczyły strzelaniny w okolicach mostu Maggodee Creek, w którą bracia byli zaangażowani.

Matt Bondurant, wnuczek Jacka (www.guardian.co.uk)
    Matt wspomina w książce swojego dziadka, Jacka Bondurant'a jako niekwestionowaną głowę rodziny i osobę, którą okoliczni darzyli ogromnym szacunkiem. Już jako dziecko przeczuwał, że dziadek Jack ma za sobą przeszłość, o której mały nie śmiałby nawet pomyśleć. Po odkryciu kolejnych artykułów na temat "wspaniałej trójki", studiujący wówczas literaturę Matt, wiedział już dokładnie czego będzie dotyczyła jego kolejna książka. Bez bicia przyznaje jednak, że kolekcjonowanie dowodów zdarzeń z tamtego czasu, jest jak szukanie igły w stogu siana. Nikt wówczas nie myślał o dokumentowaniu swojego życia. Nie zachowały się liczne artykuły, wspomnienia, czy chociażby listy. Najbardziej pomocne przy pisaniu książki były za to opowiadane z ust do ust historie o braciach Bondurant, które funkcjonowały wśród rodziny i okolicznych jako swoiste mity. Dość tajemnicze i niedopowiedziane, a przez to jeszcze bardziej inspirujące dla młodego wnuka Bondurant'a.

Jessica Chastain i Tom Hardy (www.telegraph.co.uk)
    Historia, którą przenosi na ekrany Hillcoat skupia się na okresie prohibicji, której skutki boleśnie odczuwają mieszkańcy Franklin County. Trzej bracia Bondurant - Jack (Shia LaBeouf), Forrest (Tom Hardy) i Howard (Jason Clarke) - decydują się jednak sprzeciwić rządowym rozkazom i poigrać z prawem na własny rachunek. Nie rezygnują z produkcji i handlu trunkami, czym wzbudzają wśród pozostałych mieszkańców zarówno szacunek, jak i wrogość. Problem pojawia się w momencie, gdy do miasteczka przybywa nowy urzędnik Charlie Rakes (Guy Pearce), który wściekle podnieca się na samą myśl o uchwyceniu lokalnych gangsterów. Żadna strona nie zamierza odpuścić i tym samym granice moralności stają się bardzo elastyczne i pochopnie przesuwane przez wszystkich bohaterów. Sprawę ostatecznie rozwiąże bezpośrednie starcie na moście Maggodee Creek, a o dyskusje o tym, czy do pewnych czynów warto było się posuwać, sprowokuje dopiero zlikwidowanie prohibicji kilka lat później.

Zdjęcie Jacka Bonduranta z lat 30 (www. telegraph.co.uk)
    Na temat Gangstera przeczytałam już wiele niepochlebnych recenzji i nadal nie mam bladego pojęcia dlaczego został on tak źle odebrany przez tych, którzy już mieli okazję go zobaczyć. Dla mnie jest niezwykle klimatycznym, zaskakującym i trzymającym w napięciu obrazem, których dzisiaj uświadczymy bardzo rzadko. Bez wahania mogę powiedzieć, że uznaję go za jeden z najlepszych filmów ostatnich lat. Jego fabuła jest prosta i logicznie skonstruowana tak, że bez większego wysiłku można wtopić się w jej treść. Wspaniały Tom Hardy. Przepiękna Jessica Chastain. Na dodatek idealnie wpasowana w tło historii muzyka, którą stworzyli Nick Cave i Warren Elis.

    Z pewnością nie należy traktować Gangstera jako obrazu, który wprost i nieomylnie opowiada historię braci Bondurant. Należy go za to potraktować tak, jak sugeruje nam sam autor The Wettest County In The World, a więc jako mit. Z przymrużeniem oka, czerpać przyjemność z niezwykle interesującego bajania o legendarnych bohaterach.

wtorek, 11 grudnia 2012

Niebo w gębie

Źródło: www.film.wp.pl
    Do obejrzenia filmu Christiana Vincenta Niebo w gębie (2012) zachęcił mnie artykuł w jednym z naszych miesięczników. Obraz został określony jako nieprzyzwoicie apetyczny, więc od razu pomyślałam, że najpierw trafi w moje filmowe gusta, a później sprowokuje do pochłonięcia pięknie wyglądającej i przepysznej kolacji. Sprawdziło się wyłącznie założenie numer dwa. Scenariusz Nieba w gębie zainspirowany został postacią Daniele Mazet-Delpeuch, która za kadencji François Mitteranda została szefową kuchni prezydenta w Pałacu Elizejskim. Nie na długo jednak i to właśnie na tym okresie skupia się znaczna część fabuły. Jest bardzo smacznie, lecz nieco zbyt poważnie.

    Główną bohaterką Nieba w gębie jest Hortense Laborie (Catherine Frot). Koleje losu zdolnej kucharki mamy szansę obserwować z dwóch perspektyw czasowych. We wcześniejszej z nich, Hortense właśnie dostaje propozycję objęcia posady kucharki, w posesji jednego z wyższych urzędników francuskich. Dopiero po przyjeździe do Paryża dowiaduje się, że jej nowym miejscem pracy będzie Pałac Elizejski, a tajemniczą personą jest nie kto inny, jak sam prezydent Francji (Jean d'Ormesson). Nieco oszołomiona tymi wiadomościami Hortense, od początku waha się objąć oferowane jej stanowisko. Podejmuje jednak ryzyko i od tego czasu wraz z zamiłowanym w swoim fachu młodym cukiernikiem, Nicolasem (Arthur Dupont), prowadzić będzie prywatną kuchnię Francois Mitteranda. Z wielkim powodzeniem w dodatku. Pech jednak chce, że nie wszyscy pracownicy Pałacu są zadowoleni z szefowania Hortense. Kobieta przez długi czas pragnie przezwyciężyć niesprzyjającą atmosferę pracy i nie tracić radości z gotowania najwspanialszych portaw, jakimi Francja może się pochwalić.Widz ma szansę jednocześnie zobaczyć także Hortense nieco później, gdy na jednej z dalekich, zimnych wysp stara się uporządkować swoje życie po wielkich i męczących występach w Pałacu prezydenckim.

