Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.
Gdy komuś poskąpiono tam na górze talentu do robienia zdjęć, zazwyczaj skupia całą swoją uwagę na oglądaniu prac mistrzów fotografii. Ze swojego przykładu wiem, że jest to zajęcie nad wyraz wciągające. Raz za razem potrafimy przewracać kartki papieru, czy z wypiekami na twarzy klikać przycisk "następne" i "następne", a cały świat nagle znika. Podobne błogie zawieszenie mogą wywołać piękne zdjęcia filmowe. Podczas, gdy piekielnie trudno jest zrozumieć myśl przewodnią Drzewa życia, ja zawsze uważałam, że jedną z jego najmocniejszych stron są właśnie zdjęcia. Ostre, dokładne i majestatyczne - pokazywały to, co w przyrodzie najpiękniejsze i niedostrzeżone gołym okiem. Rok temu swoją premierę miał film, który w całości jest poświęcony takim właśnie ujęciom natury. Samsara, w reżyserii Rona Fricke jest soczystym, ciekawym i niezwykle wyrazistym przedstawieniem świata, w którym żyjemy. Nie można go przegapić!
Samsara powstaje w 20 lat po nakręceniu przez reżysera filmu Baraka. Jest zapisem podróży przez 25 krajów świata, które przedstawiają skrajnie różne kultury. Samsara odkryje przed widzem tajemnice wędrujących do Mekki muzułmanów, czy codzienne życie afrykańskich plemion. Bohaterami ujęć będą nie tylko żywi ludzie, ale też (a może i przede wszystkim) niewypowiedzenie piękne krajobrazy, których bez reżysera nigdy byśmy nie doświadczyli na własnej skórze. W dokumencie Fricke'ego nie pada ani jedno słowo, lecz narracją całkowicie i z powodzeniem zajmuje się cykl życia. Takie bowiem było założenie reżysera, który pragnął w Samsarze pokazać, że życie ciągle toczy się i zaczyna w miejscach, w których powiedzielibyśmy, że już nic nie może powstać. Muzykę do filmu skomponowała Lisa Gerrard z zespołu Dead Can Dance. Niektórzy powiedzą, że jest idealnym uzupełnieniem do obrazu.
Samsara nie jest dla wszystkich. Znużeni będą ci, którzy w dokumentach nie gustują. Zwłaszcza w tych, w których ważniejszy od słowa jest obraz. Nie każdy lubi bowiem przez ponad godzinę przyglądać się leniwie zmieniającym się kadrom, w rytm orientalnie pobrzmiewającej muzyki. Zachwycą się jednak Ci, którzy na wielkim ekranie uwielbiają obserwować kolor i ostrość obrazu. Interesująca w Samsarze jest wielość kultur, które dokument przedstawia. Reżyser pokazuje tym samym jak bardzo różni się świat nowoczesny od tego, w którym dominuje tradycja i religia. Wszystko ujęte jest w hipnotyzującą i z początku wciągającą całość. "Z początku", ponieważ już pod koniec dokumentu, widz ma wrażenie, że niektórych ujęć można było poskąpić, a innych nie należało aż tak długo i dokładnie przedstawiać. Tak, czy inaczej Samsara pozostaje filmem, na który z pewnością warto się wybrać. Obrazy Fricke'ego mogą bowiem zainteresować, zbulwersować, zadziwić i zainspirować.
Niewierni pojawiają się na ekranach naszych kin nie tak długo po ogromnym sukcesie Nietykalnych. Przed francuskim filmem (reż. Emmanuelle Bercot, Fred Cavayé, Alexandre Courtes, Jean Dujardin, Michel Hazanavicius, Eric Lartigau, Gilles Lellouche, Jan Kounen) stoi zatem wielkie wyzwanie rozbawienia widza do łez. Na jednym z popularnych polskich portali filmowych, Niewierni oceniani są niezwykle nisko, a zamieszczone pod opisem filmu komentarze są więcej niż negatywne. Jestem jednak zdania, że wypowiadajacy się tam użytkownicy są w błędzie, bo film obejrzałam w zeszłym tygodniu i absolutnie nie uważam go za stratę czasu. O jednym jednak trzeba pamiętać - do kina nie można wybierać się z wygórowanymi oczekiwaniami.
Film Niewierni jest splotem zabawnych (lub mniej) etiud, których bohaterami są pocieszni figo-fago. Widz ma szansę obserwować w jaki sposób tym wątpliwym gentelmanom udaje się prowadzić podwójne życie. Każdy z nich posiada własne upodobania co do kobiet i widzi w nich uosobienie skrajnie różnych cech, które świadczą o atrakcyjności dam. Niektórzy stracą głowę dla pięknych, długonogich blondynek, inni dla niepoważnych licealistek, a jeszcze kolejni dla kobiet w dojrzałym wieku. Pozostałej będzie wszystko jedno, byleby tylko wybranka była napalona. Nie zabraknie także zamiłowanego fana S&M. Wszystkie pojedyńcze historie składają się na mozaikę, wśród której znajdzie się każdy typ dowcipkowania, ale nie tylko. Na przemian będzie zabawnie i refleksyjnie.
