Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2013

Zrozumieć Bitników

www.film.com
   Ostatnimi czasy lubimy odgrzewać historie pokolenia amerykańskich Bitników. 3 lata temu pojawił się Skowyt Roba Epsteina i Jeffrey'a Friedmana, z Jamesem Franco w roli młodego poety Allena Ginsberga. Niedługo później do kina mogliśmy wybrać na nieco nieudane, lecz do wybaczenia W drodze Waltera Sallesa. W obu tych obrazach poczuliśmy się jak szalony był okres lat 50. w Ameryce, jak bardzo pragnięto wówczas wyzwolenia twórczości, wywrócenia klasycznych kanonów  i życia na krawędzi psychicznego, i fizycznego wyniszczenia. Dopóki nie zabierzemy się za czytanie Nagiego lunchu Williama Burroughsa, wszystkie smaczki życia Bitników z pewnością będą nas kręcić. Reżyser John Krokidas najwidoczniej jednak dzielnie przebrnął przez to dzieło i prawdopodobnie też przez wiele innych, które powstały z ręki Kerouaca, czy Ginsberga. Udało mu się nakręcić dzięki temu film Kill Your Darlings, w którym śledzimy początki twórców Beat Generation. Młody Allen Ginsberg (Daniel Radcliffe) dostał się właśnie na Uniwersytet Columbia. W prędkim czasie ulega fascynacji Lucienem Carrem (Dane DeHaan), który za nic ma uniwersyteckie zwyczaje, klasyki literatury, obyczajowość współczesnych Amerykanów i wszystkich, którzy się do niego nie przyłączą. Lucien wprowadza Allena w świat, którego ten w skrytości poszukiwał. Pragnienie namiętnego i totalnego przeżywania życia, burzenia tego, co skostniałe i staroświeckie, wyzwalania siebie poprzez każdy możliwy sposób staje się dla Ginsberga i jego kolegów podnietą do napisania manifestu pokolenia. Jakkolwiek dobry, staje się przedmiotem uczelnianych drwin i pokpiwań. Jego opublikowanie przyćmi także pewne wydarzenie z parku Riverside, w którego zamieszany będzie Lucien i jego wieloletni kochanek i prześladowca David Kammerer (Michael C.Hall). Te błyskawiczne zwroty zdarzeń w historii Bitników, udaje się Krokidasowi przedstawić w sposób jasny, mocny i prowokujący dalsze poszukiwania widza o twórcach Beat Generation. Reżyser pragnie zdaje się uwspółcześnić odbiorcy postaci Ginsberga, Carra, Burroughsa i Kerouaca, przedstawiając ich jako ogarniętych twórczym szałem nastolatków, którzy rozrabiają w uniwersyteckiej bibliotece w rytm hitu zespołu TV on the Radio. Krokidas zmiękcza sylwetki Bitników, upraszcza pojedyncze historie z ich życia i tym samym ma się wrażenie, że nawet usprawiedliwia i tłumaczy ich przed widzem. Kill Your Darling sprawia, że pozostawiamy dla Bitników większy margines tolerancji. Wyjątkowo komicznie jest w filmie przedstawiony William Burroughs (Ben Foster), którego maniakalne dbanie o siebie, oszczędność gestów i dobitność głoszonych uwag tworzą nieskończone pokłady uroku osobistego. Poważnie nie potraktujemy też Kerouaca. Prędko zapomnimy o tym, że jest to ten sam mężczyzna, którego powierzchowne i wybiórcze traktowanie relacji z najbliższymi, brak szacunku do ciała oraz nieokrzesanie doprowadzą go później na skraj obłędu. Krokidas pozwala nam na moment zapomnieć o tym jak zabójczy pęd do życia miał każdy z tych chłopców. Sprawia ponadto, że chcemy wiedzieć o nich wiedzieć więcej, przeniknąć ich i być jednymi z nich.

Tnij linie słów
Tnij linie muzyki
Rozwal obrazy kontrolne
Rozwal maszynę kontrolną.


William Burrougs, Szybki strzał 

Kill Your Darlings, Na śmierć i życie
USA, 2013, 104'
reż. John Krokidas, scen. John Krokidas, Austin Bunn, zdj. Reed Morano, ed. Brian A. Kates, muz. Nico Muhly, prod. Michael Benaroya, Christie Vachonn, Rose Ganguzza, John Krokidas, dystr. Sony Picture Classics, wyst. Daniel Radcliffe, Ben Foster, Dane DeHaan, Michael C. Hall, Jack Huston, Jennifer Jason Leigh, Elizabeth Olsen i inni.