Źródło: www.kinoteka.pl
   Zwiastun filmu Christiana Vincenta zapowiada niezwykle ciekawą, inspirującą i pachnącą kulinarnymi specjałami opowieść o kobiecie, która przypadkiem stała się ulubienicą samego prezydenta Francji. Jesteśmy przekonani o tym, że będzie lekko i wesoło tak, że zabawna anegdota będzie prędko goniła  następną. Rozczarujemy się jednak. Do roli Hortense Laborie wybrano chyba najbardziej niesympatycznie wyglądającą aktorkę, o jakiej moglibyśmy pomyśleć. Pomimo, że spod rąk zdolnej kucharki wychodzą niestworzone delicje, wręcz nie jesteśmy w stanie jej polubić. Jej postać jest wyniosła, kapryśna i co najgorsze, całkowicie pozbawiona woli walki. Nietrudno to jednak z drugiej strony zrozumieć. Zważając na fakt, że Niebo w gębie jest filmem biograficznym, wiele możemy pomstować nad tym, jak w Pałacu faktycznie została potraktowana przez resztę zespołu kucharskiego Hortense. Fabule obrazu nie można zarzucić także braku płynności i poruszania wątków zbędnych. Odnoszę jednak wrażenie, że historia Hortense mogła zostać namalowana w sposób bardziej ciekawy i intrygujący. Mimo tego warto zgrzeszyć i przyjrzeć się w filmie serwowanym przez bohaterkę przysmakom. Absolutnie można zgłodnieć!

niedziela, 2 grudnia 2012

Sala samobójców


Źródło: www.plejada.pl

    W marcu 2011 roku swoją premierę miał film Jana Komasy Sala samobójców. Pierwsze skojarzenia z tytułem? Więzienie, cela, samotność, cierpienie, grupa ludzi w odosobnieniu, odwaga. Niewprawnie trafiamy gdzieś nieopodal sedna. Za miejsce akcji wybiera sobie Komasa świat współczesny, w którym stara się umiejętnie wymieszać przestrzeń rzeczywistą i wirtualną. Na ich pograniczu chwiejnie stoi główny bohater filmu, młody Dominik.

    Fabularną oś filmu wyznaczają losy maturzysty, który jak każdy młody człowiek stara się odnaleźć swoje miejsce w życiu. Dominik (Jakub Gierszał) nie rozpycha się jednak łokciami. Daje sobie prawo do poszukiwań i popełniania błędów. Rodzice chłopaka (Agata Kulesza oraz Krzysztof Pieczyński) nie zauważają, że rzeczy materialne nigdy nie wypełnią pustki po tym, co dla duszy człowieka najważniejsze. Dominikowi brakuje bliskości, bezpieczeństwa i atencji rodziców. Na hasła o swojej niewdzięczności i braku poświęcenia reaguje więc niemalże alergicznie. Coraz bardziej zamyka się w sobie. 

    Główny bohater zostaje przedstawiony ponadto, jako członek szkolnej wspólnoty, w której jeden fałszywy ruch dyskwalifikuje go już w przedbiegach w wyścigu o popularność i akceptację. Popełnia go i wówczas zmuszony jest do szukania wyjścia z trudnej sytuacji. Trafia do wirtualnej sali samobójców, do której zaprasza go podobnie zirytowana życiem Sylwia (Roma Gąsiorowska). W sieci doświadcza emocji, które w realnym świecie były mu bliskie jedynie z nazwy. Dominik zamyka się w pokoju, delektuje miernością swojego życia. Ze wstrętem odsuwa pomocną dłoń rodziców. Odpłaca pięknym za nadobne.
Jakub Gierszał w roli Dominika Santorskiego (www.polskieradio.pl)

    Reżyser odważnie bierze na tapetę kwestię kondycji psychicznej współczesnych nastolatków. Salą samobójców stawia tezę, że młodzi ludzie na wypadek zrujnowania rzeczywistego życia mają plan awaryjny. Nie wyjeżdżają w siną dal, nie zmieniają tożsamości, nie wartościują swoich przeżyć. Z płaczem uciekają za to do sieci, która oferuje im gamę wspólnot i wspólnotek, które gotowe będą dzielić z nieszczęśnikiem smutek i radość, zadowolenie i irytację, akceptację i nienawiść do swojej osoby. Sala samobójców niewątpliwie istnieje w słusznej sprawie. Zwraca uwagę na to, że wymuskane gadżety i zabawki nie są odpowiedzieć na podstawowe potrzeby młodego człowieka. Nastolatkowie łakną bezpieczeństwa, uwagi, bliskości oraz odpowiedzi na ważne dla nich pytania egzystencjalne. Z drugiej strony jednak, obraz Komasy przynosi widzowi smutną refleksję o polskim kinie. Okazuje się bowiem, że lubuje się ono w tematyce trudnej, patologiach i odstępstwach od prawidłowych postaw społecznych. Znakomita rola Jakuba Gierszała, który wiekiem i urodą niewątpliwie wpisuje się w kanon współczesnego buntownika. Sala samobójców to solidnie skonstruowany obraz, który jest nośnikiem głębszych treści. Nie raz po seansie odezwie się w widzu wewnętrzny głos, który zatrwożenie zapyta, czy aby faktycznie tak wygląda współczesność.

środa, 28 listopada 2012

Angielski pacjent

Źródło: www.stopklatka.pl
    Angielski pacjent (reż. Anthony Minghella) to zdecydowanie jeden z tych filmów, który bardzo długo czekał na to, aby go wyciągnąć z półki. W 1996 r., a więc w czasach jego premiery, niemalże natychmiast okrzyknięto go arcydziełem. Zdobył rozliczne nagrody na wielu międzynarodowych festiwalach, w tym dwa Złote Globy, sześć wyróżnień BAFTA oraz dziewięć Oscarów. Scenariusz Angielskiego pacjenta został oparty na fabule powieści kanadyjskiego pisarza Michaela Ondaatje i wcześniejsze obejrzenie filmu z pewnością zachęca do przeczytania książki. Jednak sięgnięcie po Angielskiego pacjenta po raz pierwszy, w kilkanaście lat po jego premierze, niesie za sobą pewne oczekiwania. Ochrzczenie obrazu arcydziełem automatycznie kojarzy nam film Minghella z czymś niepowtarzalnym, niezapomnianym i przełomowym. Współczesne spojrzenie na obraz może przynieść jednak zgoła inne wrażenia. Z klasyką się jednak nie dyskutuje.