Źródło: http://www.listal.com/viewimage/3893287
Gdybyśmy już koniecznie chcieli porównać Niewiernych do Nietykalnych to oczywiście ci pierwsi wypadają nad wyraz blado. Jest to jednak bezcelowe, gdyż oba te obrazy poruszają zupełnie inną tematykę, a film taki jak Nietykalni przydarza się raz na kilka lat. Bawiąc i doprowadzając do łez praktycznie każdego widza. Niewierni są dobrze skonstruowaną propozycją, zaskakującą i trafiającą do widza o nieco rubasznym poczuciu humoru. Za słabą stronę filmu można jedynie uznać zagmatwanie fabuły i zbytnie rozbudowanie postaci (w pewnym momencie właściwie już nie wiadomo kto jest czyją żoną). Wątek pechowego podrywacza, któremu nie poszczęściło się podczas pracowniczego zjazdu był raczej zbędny. Mimo tego jednak Niewierni to film, który warto zobaczyć. Jest to obraz lekki, przyjemny i nieoczywisty. Sceny zgrupowania anonimowych podrywaczy - bezbłędne! Także ścieżka dźwiękowa do filmu na długo pozostanie nam w pamięci, a Have love, will travel grupy The Sonics było idealnym wyborem w początkowych scenach filmu.
P.S. Więcej tak długich przerw w pisaniu nie będzie!
Przy Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu od zawsze można było dobrze spędzić wieczór. Wystarczyło tylko wejść do kina Helios, wybrać interesujący nas seans i relaksować się w ciemnościach sali w towarzystwie ulubionych aktorów. Od niedawna organizatorzy kina sięgnęli dalej, ponad horyzont masowej rozrywki. Rozkochany we Wrocławiu Roman Gutek wraz ze swoim Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty postanowił stworzyć w tym miejscu wielowymiarową przestrzeń kulturalną. Odmieniony wrocławski multipleks funkcjonuje w swojej nowej odsłonie od 31 sierpnia 2012. Warto się tam wybrać!
Helios NH jest rajem dla miłośników filmu i tzw. kina artystycznego. Pomysłodawca przedsięwzięcia i jego główny architekt, Roman Gutek przyznaje, że takie miejsce miastu było potrzebne. Chciał, aby odbywające się tutaj każdego roku święto filmu nie kończyło się ostatniego dnia festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty (dawniej Era Nowe Horyzonty), którego Wrocław od 2006 jest gospodarzem. Stowarzyszenie NH pragnie swoim projektem uwrażliwić odbiorców, a tym samym przyczynić się do popularyzacji kina ambitnego i kultury w ogóle. Poza rozlicznymi seansami, na których pokazywane będą najważniejsze tytuły filmowe, zainteresowani będą mogli w tym miejscu także uczestniczyć w różnych przeglądach, festiwalach, szkoleniach i warsztatach. Pomysłów jest w bród, a każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.
Parter kina. Fot. www.nowehoryzonty.pl
Październik i listopad w Heliosie będą obfitowały w różne wydarzenia kulturalne. Poza stałymi punktami programu (weekendowe poranki z dziećmi, warsztaty dla seniorów, seanse) odbędą się wyjątkowe projekcje i festiwale . Jeden z nich, Avant Art Festival, właśnie się rozpoczął. Od 13 października widzowie kina będą mieli szansę obejrzeć relacjonowane na żywo transmisje opery z The Metropolitan Opera w Nowym Jorku. W dniach 12 - 18 października odbędzie się PrzeglądKina Niemieckiego. Niedługo po nim Festiwal Filmów Koreańskich (19 - 25 października). Od 26 października do 1 listopada Helios będzie gościł Tournee Nowe Horyzonty, na którym zaprezentowane zostaną nagradzane na tegorocznych, międzynarodowych festiwalach filmowych obrazy. Od 13 do 18 listopada będzie można wybrać się na 3 edycję American Film Festival. Koniec miesiąca (23 listopada - 2 grudnia) zaowocuje retrospektywą "Inne światy Wernera Herzoga".