niedziela, 10 listopada 2013

Życie z miłością w tle

www.eonline.pl
   Życie ludzkie jest istotne. To, jak je widzimy zależy często od tego kim jesteśmy dla osoby, którą oceniamy. Dla kolegów i koleżanek ze szkoły może najbardziej liczyć się, z jakiej rodziny jesteśmy- biednej, czy bogatej. Dziś takimi rzeczami potrafimy wytłumaczyć w dorosłym życiu praktycznie wszystko. Pracodawca się tym jednak nie zajmie. On, gdy przyjmuje nas do pracy patrzy wyłącznie na doświadczenie. Rodzice na nasze sukcesy. Babcia z kolei myśli tylko o tym, czy mamy pełne brzuchy. Zwykli przechodnie, nic o nas nie wiedząc, często zastanawiają się nad nad tym jakie jest nasze życie i przypatrzywszy się uważnie temu jak jesteśmy ubrani snują egzotyczne teorie. W ostatecznym rozrachunku jednak nie to jest ważne. Liczy się przede wszystkim to, co my sami myślimy o swoim życiu, a najczęściej przychodzi nam zastanawiać się nad nim przez jeden tylko pryzmat- miłości.
Nieustannie zagubioną w swoich myślach i nieco niechlujną Adele (Adele Exarchopoulos) dręczą takie właśnie myśli. Licealistka po raz pierwszy zaczyna poważnie zastanawiać się nad swoją seksualnością. Chcąc dać ujście nie dającym się dłużej krępować emocjom, Adele ryzykuje i umawia się na randkę z kolegą, której finał odrobinę rozjaśni dziewczynie drogę. Od tej pory bohaterka powoli usiłuje przekonać się do wstydliwych pragnień i wybiera się pewnego wieczoru do lesbijskiego pubu. Wyglądając na śmiertelnie onieśmieloną debiutantkę, przykuwa uwagę niebieskowłosej Emmy (Léa Seydoux), która w krótkiej chwili przerywa krępującą dla Adele rozmowę przy barze. Od tej pory pomiędzy dziewczętami wybuchnie romans, którego płomienne początki zaprowadzą je wprost w dorosłe życie, na którego rozpoczęcie obie są niejednakowo przygotowane.         
Léa Seydoux jako Emma (www.forelite.pl)
Abdellatif Kechiche obserwuje życie Adeli z perspektywy jej uczuciowości i wyborów nią podyktowanych. Sugestywny tytuł Życie Adeli: Rozdział 1 i 2 mówi widzowi, że po niemal 3-godzinnym seansie nie na zawsze żegna się on z bohaterkami filmu. Oby jednak na odpowiednio długo. Chcąc przybliżyć widzowi problem seksualności i trudnych wyborów z nią związanych we współczesnym świecie, Kechiche może dosłownie obrzydzić widza prezentowanym w filmie realizmem. Widać go szczególnie w postaci Adele, której nie raz zechcemy rozczesać grzebieniem poklejone włosy lub wytrzeć nos po wypłakaniu rzeki łez. Partnerująca Adele Léa Seydoux nie prowadzi swojej bohaterki w sposób aż tak nachalny, przez co ogląda się ją na ekranie o wiele chętniej. Osławione już w trakcie premiery filmu w Cannes sceny erotyczne także podzielą widzów. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że dosłowność obrazu i zbytni naturalizm scen gwałci wyobraźnię widza i nie pozostawia po nich dreszczu rozkoszy. Z drugiej strony, podsumowując film, nie można jednak odmówić mu racji poruszanego problemu, którym jest nie tylko społeczne obchodzenie się z osobami homoseksualnymi. Życie Adeli jest także ważnym głosem w sprawie zagubienia młodych ludzi we współczesnym świecie. Kechiche obnaża nieudolne i nieprzemyślane do końca wybory, nieumiejętność prowadzenia rozmów o problemach, spłycenie relacji z rodzicami, konieczność porzucania ideałów i rozchwianie emocjonalne, które codziennie należy maskować. Życie Adeli nie jest zatem filmem o miłości. Uczucie bohaterek jest jedynie tłem do o wiele głębszej historii, której potencjał Kechiche powinien bardziej wykorzystać przy kontynuacji Życia Adeli.
Życie Adeli, La vie d'Adele, Blue is the warmest colour
Francja, 2013, 172'
reż. Abdellatif Kechiche, scen. Ghalia Lacroix, zdj. Sofian El Fani, e. Ghalia Lacroix, Albertine Lastera, Camille Toubkis, prod. Abdellatif Kechiche, dystr. Wild Bunch (Francja), Gutek Film (Polska), wyst. Léa Seydoux, Adèle Exarchopoulos,  Mona Walravens,  Salim Kechiouche i inni. 