     W pierwszych ujęciach widzimy niewielki samolot, który przemierzając pustynię zostaje zestrzelony. To właśnie historia mężczyzny i kobiety lecących pechową maszyną będzie najważniejszym wątkiem obrazu. Jest rok 1943. Hrabia László de Almásy (Ralph Fiennes) szczęśliwie ratuje się w katastrofie i trafia wojskowego szpitala, w którym pracujący tam lekarze starają się przywrócić mu zdrowie. Wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, że koniec jest bliski. Młoda pielęgniarka, Hana (Juliette Binoche) mając dość ciągłego przemieszczania się z miejsca na miejsce swojego oddziału, postanawia zatrzymać się w wypatrzonym z daleka opuszczonym zamku razem z cierpiącym pacjentem. Obiecuje, że gdy tylko ten wyzionie ducha, dołączy do reszty grupy. 

Kristin Scott - Thomas w roli Katharine Clifton i Ralph Fiennes (Źródło: www.alekinoplus.pl)
     Podejmując decyzję o zamieszkaniu w ruinach zamku, Hana ma nadzieję na samotne opiekowanie się hrabią. Prędko jednak pojawia się nieproszony gość, David Caravaggio (Willem Dafoe), który w wydaje się rozpoznawać w pacjencie byłego znajomego. Nie przychodzi jednak z pokojowymi zamiarami. Hana nie orientuje się w porę w zamiarach przybysza i pozwala mu na zamieszkanie w zamku. Uwaga pielęgniarki jest silnie skoncentrowana na zdrowiu Hrabiego oraz na odkrywaniu jego tożsamości. Powoli odsłania on bowiem przed nią historię swojego życia. Opowiada o uczuciu do kobiety, które zakończyło się wraz z feralnym wypadkiem. 

Juliette Binoche i Ralph Fiennes Źródło: www.moviepicturedb.com
     Angielski pacjent niewątpliwie należy do klasyki, po którą wypada sięgnąć. Choć fabuła filmu może się dłużyć, to do końca utrzymuje jednak w napięciu. Film jest wielowątkową opowieścią o czasach wojny. Reżyser z zamierzeniem i w sposób dobitny ukazuje brutalność tamtego okresu, nieubłaganie wdzierającą się do uczuć i historii ludzkich najbardziej kruchych i delikatnych. Pozornie niepasujące do siebie wątki zostają ułożone w sposób logiczny i w efekcie uzupełniają siebie nawzajem, tworząc ponadczasową historię. Ucztą dla oka jest oglądanie plejady wielkich gwiazd kina, które w filmie Minghella stawiały dopiero swoje pierwsze kroki. Angielski pacjent to film o pozycji, której po prostu nie wypada kwestionować, a obejrzeć należy.

środa, 21 listopada 2012

Mój rower

Źródło: www.film.wp.pl
    Mój rower w reżyserii Piotra Trzaskalskiego i Wojciecha Lepianki to kolejna tegoroczna propozycja, którą od paru tygodni lansuje jedna z naszych rodzimych stacji telewizyjnych. Zupełnie chyba niepotrzebnie, gdyż film potrafi się sam wybronić, a zachwalanie go na ekranie telewizora po 15 razy dziennie może przynieść odwrotny do oczekiwanego efekt. Film ujmuje przede wszystkim prostotą przekazu, lekkością fabuły i znakomitymi dialogami, choć nad pewnymi zabiegami dokonanymi przez reżyserów można trochę pokręcić nosem. Twórcy Mojego roweru porywają się bowiem na temat utarty i po stokroć wałkowany, nie wprowadzając oczekiwanej z początku świeżości ujęcia i nowego spojrzenia na relacje męsko-męskie.

    Oś fabularna filmu kręci się wokół trzech postaci - Włodzimierza Starnawskiego (Michał Urbaniak), jego syna Pawła (Artur Żmijewski) oraz wnuka, Maćka (Krzysztof Chodorowski). Szybko okazuje się, że trzej panowie nie mają ze sobą za wiele wspólnego, a pretekstów do rozmowy nieustannie brakuje. Niespodziewanie pojawia się jednak problem, gdy Włodzimierz trafia do szpitala, a przybyli na miejsce Paweł i Maciek dowiadują się, że babcia tego ostatniego postanowiła w końcu utrzeć nosa swojemu mężowi i zostawić go raz na zawsze. Nie mogąc się z tym pogodzić, Paweł planuje odnalezienie matki i przemówienie jej do rozsądku. Cała trójka (wraz z niecierpiącym samotności psem Włodzimierza, Kolesiem) wyrusza więc na wielkie poszukiwanie Barbary (Anna Nehrebecka). Prędko okazuje się jednak, że nie będzie to takie proste. W zapomnianej przez Boga miejscowości letniskowej, bohaterowie będą musieli wspólnie zmierzyć się z paroma przygodami. Przyjdzie im rozmawiać, wspólnie spędzać czas i zastanawiać się nad mniej lub bardziej poważnymi sprawami. Odnalezienie matki Pawła schodzi więc jak gdyby na drugi plan, a całą trójkę pochłoną frasunki zgoła bardziej przyziemne. Okaże się wkrótce, że bardzo zbliżą do siebie bohaterów.

Źródło: www.students.pl
    Wybranie się na Mój rower do kina nie będzie złym pomysłem. To czas dobrze spędzony, bo przede wszystkim mile i wydaje się mądrze. Choć obraz w żadnej mierze nie ujmuje tematu na nowo, a widz może mieć wrażenie, że reżyserom zależy tyko i wyłącznie na pogłębianiu w nim rozczulenia, to jednak nie stanowi typowej, polskiej wydmuszki filmowej. W obronie Mojego roweru podnoszą się głosy o świetnych i błyskotliwych dialogach (przede wszystkim pomiędzy Pawłem i jego synem) i trafnym doborze aktorów. Urbaniak, Żmijewski i Chodorowski stają na wysokości zadania i wypadają nad wyraz prawdziwie. Stanowią na tyle dobrze zgrane trio, że o innej obsadzie nawet nie przychodzi nikomu pomyśleć.
Choć Mój rower balansuje na granicy hitu i kitu to jednak nie można o nim wydać jednoznacznej opinii. Film podzielić można jak gdyby na dwie części, z której ta pierwsza wypada o wiele lepiej od końcowych ujęć. Można odnieść wrażenie, że reżyserom pomysłowości wystarczyło tylko na pierwsze fragmenty obrazu. Później zabrakło wspomnianej świeżości i tego czegoś, co sprawiłoby, że film zostanie nam na długo w pamięci. W tym wypadku zostanie jednak tylko na parę chwil, lecz w towarzystwie bardzo dobrego wrażenia.

czwartek, 15 listopada 2012

Pokłosie

Źródło: dlastudenta.pl
    Wraz z filmem Obława (reż. M. Krzyształowicz, 2012), Pokłosie Władysława Pasikowskiego zostało okrzyknięte jednym z najgorętszych tytułów roku. Jednak to wokół tego drugiego powstało więcej kontrowersji i burz dyskusji, gdyż reżyser dotknął kwestii niewygodnej. Odważnie odsłonił skazę polskości i niesłychany dyshonor na kartach historii naszego kraju. Postanowił nakręcić film, który stał się abstrakcyjną wariacją na temat tego, co mogło się wydarzyć podczas trwania wojny na jednej z polskich wsi. Zdecydował się zostać sumieniem narodu i Pokłosiem skłonić Polaków do oceny moralnej wydarzeń, które rozszyfrowujemy pod hasłem "pogrom Żydów w Jedwabnem". Unikając dokumentalnej konwencji i precyzyjnego przedkładania faktów na fabułę daje widzom obraz, wobec którego nie można przejść obojętnie.