Kinowa kawiarnia. Fot. www.nowehoryzonty.pl
Nowy, odmieniony Helios to miejsce, do którego fajnie jest się wybrać. Choć dopiero się rozkręca, to można przypuszczać, że z pewnością spotka się z pozytywnym odbiorem wrocławian (i nie tylko). To miejsce, w którym można zobaczyć filmy mądre i dobre. Przy tym jednak jest to kino inne od wszystkich. Tylko tutaj klasyczne obrazy są na równi ze współczesnymi przebojami festiwalowymi. Helios nie mówi też jednym językiem. Zaproponowane przez Stowarzyszenie filmy są efektami pracy ludzi z najróżniejszych zakątków świata. Na dodatek można tutaj zobaczyć rzeczy, do których samodzielnie ciężko byłoby się dokopać. O tym, co Helios NH proponuje w swoim repertuarze można przekonać się na stronie www.heliosnh.pl. Do zobaczenia!
Wokół tego filmu zrobiono jeden z największych marketingowych rozgardiaszów. Od samego początku była mowa o fantastycznym, niebanalnym temacie, o druzgocącej roli Tomasza Kota i wspaniałym Gierszale. Oczywiście, jak zwykle towarzyszyły temu hasła o jednym z najlepszych filmów roku. I co? I niewiele się pomylili ci, którzy tak o tym trąbili. Chociaż pierwsze ujęcia zapowiadają katastrofę, a widz ma ochotę zasłonić dłońmi oczy, to dalej jest już tylko lepiej i lepiej. Całościowo.
Oś fabularną Yumy (reż. Piotr Mularuk) wyznaczają losy nieco niepozornego z początku Zygi (Jakub Gierszał). Młody chłopak żyje w rzeczywistości, która choć lepsza od wcześniejszej, jest daleka od ideału. Główny bohater mieszka w małej miejscowości tuż przy granicy Polski z NRD i jak cała reszta swoich przyjaciół jest przekonany o tym, że stać go na lepsze życie. Nie mając jednak pomysłu na przebicie się przez kłęby szarości ówczesnej Polski, marnotrawi swój czas. Czasami obejrzy też Dynastię. I całe szczęście, bo to właśnie przy jej wspólnym oglądaniu z figlarną ciocią (Katarzyna Figura), wpadnie na pomysł pewnego ryzykowanego przedsięwzięcia.
Zachęcony przez ciocię Zyga postanawia zająć się jumaniem, a więc kradzieżą dóbr z NRD. Za przyzwoleniem wszystkich ważniejszych osobistości swojego miasteczka zabiera z tamtejszych sklepów ile wlezie.Do bagażnika pakuje wszystko od A do Z. Potem ku uciesze rodaków sakramentalnie niemalże rozdaje zdobycze słowami "bierzcie z tego wszyscy". A oni biorą i są zadowoleni. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, komu to będzie przeszkadzać.
Pulsująca żyłka biznesu u Zygi niezwykle niepokoi pewnego Rosjanina (Tomasz Kot), który w tamtejszej okolicy też chciałby popisać się swoimi zdolnościami przedsiębiorczymi. Grozi głównemu bohaterowi raz, czy dwa. Ten, choć przerażony, dalej robi swoje. A rozochocony sukcesami Zyga nie spocznie tylko i wyłącznie na jumaniu. Na groźbach się więc nie kończy.
Po tak usilnym napompowaniu atmosfery przed premierą, miało się wrażenie, ze Yuma będzie kompletną klapą. Nie jest jednak. Jest solidnie skonstruowanym obrazem, który pokazuje "jak to kiedyś było". Można go nawet potraktować jako swoistą pamiątkę i zapis fabularny dla przyszłych pokoleń. Pisząc to jednak nachodzi mnie smutna refleksja o tym, że oglądając film Mularuka ma się wrażenie, że tak niewiele się w obrazie polskich miast zmieniło. To jednak kwestia dyskusyjna. Jak ta, czy nie lekką kompromitacją jest powołanie się reżysera na początku filmu na definicję "jumania" zaczerpniętą z Wikipedii. Możliwe też, że to z mojej strony tylko zwyczajne czepialstwo. Zawiodłam się też na innej rzeczy. Oglądając Yumę ma się bowiem wrażenie, że reżyser zbyt usilnie chciał zamieścić w fabule pewne watki. Wynika z tego wiele niedopowiedzeń, a szkoda. Główne role obrazu fantastycznie urzeczywistnione zarówno przez Gierszała, jak i Kota. Przekonująca, choć już widziana w podobnych rolach, Katarzyna Figura. Co z tego jednak, gdy najbardziej sympatyczną i kuriozalną wręcz postacią pozostaje grany przez Jakuba Kamieńskiego, Młot? Zobaczyć trzeba i samemu należy ocenić, bo opinie o Yumie są bardzo różne. Tak, czy inaczej - nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Urszula Flis w rozmowie z dziennikarką ( kadr filmu Żeby nie bolało)
Wypada
chyba stwierdzić, że postać kobiety pracującej na wsi kojarzy się
współczesnym przede wszystkim z bohaterkami Chłopów
Reymonta, a więc z Hanką i Jagną. Da się wtenczas już zauważyć,
że o wiele bardziej w pamięć zapadają sylwetki męskie tego
środowiska. Zarówno z literatury, jak i fabuły filmowej. W 1974
roku reżyser Marcel Łoziński popełnił dokument zatytułowany Wizyta, w którym odwiedził dom rodzinny Urszuli Flis. Po
nieco ponad dwudziestu latach powrócił tam i ponownie wtargnął w
życie pracującej na wsi kobiety, której świadome wybory życia w
pojedynkę i bezgranicznego oddania literaturze wzbudziły w
okolicznych śmiech i pogardę dla jej osoby. Powstało wówczas, w
1997 roku Żeby nie bolało. Doskonały film dokumentalny,
którego bohaterka świadomie zagrała na nosie tradycji polskiej
wsi. Wiele tracąc i jednocześnie zyskując.