wtorek, 5 listopada 2013

Niekochanie

www.filmweb.pl
   Podobno nic tak bardzo nie podkreśla kobiecości jak czerwona sukienka. Przykuje uwagę, a potem mimowolnie uwiedzie i rozochoci męską fantazję jeszcze zanim zdąży to zrobić pojedynczym gestem, czy słowem jej posiadaczka. Jest słodkim niedopowiedzeniem, nawet na najbardziej ponętnej kobiecej sylwetce. Zniewala i na długo zapada w pamięć, szczególnie na kobiecie, którą darzy się miłością. Przyszedłszy do ukochanej po latach rozłąki mężczyzna, ma  nadzieję na to, że kobieta nie bez powodu otworzyła mu w czerwonej sukience. Jest przekonany, że chce go wabić, kusić i zabawiać się jego pożądaniem. Chce być jej usłużny, ale tylko do jakiegoś czasu, gdyż nieprzemyślane zwodzenie spowoduje tylko, że zagotuje się w środku i niepotrzebnie uniesie. Wynagrodzi jej to, ale wie, że to spłoszy kobietę. Nie będzie mógł zrozumieć, dlaczego nie chce wybaczyć mu tych czterech lat zwłoki. Ponownie zirytuje się i zechce zerwać z niej w złości tę śmieszną, małą czerwoną sukienkę, która z pewnością nie miała być dziś dla jego oczu. Ani to, co kryje się pod jej spodem. To doprowadzi go do furii. W niczym nie pomoże tutaj wybłagany pocałunek i dotyk jej aksamitnych warg na jego policzku. Nie tak traktuje się mężczyznę, gdy otwiera się mu w czerwonej sukience, a przynajmniej nie w Some Velvet Morning Neila LaBute'a. To kameralne kino, które odziera spotkania damsko-męskie z filmowej kurtuazji i romantyzmu, gdyż koncentruje się na życiu. Relacje Freda (Stanley Tucci) i Velvet (Alice Eve) są brutalne i podyktowane rzeczywistością pewnych profesji zawodowych. Niedopowiedzenia w życiorysie bohaterki doprowadzają w tym filmie do obłędu nie tylko samego Freda, ale i widza, któremu w końcu zafundowano obraz, który spowoduje, że osunie się na fotel z zaskoczenia. Nic nie sugerujący z początku pusty dialog bohaterów, jedność przestrzeni i gra wyłącznie dwójki aktorów jest w Some Vevet Morning celowym zabiegiem reżysera, który pragnie skupić uwagę widza na wypaczonych relacjach międzyludzkich i samotności, której palące uczucie gasi się dziś sposobami, które gwarantuje nieograniczona wyobraźnia i odpowiadające jej rozwiązaniom rzeczywiste firmy usługowe. Mający swoją premierę podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Tribece film LaBute'a paraliżuje dosłownością i sugeruje, że istnieją związki, z których wprost nie sposób wydostać się ze względu na chorobliwą chęć posiadania drugiej osoby. Nasuwająca się widzowi po seansie myśl, iż historię Velvet i Freda zainspirowało życie jest dręcząca i prowokująca dyskusję na temat współczesnych relacji międzyludzkich w dobie odczłowieczenia więzi i męskiego niezaspokojenia seksualnego, które musi i może mieć dziś wszelkie ujście.
Some Velvet Morning
USA, 2013, 82'
reż. i scen. Neil LaBute, zdj. Rogier Stoffers, edyc. Joel Plotch, prod. Velvet Morning, dystr. Tribeca Film, wyst. Stanley Tucci, Alice Eve. 

środa, 9 października 2013

Punkty karne Smarzowskiego


Plakat filmu (www.slizg.eu)
   Polacy to naród pełen bolączek. Nie jesteśmy obojętni  na żadne przewinienia i wbrew pozorom dostrzegamy mnożące się w każdej sferze patologie. O prawdziwości tego stwierdzenia można przekonać się biorąc pierwszy lepszy poranny autobus, w którym dyskutującym o bieżącej polityce seniorom palą się ze złości policzki. Kończy się to tylko jednak na biernym pomstowaniu, na którego odpowiedzi ze stron najmłodszego pokolenia wprost nie możemy się czasami doczekać. Większość z nich poszła jednak do tej pory po rozum do głowy i dawno temu wyjechała już za granicę. Na warcie pozostają 40- i 50-parolatkowie. Być może to właśnie, obce pozostałym pokoleniom poczucie, powoduje, że nasze matki i ojcowie biorą na siebie odpowiedzialność za polską teraźniejszość i wyróżniają się nadzwyczajną aktywnością w dialogu społecznym. Nie uciekają w banały, ani nie biorą nóg za pas. Otwarcie mówią o tym, co uwiera ich w polskim społeczeństwie i podejmują rozpaczliwe nierzadko próby nadawania rzeczom jako takiego ładu. Ich rolą jest zwracanie uwagi na rodzące się wciąż na nowo problemy, a o tych mówi się niemalże wszędzie, a już na pewno w mediach i polityce. Coraz częściej Polacy nie obawiają się zabrać zdania w śmierdzących konserwatyzmem miejscach pracy, w domu, czy nawet przy okazji sobotnich potańcówek ze starymi znajomymi z liceum. Istniejące od niedawna przekonanie, że warto prowokować dyskusję o współczesności możemy zaobserwować także w sztuce i bez wątpienia najbardziej czytelne przesłania o niej płyną z filmu, a w szczególności z obrazów Wojciecha Smarzowskiego. 