    Kiedy Franciszek Kalina (Ireneusz Czop) ląduje po dwudziestu latach przebywania w Ameryce, w Polsce, jest świadomy, że w domu rodzinnym nie zastanie sielanki. Zdaje sobie sprawę z tego, że ominęło go wiele ważnych wydarzeń. Nie spodziewa się jednak, że rodzina Kalinów od niedawnego czasu nie cieszy się już dobrym imieniem wśród miejscowych, a wszystkie uprzejmości i dobre relacje z sąsiadami prędko zamieniły się w podejrzliwość i powszechne odtrącenie, a nawet ostracyzm. Franciszek rozmawiając z mieszkańcami wsi stara się dociec, dlaczego ci tak bardzo znienawidzili jego brata, Józefa (Maciej Stuhr). Ten, niedługo sam wyjawia bohaterowi swoją tajemnicę i zaprowadza go w miejsce, w którym od dawna kolekcjonował nietypowe znaleziska. Franciszek ocierając oczy ze zdziwienia widzi przed sobą pole pełne żydowskich płyt nagrobkowych, które jego brat zabierał z różnych miejsc we wsi. Józef tłumaczy bratu, że za czasów wojny Niemcy niszczyli żydowskie kirkuty i nagrobkami utwardzali miejskie powierzchnie. Stanowczo zaznacza, że nie godzi się na te nieludzkie zachowania i nie chce mieć nic wspólnego z odwracaniem głowy od niewygodnej sprawy. Chce przywrócić zmarłym honor i wieczny spokój.

Maciej Stuhr w roli Józefa Kaliny (źródło: dziennik.film.pl)
    Nie rozumiejąc brata, Franciszek początkowo umywa ręce od sprawy i wyzywa Józefa od szaleńców. Z czasem jednak sam zaczyna szukać prawdy o Żydach, którzy przed laty zamieszkiwali ich rodzinną wieś. Całe to zamieszanie stanowczo nie podoba się miejscowym. Początkowo stonowane, lecz pełne niechęci do Kalinów zachowania, zaczynają przybierać coraz bardziej brutalny i wymykający się spod kontroli charakter. Pomimo wielu przeciwności, bracia nie poprzestają na dbaniu o symboliczne cmentarzysko. Coraz intensywniej i dokładniej węsząc wokół sprawy żydowskiej, docierają do osobistych faktów, na których poznanie nie byli przygotowani. Jest jednak już za późno na to, aby powiedzieć, że nic się nie wydarzyło.

Ireneusz Czop w roli Franciszka Kaliny (źródło: entropiaslowa.pl)
    O filmie Pasikowskiego można usłyszeć, że jest mocnym i potrzebnym głosem w sprawie, o której Polacy woleliby milczeć. Z drugiej strony nie brakuje też haseł o antypolskości Pokłosia i haniebnym wpływie, jaki będzie miał na świadomość Polaków. Na tym ostatnim stanowisku stoi między innymi nasz były premier, Jarosław Kaczyński. Zapytany dziś o to, czy na film się wybiera, stanowczo podkreślił, że nie i nie zamierza. Prędko podkreślił, że "...redukcja Polski do grupy 40 kryminalistów, w której celował wcześniej Tomasz Gross i niektóre gazety, w szczególności jedna, to tendencje antypolskie". Serdecznie można chyba pogratulować odpowiedzialności i świadomości historycznej prezesowi PiS.
Choć Pokłosie Pasikowskiego nie stanowi realnego odbicia wydarzeń, które miały miejsce w Jedwabnem, nie traci tym samym na wiarygodności. Jest trzymającym w napięciu kryminałem, który ma przysporzyć widzowi rozrywki i jednocześnie odważnym oraz poważnym głosem w kwestii, o której dotąd wypowiadano się jedynie w naukowych książkach. Obraz Pasikowskiego przywodzi nadzieję na to, że widz zaznajomiony z historią zostanie zmuszony do głębszej refleksji. Ten natomiast, który o czynach Polaków pojęcia nie miał, zostanie sprowokowany do poszukiwań o szczegółach wydarzeń, które miały miejsce w Polsce w trakcie trwania wojny i po jej zakończeniu. 

wtorek, 13 listopada 2012

Miłość

Źródło: film.org.pl
    Zanim wybrałam się na Miłość Michaela Haneke'ego nie widziałam jego wcześniejszych filmów. I był to chyba błąd, bo wydaje mi się, że wtedy lepiej i łatwiej udałoby mi się zrozumieć sens fabuły. Wybrałam się do kina wiedziona hasłami o najlepszym filmie tegorocznego Cannes i najpiękniejszą historią miłości, jaka kiedykolwiek powstała. A, że takie wprost uwielbiam, nie miałam innego wyjścia. Nie bez powodu też podobno przewidziano polską premierę Miłości na 2 listopada tego roku. Filmowi miała towarzyszyć atmosfera zadumy, powagi i niewątpliwie się to udało. Film jest mądrą i prawdziwą (w stylu europejskiego kina) opowieścią o ostatnich chwilach życia dwojga ludzi. O miłości na zabój i do szaleństwa jednocześnie i dosłownie.