W
początkowych fragmentach Żeby nie
bolało, reżyser przywołuje całość sfilmowanej ponad
dwadzieścia lat wcześniej Wizyty. Powstaje dzięki temu obraz
pełny i zrozumiały dla widza. Łoziński przedstawia postać
Urszuli Flis, z którą wywiady przeprowadzają niejednocześnie dwie
znane dziennikarki ze stolicy. Sylwetkę kobiety przybliżają
widzowi także okoliczni zainteresowani, o których opinię prosi w
„Wizycie” dziennikarka. Już na wstępie wiadomo więc, że
Urszula jest osobą budzącą kontrowersje. Sama dziewczyna zbywa to
jednak uśmiechem, zapewniając, że każda wieś musi mieć swojego
dziwaka.
Flisówna
nie wpisuje się w schemat kobiety pracującej na wsi. Po pierwsze
nie ma męża, ani nawet na miejsce takiego kandydata. Myśli o tym,
że nie poradzi sobie bez niego na gospodarstwie nie zaprzątają
dziewczynie głowy. Przeczuwający jakby nadchodzącą katastrofę
sąsiedzi i pospiesznie wskazują drugą „wadę” Urszuli.
Nieustannie buja w obłokach, w których ramiona porywają ją
kolejni bohaterowie literaccy. Na okrągło siedzi w książkach, co
na wsi jest nie do pomyślenia, ponieważ w opinii okolicznych
Urszula zaniedbuje domowe obowiązki. Sama zainteresowana nie widzi w
tym jednak nic złego i sprytnie ucina wścibskie plotki zaznaczając,
że podczas pracy nie można myśleć tylko i wyłącznie o sprawach
przyziemnych.
Pierwsza
wizyta Łozińskiego w domu Flisów pokazuje zderzenie dwóch
światów. Jeden z nich reprezentuje wielkomiastowa dziennikarka,
która usilnie stara się nakłonić Urszulę do poszerzania swoich
horyzontów we właściwym dla tego miejscu. Namawia dziewczynę nie
wprost do kształcenia się na uniwersytecie. Zdezorientowana Urszula
niechętnie przyjmuje porady. Dziarsko i zdecydowanie zaznacza, że
literatura to jej miłość i sposób na ucieczkę od codzienności.
Czyż uczucie nie osłabłoby gdyby przemierzanie bezkresnych stron
książek stało się rutyną? – zapyta później.
Reżyser Marcel Łoziński
Po
upływie ponad dwudziestu lat Łoziński wraca do wsi, w której
mieszka Urszula. Do przeprowadzenia wywiadu z nią zaprasza
doświadczoną dziennikarkę. Zapyta ją, czy wydarzenia 1989 roku
zmieniły jej życie. Zainteresuje się jej dolą na gospodarstwie.
Zatroszczy się o samotność i o trud dnia codziennego. Sprowokuje
do rozmyślań na temat tego, co być mogło. Na temat tego, co być
może zbyt pochopnie utraciła.
Dwa
połączone ze sobą kontekstowo dokumenty reżysera, a więc Wizyta (1974) i Żeby nie bolało (1998) stanowią do
bólu prawdziwy i przejmujący obraz kobiety na wsi. Nie tej
stereotypowej oczywiście, której ciepły wizerunek widzimy oczami
wyobraźni. W obu filmach niezwykle umiejętnie i mocno nakreślono
portret kobiety, którą wieś postrzega jako dziwadło i
odszczepieńca. Dlaczego? Ponieważ zdecydowała się żyć w
pojedynkę, samodzielnie dbać o gospodarstwo i chorą matkę.
Dlatego, że uciekała od otaczającej ją codzienności w książki,
wypełniając wolne chwile błogim bujaniem w obłokach. Reżyser w
sposób znakomity, bo wielowątkowy, przedstawia zatwardziałość
polskiej tradycji. I tę jedną, która chciałaby wyjść jej
naprzeciw.