    Swoimi filmami reżyser konsekwentnie podburza Polaków przeciwko narodowej kulturze bycia. Pokazuje on bowiem naszą potworną mierność, której poczucie zabijamy bogaceniem się i naśladowaniem zwyczajów zaobserwowanych za granicą.  Każdy z filmów Wojciecha Smarzowskiego kojarzy nam się z poczuciem niewyobrażalnego wstydu – za siebie i za rodaków. I choć wiemy doskonale o tym, że przedstawiona w obrazie rzeczywistość jest niewątpliwie przekoloryzowana, nie możemy się jednocześnie uwolnić od myśli, że inspiracja reżysera nie pochodzi znikąd. Na początku 2013 r., przy okazji premiery Drogówki- najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego- wszystkie natrętne myśli, z którymi pozostawił nas na parę lat po Domu złym (2009) reżyser, wróciły. Tym razem prześwietla on polską policję. Na tę wieść struchleli funkcjonariusze oblegali seanse Drogówki niemalże całą wiosnę.

B. Topa, E. Lubos, R. Wabich i J. Kijowska jako filmowa drogówka (www.filmweb.pl)
   Film Smarzowskiego można skojarzyć w pierwszym momencie z pewnym dość niewybrednym dowcipem. W jednym z nich roztrzęsiony kierowca podaje policjantowi dokumenty do kontroli. Gdy ten bierze je do ręki, rajdowiec prędko zauważa: „Panie władzo! Czy nie wypadło panu przypadkiem właśnie 200 złotych?” W odpowiedzi usłyszał: „Nie, Drogi Panie. Mi wypadłoby 500.” Wszystko, co bowiem wyobrażaliśmy sobie lub wiedzieliśmy na temat policji jest w Drogówce pokazane. Wojciech Smarzowski ukazuje funkcjonariuszy jako skorumpowanych i niepoważnych hulaków, którym w głowie tylko wóda i baby. Bohaterowie jego filmu chętnie przyjmują grube pliki pieniędzy w zamian za darowany mandat, korzystają z usług prostytutek, przeklinają, piją na umór i migają się od odpowiedzialności. Jeden jest tutaj wart drugiego. Wyobrażamy sobie zatem z początku, że film będzie zabawnym splotem etiud o posterunkowych nieudacznikach, który choć rozbawi nas do łez to sprowokuje po wyjściu z kina także pewną refleksję. O swojej pomyłce zorientujemy się jednak, gdy sierżant Rysiek Król (w tej roli Bartłomiej Topa) zostanie oskarżony o morderstwo swojego kolegi po fachu.

   Drogówka nie jest więc ani dramatem, ani komedią. Wypadałoby ją raczej rozpatrywać w kategorii obyczaju lub filmu akcji. Chcąc uwiarygodnić przekaz, Smarzowski zmontował swój film z dwóch różnych ujęć. Aby nie zbijać widza z właściwego tropu, reżyser stara się pokazywać główne wątki filmu dzięki ujęciom profesjonalnego kamerzysty. Wariackie eskapady policjantów sprawiają zaś wrażenie rejestrowanych przez podchmielonego amatora, który szczęśliwie dla siebie znalazł się w posiadaniu odjazdowego telefonu z kamerą. Choć nie zawahał się go użyć, zachwiał się nie raz, co jest dla oczu odrobinę męczące. Czego jednak nie zniesie się dla kawałka dobrego kina? Do tego pytania nie dojdą zdaje się jednak wszyscy widzowie. Większość z nich może potraktować Drogówkę jak „niezłą bekę”, która nie pozostawi po sobie nic jak tylko zdwojoną nienawiść wśród blokersowych rycerzy herbu CHWDP. Inni mogą potraktować film nazbyt poważnie i naiwnie uwierzyć w rzeczywistość, którą Smarzowski ewidentnie podpicował. Idealnie jest podejść do niej z ostrożnością i dystansem, wiedząc jak gdyby, że problemy korupcji i poplecznictwa w miejscu pracy, przymykania oka na prostytucję, zdrady, czy alkoholizm są w Polsce chlebem powszednim. W jednak każdym przypadku, niezależnie od wrażliwości widza, czkawką odbije się po seansie wyświechtane westchnienie: „… bo to Polska właśnie!" i znów będzie nam przykro. 

Drogówka
Polska, 2013, 118'
reż. i scen. Wojciech Smarzowski, zdj. Piotr Sobociński Jr, muz. Mikołaj Trzaska, prod. Film It, dystr. Next Film, wyst. B. Topa, J. Kijowska, R. Wabich, A. Jakubik, M. Dorociński.

niedziela, 30 czerwca 2013

Choć goni nas czas

- Gdyby tylko udało się uchwycić to uczucie, które mam teraz - powiedział Linklater do spacerującej obok niego pięknej nieznajomej.
- Co masz właściwie na myśli? - zapytała z dziewczyna.
- Chciałbym umieć opisać dla kogoś uczucie tej chwili, w której jesteśmy, aby ktoś kto tego słucha naprawdę mógł poczuć to samo co ja. Pragnąłbym umieć je komuś przekazać zamiast zachowywać je samolubnie dla siebie. 