     Fabuła filmu skupia się na dwojgu starszych ludzi. Za nimi długie, pełne przebojów życie. Pomimo zawiłości tegoż i problemów, które nastręcza, Georges ( Jean-Louis Trintignant) i Anne (Emmanuelle Riva) dzielnie trwali przy swoim boku. Nawet wówczas, gdy zaskoczyła ich starość nie zrezygnowali z celebrowania codziennych rytuałów i pielęgnowania rozrywek. Relację dwojga mąci jednak postępująca choroba Anne. Kobieta nie godzi się bycie ciężarem dla męża, konsekwentnie odrzuca uprzejme gesty i chęć pomocy. Odrazę i strach budzi w niej stanie się przedmiotem litości i rozpaczy bliskich. Zdezorientowany Georges nie stara się sprzeciwiać żonie. Każde słowo, które wypowiada Anne rozważa i zachowuje w pamięci. Nie ulega namowom córki (Isabelle Huppert) o przeniesieniu matki do szpitala. Postrzega Evę jako nierozważną i zajętą własnymi problemami. Georges sam dobrze wie, czego chce i potrzebuje jego żona. Z czasem jednak i w to zaczyna wątpić, gdy przyjdzie mu decydować za nieświadomą i opadłą ze wszystkich sił Anne. Wyboru jednak dokona. Dla żony i siebie. Dla świętego spokoju i wyczekiwanego ukojenia w bólu.
Na planie filmu - od lewej: Michael Haneke, Emmanuelle Riva Jean-Louis Trintignant (Źródło: polskieradio.pl)
     
    Miłość Haneke'ego jest obrazem, który zaskoczy złożonością psychologiczną postaci i zwrotem w fabule. Na przykładzie pierwszej połowy filmu chciałoby się powiedzieć, że tak właśnie powinno wyglądać "dogorywanie" uczucia dwojga ludzi. Prawdziwego, długiego i trwającego mimo wszystko. W obrazie doświadczymy wzajemnej troski o drugiego człowieka i niezmierzonego żadną miarą bólu, gdy zostaje się z osobą, która obecna jest tylko fizycznie.
Miłość na pewno jest obrazem wartym uwagi i pretendującym do miana najpiękniejszej historii miłości, jaką kiedykolwiek w kinie pokazano. Ale przy nadawaniu jej tytułu najwspanialszej, długo bym się zawahała, mając w pamięci chociażby takie filmy jak Away from her (reż. Sarah Polley, 2006), czy This can't be love (reż. Duane Poole, 1994). Trzeba jednak przyznać, że jest jedyny w swoim rodzaju - traktując o pięknie i brutalności miłości zarazem. W historię Anne i Georges'a wierzymy, ocierając ukradkiem spływające po policzku łzy.

środa, 7 listopada 2012

Obława

Źródło: kulturaonline.pl
    Obława (2012) w reżyserii Marcina Krzyształowicza od samego początku cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem. Niektórzy zakończyli na tym etapie swoją przygodę z filmem, inni wybrali się do kina, aby na własne oczy przekonać się o wyjątkowości tego obrazu. Jakie są więc pierwsze wrażenia? Zadziwia rozdmuchanie przez media roli Weroniki Rosati, pomysł na fabułę i odmienność spojrzenia na czasy wojny. Obława staje się obrazem, którego zaliczymy do tych, po których obejrzeniu nie wiemy co powiedzieć. Słowa są zbędne, więc w zamyśleniu i zadumie wychodzimy z kina. To jeden z polskich filmów, któremu warto poświęcić czas i uwagę. 

    Oś fabularną wyznaczają losy partyzanckiego oddziału AK, który spodziewając się niedługiego nadejścia obławy, nie spostrzega zagrożenia, które płynie z wewnątrz ugrupowania. Główną postacią filmu jest kapral Wydra (Marcin Dorociński), który podobnie jak pozostali partyzanci wykonuje egzekucje na lokalnych kolaborantach. Ze stoickim spokojem, rozwagą i unikając niepotrzebnego sadyzmu AK-owcy odsyłają w niebyt kolejnych zdrajców ojczyzny. Wśród nich znajdzie się niedawny znajomy kaprala Wydry, sprytny i przedsiębiorczy Henryk Kondolewicz (Maciej Stuhr). Główny bohater wybiera się po niego do domu rodzinnego, a w żonie spiskowca poznaje miłość z dawnych lat (Sonia Bohosiewicz). Dla Wydry nie ma to jednak już wielkiego znaczenia, gdyż skupia się tylko i wyłącznie na wykonaniu zleconego przez porucznika oddziału (Andrzej Zieliński) zadania. Rozniecaniu wspomnień o dawnej kochance przeszkadza także zauroczenie sanitariuszką oddziału, Pestką (Weronika Rosati). Zaślepiony uczuciem do pięknej dziewczyny nie poznaje się jednak na jej zamiarach. Zagrożenia ze strony sanitariuszki nie spodziewali się także pozostali partyzanci. Osobiste priorytety Pestki i ślepa wiara w lepsze jutro dla swojej rodziny, przesłoniły pozostałe wartości. Przed rozpoczęciem obławy na AK-owców, świadomie ściąga na swoich przyjaciół większe nieszczęście. 
Źródło: fabryka-historii.pl
    Wspominając przeszłe polskie filmy o czasach wojny i okupacji, spodziewamy się ukazania trudu dnia codziennego Polaków w niesprzyjających i ponurych czasach. Najczęściej akcje tych obrazów działy się w miastach i miasteczkach, których mieszkańcy stawiali czoła nowym warunkom, w którym przyszło im żyć. Obserwowaliśmy wiele dylematów moralnych, śledziliśmy setki historii utraconych miłości i przyjaźni. Obława jest w porównaniu z innymi filmami nieco odmienna. W filmie Krzyształowicza wyraźnie jest zarysowana granica pomiędzy tym, co dobre a tym, co złe. Akcja nie skupia się na wątku miłosnym, braterskim, czy innym, który z łatwością mógłby poprowadzić fabułę płynnie ku końcowi. Widz ma wrażenie, że zamierzeniem reżysera było zwyczajnie ukazanie autentycznego obrazu partyzantów i przywołanie wspomnienia o historii każdego bohatera tego oddziału. Krzyształowicz bez zbędnego dramatyzmu ukazuje w Obławie niepisane zasady postępowania w czasach wojny i wartości, na których podstawie bohaterowie dokonują podstawowych wyborów. Film można odczuć jako prawdziwy i niemalże analityczny. Niepotrzebna jest debata medialna nad użyciem w filmie przez Weronikę Rosati makijażu, czy też nie. Zbędne jest jednosłowne okrzykiwanie tytułu jako "niezapomnianego" i "najlepszego w roku". Bezcelowe w końcu pozostaje wspominanie o tym, czym to rola życiowa Marcina Dorocińskiego. Dyskusje nad Obławą powinny toczyć się wokół historii, którą przedstawia. Obejrzenie jej powinno prowokować do poszukiwań wzmianek o polskich bohaterach czasów wojny. Wyjście z kina powinno skłonić do refleksji i zadumy.