Kadr z filmu "Przed wschodem słońca"
Taki dialog mógł prawdopodobnie zaistnieć pomiędzy spacerującymi nocą po Filadelfii Richardem Linklaterem i dopiero co poznaną przez niego Amy Lehrhaupt. Reżyser wchodzącego właśnie do kin Przed północą oparł trzeci już z kolei (po Przed wschodem słońca i Przed zachodem słońca) film na historii, która przydarzyła mu się naprawdę. Kto zatem powie teraz, że "taka miłość się nie trafia"?

Linklater poznał ukochaną jesienią 1989 r. Spędzając jedną noc w Filadelfii spotykał ją przypadkiem w sklepie z zabawkami. Richard miał wtedy 29 lat, podczas gdy dziewczyna szalała jeszcze do niedawna jako nastolatka. Całą noc spędzili wówczas na rozmowach o sztuce, nauce, filmie oraz czymkolwiek innym, co wydawało im się godne uwagi. Zanim nadszedł ranek, zadurzyli się w sobie na dobre. Przed odjazdem wymienili się numerami telefonów, nie wierząc jednocześnie w to, że ich uczucie przetrwa próbę czasu. Przeczuwając nieuchronnie zbliżającą się stratę, po jakimś czasie stracili kontakt. W wywiadach Linklater wspomina o tym, że nawet podczas przechadzania się z dziewczyną ulicami Filadelfii nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ich historia jest znakomitym tematem do przeniesienia na ekran. Nie mógł jednak wymyślić odpowiedniego sposobu, którym mógłby przekazać widzowi dokładnie to, co czuł, gdy spotkał tej nocy Lehrhaupt. 

Nakręciwszy Przed wschodem słońca miał nadzieję, że dziewczyna pojawi się na premierze filmu i ponownie uda im się porozmawiać. Reżyser nie wiedział jednak jeszcze wtedy, że zanim zdjęcia do obrazu rozpoczęły się na dobre, Lehrhaupt zmarł w tragicznym wypadku motocyklowym.

E. Hawke i J. Deply jako Jesse i Celine
Historia Celine (Julie Deply) i Jessego (Ethan Hawke) - bohaterów całej trylogii - toczy się odrobinę inaczej. Poznawszy się w pociągu do Wiednia, bohaterowie wysiadają razem na stacji i rozpoczynają zwiedzanie miasta. Wspólnie postanowili, że zanim nastanie ranek przeżyją niezapomniane chwile, których nie zmącą później niezdarne próby podtrzymywania kontaktu po rozstaniu. Podczas spacerowania ulicami Wiednia, Celine i Jesse pod wpływem chwili zakochują się w sobie bez pamięci. Spędziwszy całą noc na rozmowach o wszystkim, co istotne, rozstali się przyrzekając sobie powrót do Wiednia za sześć miesięcy.

Po upływie kilku lat Celine i Jesse spotykają się raz jeszcze. Bohater dostrzega kobietę, gdy ta przyglądała się mu zza wystawowego okna. Jesse przyjechał właśnie do Paryża, aby promować swoją najnowszą książkę. Za kilka godzin będzie musiał wyruszyć na lotnisko, jednak pokusa rozmowy z Celine jest silniejsza od niego i bijąc się sam ze sobą, prosi kobietę, aby oprowadziła go po mieście. Czas jednak ucieka nieubłaganie szybko.

Wymyśliwszy sobie Celine i Jessego, Linklater mógł jedynie przeczuwać jak wielką przyjemność sprawi widzom na całym świecie. Stworzyć bowiem historię tak niepewną, marzycielską i niezrujnowaną tandetnym romantyzmem to wielka sztuka. Widz, choć pozostawiony z setką niedopowiedzeń, po obejrzeniu filmów jest wzruszony i wdzięczny reżyserowi za delikatność, z jaką przedstawił mu kochanków. Linklater czyni bowiem z zauroczenia uczucie młodzieńcze i raptowne, lecz przy tym także niezwykle głębokie. "That thing in the air", jak określił sam reżyser jest absolutnie odczuwalne i napawające niewyjaśnienie dziwną nadzieją, że życie, gdy tylko odważymy się działać, może dać nam o wiele więcej niż się po nim spodziewamy.

Before Sunrise/ Przed wschodem słońca
Austria, Szwajcaria, USA, 1995, 105'
reż. Richard Linklater, scen. Richard Linklater Kim Krizan, zdj. Lee Daniel, prod. Anne Walker-McBay, dystr. Columbia Pictures, wyst. Ethan Hawke, Julie Deply.

Before Sunset/ Przed zachodem słońca
USA, 2004, 77'
reż. Richard Linlater, scen. Richard Linklater, Ethan Hawke, Julie Deply, zdj. Lee Daniel, muz. Julie Deply, prod. Anne Walker-McBay, dystr. Warner Independent Pictures, Warner Bros. Pictures, wyst. Ethan Hawke, Julie Deply.

piątek, 21 czerwca 2013

Dziewczyna z szafy

Źródło: www.filmweb.pl
   Śpiewano kiedyś, że każdy potrzebuje kogoś do kochania - do tęsknienia, całowania i przytulania. Każdy, kto kochał chociaż raz wie tak naprawdę, że trzeba wtedy o wiele poważniejszych deklaracji niż to. Wszystko zależy pewnie jednak od człowieka i zdawać by się mogło, że miłości poszukują najwytrwalej samotnicy. Jedni pragną kogokolwiek, a drudzy kogokolwiek innego i wtedy pojawia się właśnie największy problem.

   Potencjał obu tych wariantów miłosnej historii wykorzystał Bodo Kox.Wchodząca właśnie przebojem do naszych kin Dziewczyna z szafy miała być opowieścią o miłości dwojga samotników. Zwiastun filmu sugeruje widzowi, że wybierając się do kina zobaczy zabawną i wzruszającą historię ludzi, którzy natrafili na siebie najpiękniej, bo przypadkiem. Zrozumieli siebie nawzajem, pokrętnie pokochali i obdarowali spokojem. Całość miała dopełnić postać trzeciego bohatera, który za miłością gonił jak szalony. Za jakąkolwiek. Z kina miałam nadzieję wychodzić zrelaksowana i pełna dobrego nastroju, bo jeśli tak wiele osób mówiło o tym, że to przebój sezonu to przecież nie mogli się mylić. Miałam nawet z początku ochotę wybrać się z tego powodu na Dziewczynę z szafy dwa razy. W życiu jednak!

   Jacek (Piotr Głowacki) zamieszkał po śmierci rodziców ze swoim bratem Tomkiem (Wojciech Mecwaldowski). Chorujący na nowotwór bohater jest w przeciwieństwie do Jacka niezwykle zamknięty w sobie i nieprzystosowany do życia wśród ludzi. Pomimo poważnych obowiązków Jacek chce jednak korzystać z życia i dlatego nie obawia się spotykać z kobietami, które niestety odstrasza chory Tomek. Nie chcąc jednak przepuścić szansy na "wielką miłość" , wychodzi od czasu do czasu z domu i zostawia brata pod opieką sąsiadki. Pewnego dnia ta nie będzie mogła zająć się Tomkiem, a pełen obaw Jacek zapuka do drzwi dziewczyny z naprzeciwka. Mająca dość własnych problemów Magda (Magdalena Różańska) godzi się ku zaskoczeniu Jacka na spotkania z Tomkiem. Do drzwi dziewczyny niejednokrotnie zapuka także inny adorator, któremu tajemnicza dziewczyna skradła serce już dawno temu...

M. Różańska i W. Mecwaldowski (www.filmweb.pl)
   Dziewczyna z szafy opowiada delikatnie o kilku rodzajach miłości. W filmie przyglądamy się goniącemu za uczuciem Jackowi, który pragnie być kochany przez kogokolwiek, gdyż nie wytrzymuje dłużej życia w pojedynkę. Doskonale wie, czego brakuje w jego życiu i odpowie na zaloty każdej kobiety, która zwróci na niego uwagę. Zupełnie innym przypadkiem jest Tomek, o którym z powodu jego choroby, nie jesteśmy z początku przekonani, że może kochać. Okazuje się jednak, że po poznaniu Magdy zupełnie oszaleje na jej punkcie. Koleje odwiedziny sąsiadki będą przywoływały na myśl skojarzenia z pierwszą podwórkową miłością chłopca, o której marzy i śni, a po znalezieniu się w jej pobliżu zupełnie słupieje. Pozostająca pod wrażeniem Tomka Magda, darzy także niejasnym uczuciem odwiedzającego ją dzielnicowego, który nie mając wprawy w romansowaniu, stara się niezdarnie dotrzeć do dziewczyny i zaprosić ją na spotkanie. Poza tym wszystkim obserwujemy na ekranie także miłość braterską. Dbający za wszelką cenę o komfort życia brata Jacek, stając przed niespodziewanym wyzwaniem, uświadamia sobie jak bardzo jest samotny i związany z Tomkiem.

   Wychodząc z kina nie towarzyszy nam entuzjazm. Idziemy raczej od rękę z dosyć nachalnym Rozczarowaniem, które po prostu nie chce się od nas odczepić. Dziewczyna z szafy nie spełnia bowiem plakatowych obietnic. Jest trochę śmiesznie i trochę wzruszająco. Mamy rewelację, ale nie absolutną. Oglądając film mamy wrażenie, że reżyser, choć mając fantastyczny zamysł, nie ukazał nam całego potencjału emocjonalnego bohaterów. Wszystkiego było w trakcie trwania filmu odrobinę za mało. Na koniec popadamy w dodatku w nieco niezrozumiałą melancholię, która niczego nie uczy, a jedynie przytłacza. Filmowi nie można odmówić jednak interesującego i odświeżającego gatunek komediowy pomysłu.Wojciech Mecwaldowski wspiął się w Dziewczynie z szafy na wyżyny swoich zdolności aktorskich, prezentując widzowi niezwykle realistyczną i złożoną psychologicznie postać. Na hit sezonu całość jednak zdecydowanie nie zapracowała.