wtorek, 30 października 2012

Samsara

Źródło: www.kinopraha.pl
    Gdy komuś poskąpiono tam na górze talentu do robienia zdjęć, zazwyczaj skupia całą swoją uwagę na oglądaniu prac mistrzów fotografii. Ze swojego przykładu wiem, że jest to zajęcie nad wyraz wciągające. Raz za razem potrafimy przewracać kartki papieru, czy z wypiekami na twarzy klikać przycisk "następne" i "następne", a cały świat nagle znika. Podobne błogie zawieszenie mogą wywołać piękne zdjęcia filmowe. Podczas, gdy piekielnie trudno jest zrozumieć myśl przewodnią Drzewa życia, ja zawsze uważałam, że jedną z jego najmocniejszych stron są właśnie zdjęcia. Ostre, dokładne i majestatyczne - pokazywały to, co w przyrodzie najpiękniejsze i niedostrzeżone gołym okiem. Rok temu swoją premierę miał film, który w całości jest poświęcony takim właśnie ujęciom natury. Samsara, w reżyserii Rona Fricke jest soczystym, ciekawym i niezwykle wyrazistym przedstawieniem świata, w którym żyjemy. Nie można go przegapić! 
    Samsara powstaje w 20 lat po nakręceniu przez reżysera filmu Baraka. Jest zapisem podróży przez 25 krajów świata, które przedstawiają skrajnie różne kultury. Samsara odkryje przed widzem tajemnice wędrujących do Mekki muzułmanów, czy codzienne życie afrykańskich plemion. Bohaterami ujęć będą nie tylko żywi ludzie, ale też (a może i przede wszystkim) niewypowiedzenie piękne krajobrazy, których bez reżysera nigdy byśmy nie doświadczyli na własnej skórze. W dokumencie Fricke'ego nie pada ani jedno słowo, lecz narracją całkowicie i z powodzeniem zajmuje się cykl życia. Takie bowiem było założenie reżysera, który pragnął w Samsarze pokazać, że życie ciągle toczy się i zaczyna w miejscach, w których powiedzielibyśmy, że już nic nie może powstać. Muzykę do filmu skomponowała Lisa Gerrard z zespołu Dead Can Dance. Niektórzy powiedzą, że jest idealnym uzupełnieniem do obrazu. 
Usypujący madalę mnisi (Źródło: www.awangarda.olsztyn.pl)
    Samsara nie jest dla wszystkich. Znużeni będą ci, którzy w dokumentach nie gustują. Zwłaszcza w tych, w których ważniejszy od słowa jest obraz. Nie każdy lubi bowiem przez ponad godzinę przyglądać się leniwie zmieniającym się kadrom, w rytm orientalnie pobrzmiewającej muzyki. Zachwycą się jednak Ci, którzy na wielkim ekranie uwielbiają obserwować kolor i ostrość obrazu. Interesująca w Samsarze jest wielość kultur, które dokument przedstawia. Reżyser pokazuje tym samym jak bardzo różni się świat nowoczesny od tego, w którym dominuje tradycja i religia. Wszystko ujęte jest w hipnotyzującą i z początku wciągającą całość. "Z początku", ponieważ już pod koniec dokumentu, widz ma wrażenie, że niektórych ujęć można było poskąpić, a innych nie należało aż tak długo i dokładnie przedstawiać. Tak, czy inaczej Samsara pozostaje filmem, na który z pewnością warto się wybrać. Obrazy Fricke'ego mogą bowiem zainteresować, zbulwersować, zadziwić i zainspirować.

niedziela, 28 października 2012

Niewierni

Żródło: http://golem13.fr/les-infideles-4-affiches/
    Niewierni pojawiają się na ekranach naszych kin nie tak długo po ogromnym sukcesie Nietykalnych. Przed francuskim filmem (reż. Emmanuelle Bercot, Fred Cavayé, Alexandre Courtes, Jean Dujardin, Michel Hazanavicius, Eric Lartigau, Gilles Lellouche, Jan Kounen) stoi zatem wielkie wyzwanie rozbawienia widza do łez. Na jednym z popularnych polskich portali filmowych, Niewierni oceniani są niezwykle nisko, a zamieszczone pod opisem filmu komentarze są więcej niż negatywne. Jestem jednak zdania, że wypowiadajacy się tam użytkownicy są w błędzie, bo film obejrzałam w zeszłym tygodniu i absolutnie nie uważam go za stratę czasu. O jednym jednak trzeba pamiętać - do kina nie można wybierać się z wygórowanymi oczekiwaniami. 
    Film Niewierni jest splotem zabawnych (lub mniej) etiud, których bohaterami są pocieszni figo-fago. Widz ma szansę obserwować w jaki sposób tym wątpliwym gentelmanom udaje się prowadzić podwójne życie. Każdy z nich posiada własne upodobania co do kobiet i widzi w nich uosobienie skrajnie różnych cech, które świadczą o atrakcyjności dam. Niektórzy stracą głowę dla pięknych, długonogich blondynek, inni dla niepoważnych licealistek, a jeszcze kolejni dla kobiet w dojrzałym wieku. Pozostałej będzie wszystko jedno, byleby tylko wybranka była napalona. Nie zabraknie także zamiłowanego fana S&M. Wszystkie pojedyńcze historie składają się na mozaikę, wśród której znajdzie się każdy typ dowcipkowania, ale nie tylko. Na przemian będzie zabawnie i refleksyjnie.
Źródło: http://www.listal.com/viewimage/3893287
    Gdybyśmy już koniecznie chcieli porównać Niewiernych do Nietykalnych to oczywiście ci pierwsi wypadają nad wyraz blado. Jest to jednak bezcelowe, gdyż oba te obrazy poruszają zupełnie inną tematykę, a film taki jak Nietykalni przydarza się raz na kilka lat. Bawiąc i doprowadzając do łez praktycznie każdego widza. Niewierni są dobrze skonstruowaną propozycją, zaskakującą i trafiającą do widza o nieco rubasznym poczuciu humoru. Za słabą stronę filmu można jedynie uznać zagmatwanie fabuły i zbytnie rozbudowanie postaci (w pewnym momencie właściwie już nie wiadomo kto jest czyją żoną). Wątek pechowego podrywacza, któremu nie poszczęściło się podczas pracowniczego zjazdu był raczej zbędny. Mimo tego jednak Niewierni to film, który warto zobaczyć. Jest to obraz lekki, przyjemny i nieoczywisty. Sceny zgrupowania anonimowych podrywaczy - bezbłędne! Także ścieżka dźwiękowa do filmu na długo pozostanie nam w pamięci, a Have love, will travel grupy The Sonics było idealnym wyborem w początkowych scenach filmu. 
P.S. Więcej tak długich przerw w pisaniu nie będzie!  