Dziewczyna z szafy
Polska, 2013, 89'
reż. i scen. Bodo Kox, zdj. Arkadiusz Tomiak, prod. Włodzimierz Niderhaus, dystr. Kino Świat, wyst. Wojciech Mecwaldowski, Eryk Lubos,  Piotr Głowacki, Magdalena Różańska.

wtorek, 18 czerwca 2013

Tylko Bóg wybacza

Źródło: www.collider.com
   O pierwszych wrażeniach na temat najnowszego filmu Nicholasa Windinga Rafna tweetowano już podczas  jego projekcji w Cannes. Żaden z dziennikarzy nie był wówczas zachwycony, określając Tylko Bóg wybacza jako piękną katastrofę i tragiczną wręcz nudę, którą ratuje wyłącznie postać grana przez Kristin Scott Thomas.

   Poprzedni film Refna powalił polską publiczność na kolana. Na forach internetowych rozpisywano się o jego niezwykłym klimacie, świeżości, inności, piękności, cudowności i złotej kurtce Ryana. Ja na Drive zasnęłam, stąd idąc wczoraj do kina na Tylko Bóg wybacza miałam poważne obawy przed jego odbiorem. Okazało się, że bez potrzeby. Najnowszy obraz Refna jest bowiem jak staranne układanie kostki Rubika przez totalnego amatora. Przed oczami migają nam fluorescencyjne kolory zabawki, a my i tak cierpliwie układamy każdy element, aby dowieść sobie, że potrafimy doprowadzić zabawę do końca. Radośnie obracając ułożoną finalnie kostkę, zauważamy, że nie pasują nam pojedyncze kolory. Zaczynamy wtedy zastanawiać się od początku i znów nic nam z tego nie wychodzi... Jej układanie jest jednak cudownie wciągające.

   Gdy Julian (Ryan Gosling) traci swojego brata pragnie dosięgnąć zabójcy i odpłacić pięknym za nadobne. Spotkawszy jednak oprawcę, dowiaduje się o jego motywach i daruje mu życie. Po niedługim czasie do Bangkoku przylatuje matka braci (Kristin Scott Thomas), która nie wierząc w siłę syna, pragnie rozprawić się z zabójcą na własną rękę. Za morderstwem Billy'ego stoi jednak policjant, którego zdesperowana Crystal chce dopaść za wszelką cenę. Przeczuwający od początku nieszczęście Julian, czując wewnętrzną niezgodę na postawę matki, ignoruje jednak swoją intuicję i podąża za Changiem (Vithaya Pansringarm) , pragnąc spełnić prośbę ciągle nieusatysfakcjonowanej matki.

Kristin Scott-Thomas jako Crystal (www.movies.tvguide.com)
   Tylko Bóg wybacza jest autorskim hymnem Refna o męskości i rywalizacji tej samej płci. Obaj bracia zostają przedstawieni widzowi przez pryzmat postrzegania matki. To totalnie różne osobowości, z których tylko jeden posiada cenione przez nią cechy - zdecydowanie, wolę walki, zaciekłość i siłę psychiczną. Julian, choć postawny i srogi, jest słabeuszem i wrażliwcem. Brutalny świat, w którym żyją bracia weryfikuje ich postawy i zachowania. Poruszający się w rzeczywistości po omacku Julian czuje się stłamszony przez matkę, ale przysięga jej dozgonną wierność, która symbolizuje wieczne oddanie i wdzięczność dla kobiety, która go urodziła. Julian wie, że jeżeli Crystal pragnie zemsty, musi ona się dokonać jego rękami. Ostatnie spotkanie z matką można interpretować zatem jako symboliczne porozumienie Juliana z kobietą. Wiemy, że bohater jest świadomy tego skąd wziął się na świecie i jest jej wdzięczny za podarowanie mu życia.

   W filmie Refna brutalność spotyka się z onirycznym oderwaniem od rzeczywistości. Obie te cechy kłują Juliana niczym ciernie i toczą w jego duszy symboliczną walkę. Rzeczywista rywalizacja, którą trudni się na co dzień w klubie Julian odbywa się także w jego głowie. Wyzwolicielkami tych cech są w rzeczywistości kobiety, które spotyka na swojej drodze bohater - agresywna i stanowcza matka, a z drugiej strony delikatna i wyzwolicielska Mai, w której Julian się kocha. Postawiony w sytuacji bez wyjścia bohater miota się między udzieleniem pokuty zabójcy brata, które uważa za słuszne a wymuszanym przez matkę brutalnym rozprawieniem się z Changiem. Nie przeczuwa nawet, że natura policjanta jest bliska jego własnej.