wtorek, 2 października 2012

Nowe horyzonty przed wrocławskim Heliosem

Główne wejście do kina. Fot. www.nowehoryzonty.pl
     Przy Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu od zawsze można było dobrze spędzić wieczór. Wystarczyło tylko wejść do kina Helios, wybrać interesujący nas seans i relaksować się w ciemnościach sali w towarzystwie ulubionych aktorów. Od niedawna organizatorzy kina sięgnęli dalej, ponad horyzont masowej rozrywki. Rozkochany we Wrocławiu Roman Gutek wraz ze swoim Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty postanowił stworzyć w tym miejscu wielowymiarową przestrzeń kulturalną. Odmieniony wrocławski multipleks funkcjonuje w swojej nowej odsłonie od 31 sierpnia 2012. Warto się tam wybrać!

     Helios NH jest rajem dla miłośników filmu i tzw. kina artystycznego. Pomysłodawca przedsięwzięcia i jego główny architekt, Roman Gutek przyznaje, że takie miejsce miastu było potrzebne. Chciał, aby odbywające się tutaj każdego roku święto filmu nie kończyło się ostatniego dnia festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty (dawniej Era Nowe Horyzonty), którego Wrocław od 2006 jest gospodarzem. Stowarzyszenie NH pragnie swoim projektem uwrażliwić odbiorców, a tym samym przyczynić się do popularyzacji kina ambitnego i kultury w ogóle. Poza rozlicznymi seansami, na których pokazywane będą najważniejsze tytuły filmowe, zainteresowani będą mogli w tym miejscu także uczestniczyć w różnych przeglądach, festiwalach, szkoleniach i warsztatach. Pomysłów jest w bród, a każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. 
Parter kina. Fot. www.nowehoryzonty.pl
     Październik i listopad w Heliosie będą obfitowały w różne wydarzenia kulturalne. Poza stałymi punktami programu (weekendowe poranki z dziećmi, warsztaty dla seniorów, seanse) odbędą się wyjątkowe projekcje i festiwale . Jeden z nich, Avant Art Festival, właśnie się rozpoczął. Od 13 października widzowie kina będą mieli szansę obejrzeć relacjonowane na żywo transmisje opery z The Metropolitan Opera w Nowym Jorku. W dniach 12 - 18 października odbędzie się Przegląd Kina Niemieckiego. Niedługo po nim Festiwal Filmów Koreańskich (19 - 25 października). Od 26 października do 1 listopada Helios będzie gościł Tournee Nowe Horyzonty, na którym zaprezentowane zostaną nagradzane na tegorocznych, międzynarodowych festiwalach filmowych obrazy. Od 13 do 18 listopada będzie można wybrać się na 3 edycję American Film Festival. Koniec miesiąca (23 listopada - 2 grudnia) zaowocuje retrospektywą "Inne światy Wernera Herzoga"
Kinowa kawiarnia. Fot. www.nowehoryzonty.pl
     Nowy, odmieniony Helios to miejsce, do którego fajnie jest się wybrać. Choć dopiero się rozkręca, to można przypuszczać, że z pewnością spotka się z pozytywnym odbiorem wrocławian (i nie tylko). To miejsce, w którym można zobaczyć filmy mądre i dobre. Przy tym jednak jest to kino inne od wszystkich. Tylko tutaj klasyczne obrazy są na równi ze współczesnymi przebojami festiwalowymi. Helios nie mówi też jednym językiem. Zaproponowane przez Stowarzyszenie filmy są efektami pracy ludzi z najróżniejszych zakątków świata. Na dodatek można tutaj zobaczyć rzeczy, do których samodzielnie ciężko byłoby się dokopać. O tym, co Helios NH proponuje w swoim repertuarze można przekonać się na stronie www.heliosnh.pl. Do zobaczenia!

wtorek, 25 września 2012

Yuma

    Wokół tego filmu zrobiono jeden z największych marketingowych rozgardiaszów. Od samego początku była mowa o fantastycznym, niebanalnym temacie, o druzgocącej roli Tomasza Kota i wspaniałym Gierszale. Oczywiście, jak zwykle towarzyszyły temu hasła o jednym z najlepszych filmów roku. I co? I niewiele się pomylili ci, którzy tak o tym trąbili. Chociaż pierwsze ujęcia zapowiadają katastrofę, a widz ma ochotę zasłonić dłońmi oczy, to dalej jest już tylko lepiej i lepiej. Całościowo.

    Oś fabularną Yumy (reż. Piotr Mularuk) wyznaczają losy nieco niepozornego z początku Zygi (Jakub Gierszał). Młody chłopak żyje w rzeczywistości, która choć lepsza od wcześniejszej, jest daleka od ideału. Główny bohater mieszka w małej miejscowości tuż przy granicy Polski z NRD i jak cała reszta swoich przyjaciół jest przekonany o tym, że stać go na lepsze życie. Nie mając jednak pomysłu na przebicie się przez kłęby szarości ówczesnej Polski, marnotrawi swój czas. Czasami obejrzy też Dynastię. I całe szczęście, bo to właśnie przy jej wspólnym oglądaniu z figlarną ciocią (Katarzyna Figura), wpadnie na pomysł pewnego ryzykowanego przedsięwzięcia.

    Zachęcony przez ciocię Zyga postanawia zająć się jumaniem, a więc kradzieżą dóbr z NRD. Za przyzwoleniem wszystkich ważniejszych osobistości swojego miasteczka zabiera z tamtejszych sklepów ile wlezie.Do bagażnika pakuje wszystko od A do Z. Potem ku uciesze rodaków sakramentalnie niemalże rozdaje zdobycze słowami "bierzcie z tego wszyscy". A oni biorą i są zadowoleni. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, komu to będzie przeszkadzać.

    Pulsująca żyłka biznesu u Zygi niezwykle niepokoi pewnego Rosjanina (Tomasz Kot), który w tamtejszej okolicy też chciałby popisać się swoimi zdolnościami przedsiębiorczymi. Grozi głównemu bohaterowi raz, czy dwa. Ten, choć przerażony, dalej robi swoje. A rozochocony sukcesami Zyga nie spocznie tylko i wyłącznie na jumaniu. Na groźbach się więc nie kończy.

    Po tak usilnym napompowaniu atmosfery przed premierą, miało się wrażenie, ze Yuma będzie kompletną klapą. Nie jest jednak. Jest solidnie skonstruowanym obrazem, który pokazuje "jak to kiedyś było". Można go nawet potraktować jako swoistą pamiątkę i zapis fabularny dla przyszłych pokoleń. Pisząc to jednak nachodzi mnie smutna refleksja o tym, że oglądając film Mularuka ma się wrażenie, że tak niewiele się w obrazie polskich miast zmieniło. To jednak kwestia dyskusyjna. Jak ta, czy nie lekką kompromitacją jest powołanie się reżysera na początku filmu na definicję "jumania" zaczerpniętą z Wikipedii. Możliwe też, że to z mojej strony tylko zwyczajne czepialstwo. Zawiodłam się też na innej rzeczy. Oglądając Yumę ma się bowiem wrażenie, że reżyser zbyt usilnie chciał zamieścić w fabule pewne watki. Wynika z tego wiele niedopowiedzeń, a szkoda. Główne role obrazu fantastycznie urzeczywistnione zarówno przez Gierszała, jak i Kota. Przekonująca, choć już widziana w podobnych rolach, Katarzyna Figura. Co z tego jednak, gdy najbardziej sympatyczną i kuriozalną wręcz postacią pozostaje grany przez Jakuba Kamieńskiego, Młot? Zobaczyć trzeba i samemu należy ocenić, bo opinie o Yumie są bardzo różne. Tak, czy inaczej - nie taki diabeł straszny, jak go malują.

czwartek, 13 września 2012

Wizyta i Żeby nie bolało

Urszula Flis w rozmowie z dziennikarką ( kadr filmu Żeby nie bolało)
Wypada chyba stwierdzić, że postać kobiety pracującej na wsi kojarzy się współczesnym przede wszystkim z bohaterkami Chłopów Reymonta, a więc z Hanką i Jagną. Da się wtenczas już zauważyć, że o wiele bardziej w pamięć zapadają sylwetki męskie tego środowiska. Zarówno z literatury, jak i fabuły filmowej. W 1974 roku reżyser Marcel Łoziński popełnił dokument zatytułowany Wizyta, w którym odwiedził dom rodzinny Urszuli Flis. Po nieco ponad dwudziestu latach powrócił tam i ponownie wtargnął w życie pracującej na wsi kobiety, której świadome wybory życia w pojedynkę i bezgranicznego oddania literaturze wzbudziły w okolicznych śmiech i pogardę dla jej osoby. Powstało wówczas, w 1997 roku Żeby nie bolało. Doskonały film dokumentalny, którego bohaterka świadomie zagrała na nosie tradycji polskiej wsi. Wiele tracąc i jednocześnie zyskując.

W początkowych fragmentach Żeby nie bolało, reżyser przywołuje całość sfilmowanej ponad dwadzieścia lat wcześniej Wizyty. Powstaje dzięki temu obraz pełny i zrozumiały dla widza. Łoziński przedstawia postać Urszuli Flis, z którą wywiady przeprowadzają niejednocześnie dwie znane dziennikarki ze stolicy. Sylwetkę kobiety przybliżają widzowi także okoliczni zainteresowani, o których opinię prosi w „Wizycie” dziennikarka. Już na wstępie wiadomo więc, że Urszula jest osobą budzącą kontrowersje. Sama dziewczyna zbywa to jednak uśmiechem, zapewniając, że każda wieś musi mieć swojego dziwaka.

Flisówna nie wpisuje się w schemat kobiety pracującej na wsi. Po pierwsze nie ma męża, ani nawet na miejsce takiego kandydata. Myśli o tym, że nie poradzi sobie bez niego na gospodarstwie nie zaprzątają dziewczynie głowy. Przeczuwający jakby nadchodzącą katastrofę sąsiedzi i pospiesznie wskazują drugą „wadę” Urszuli. Nieustannie buja w obłokach, w których ramiona porywają ją kolejni bohaterowie literaccy. Na okrągło siedzi w książkach, co na wsi jest nie do pomyślenia, ponieważ w opinii okolicznych Urszula zaniedbuje domowe obowiązki. Sama zainteresowana nie widzi w tym jednak nic złego i sprytnie ucina wścibskie plotki zaznaczając, że podczas pracy nie można myśleć tylko i wyłącznie o sprawach przyziemnych.

Pierwsza wizyta Łozińskiego w domu Flisów pokazuje zderzenie dwóch światów. Jeden z nich reprezentuje wielkomiastowa dziennikarka, która usilnie stara się nakłonić Urszulę do poszerzania swoich horyzontów we właściwym dla tego miejscu. Namawia dziewczynę nie wprost do kształcenia się na uniwersytecie. Zdezorientowana Urszula niechętnie przyjmuje porady. Dziarsko i zdecydowanie zaznacza, że literatura to jej miłość i sposób na ucieczkę od codzienności. Czyż uczucie nie osłabłoby gdyby przemierzanie bezkresnych stron książek stało się rutyną? – zapyta później.

Reżyser Marcel Łoziński
Po upływie ponad dwudziestu lat Łoziński wraca do wsi, w której mieszka Urszula. Do przeprowadzenia wywiadu z nią zaprasza doświadczoną dziennikarkę. Zapyta ją, czy wydarzenia 1989 roku zmieniły jej życie. Zainteresuje się jej dolą na gospodarstwie. Zatroszczy się o samotność i o trud dnia codziennego. Sprowokuje do rozmyślań na temat tego, co być mogło. Na temat tego, co być może zbyt pochopnie utraciła.

                 Dwa połączone ze sobą kontekstowo dokumenty reżysera, a więc Wizyta (1974) i Żeby nie bolało (1998) stanowią do bólu prawdziwy i przejmujący obraz kobiety na wsi. Nie tej stereotypowej oczywiście, której ciepły wizerunek widzimy oczami wyobraźni. W obu filmach niezwykle umiejętnie i mocno nakreślono portret kobiety, którą wieś postrzega jako dziwadło i odszczepieńca. Dlaczego? Ponieważ zdecydowała się żyć w pojedynkę, samodzielnie dbać o gospodarstwo i chorą matkę. Dlatego, że uciekała od otaczającej ją codzienności w książki, wypełniając wolne chwile błogim bujaniem w obłokach. Reżyser w sposób znakomity, bo wielowątkowy, przedstawia zatwardziałość polskiej tradycji. I tę jedną, która chciałaby wyjść jej naprzeciw.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...