Ryan Gosling jako Julian (www.zimbio.com)
   Opornych na fabułę i symboliczne przesłanie widzów, Tylko Bóg wybacza syci obrazem i upaja elektroniczną ścieżką dźwiękową. Pewne sceny filmu do złudzenia przypominają złowieszcze kadry Kubrickowskiego Lśnienia. Porzuciwszy wszelkie złudzenia o zrozumieniu fabuły i nie skupiając się zbytnio na swoim znudzeniu można jednocześnie doświadczyć czystej przyjemności z oglądania nasączonych kolorami i fluorescencyjnym światłem scen. Kto szuka zatem realizmu, popisowych bójek i królowania Goslinga na ekranie nie będzie zadowolony. Oczekując bowiem od filmu konkretnych rzeczy, w tym przypadku żadne z nich nie zostaną przez Refna spełnione. Na seansie Tylko Bóg wybacza wskazana jest za to otwarta głowa i chęć czytania filmu przez obraz.

Only God Forgives
Dania, Francja, 2013, 90'
reż. i scen. Nicholas Winding Refn, zdj. Larry Smith, muz. Cliff Martinez, ed. Matthew Newman, prod. Lene Børglum, dystr.
Radius-TWC, Lionsgate UK, wyst. Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm, Ratha Phongam, Gordon Brown, Tom Burke.

piątek, 14 czerwca 2013

Fatalne zaurocznie

Źródło: www.allposters.pl
   Parę tygodni temu podczas swojej wizyty w Białym Domu, aktorka Glenn Close przyznała, że patrząc z dystansu na swoją rolę w Fatalnym zauroczeniu (reż. Adrian Lyne, 1987) ma wrażenie, że mogła podejść do swojej bohaterki zupełnie inaczej. Aktorka wyraziła przekonanie, że dopiero po upływie niemalże 20 lat od premiery filmu w pełni zrozumiała czym jest choroba psychiczna, na którą cierpiała Alex Forester. Mając do czynienia z podobnymi zaburzeniami w codziennym życiu (objawy problemów zdrowotnych pojawiły się u dwojga jej bliskich) Close zrozumiała, że zbyt pobieżnie przeczytała scenariusz i nie wniknęła w rolę Alex tak, jak było to potrzebne. Przerażające dla niej stało się jednak to, że podczas pracy nad postacią Forester, konsultujący scenariusz psychiatrzy ani razu nie wspomnieli o problemach psychicznych, z którymi z całym przekonaniem borykała się bohaterka.

   Kilka lat temu Glenn Close założyła organizację non-profit Bring Change 2 Mind, której celem jest upowszechnianie wiedzy o zaburzeniach psychicznych i przeciwdziałanie stygmatyzującym te choroby zachowaniom i postawom. Z tego właśnie powodu została zaproszona do Waszyngtonu, do wzięcia udziału w debacie na temat społecznego postrzegania osób chorych psychicznie.Występ aktorki w Fatalnym zauroczeniu Lyne'a był zatem czymś o wiele więcej niż pogonią za Oscarową nominacją i przyczynił się do tego, że Close jest dziś sztandarowym społecznikiem na rzecz osób chorych psychicznie.

   Fatalne zauroczenie, jak każdy inny film, którego oglądamy po kilkudziesięciu latach od premiery, wywołuje zupełnie inne wrażenia niż z pewnością miał w założeniu. Historia, którą przedstawia  obraz nie traci jednak na ważności. Jest wciąż aktualna i nic nie wskazuje na to, aby w przyszłości pojawiły się zupełnie niewrażliwe na instrumentalne traktowanie ze względu na swoją seksualność kobiety. Alex Forester (Glenn Close) prędko wpada w oko. Podczas jednego z branżowych przyjęć  poznaje Dana Gallaghera (Michael Douglas), któremu od początku wie, że nie jest obojętna. Pech jednak chce, że tego wieczora jego żona Beth (Anne Archer) chce szybko wrócić do domu. Parę dni później rozstaje się z mężem na weekend nie wiedząc o tym, że Dan wpadł znów przypadkowo na Alex. Targani silnymi namiętnościami bohaterowie spędzają ze sobą noc. Następnego dnia Dan budzi się z wyrzutami sumienia i pragnie jak najszybciej zapomnieć o tym, co zrobił. Zauroczona mężczyzną Alex, nie może jednak zdzierżyć porzucenia i popadając w różne skrajności, pragnie zatrzymać Dana przy sobie.

G. Close i M. Douglas (www.examiner.com)
Oglądając Fatalne zaurocznie ma się wrażenie, że jest to historia niezwykle aktualna. Nawet bohaterka bestselleru Brytyjki Helen Fielding, Bridget Jones oglądając ten film wie, że od porzuconą i zranioną kobietę dzieli od desperacji jedynie parę kroków. Dystans tym bardziej się skraca jeśli taka osoba cierpi na poważne zaburzenia psychiczne. W całej swojej śmieszności, Bridget miała jednak rację mówiąc, że mogłaby skończyć jak Alex Forester.

   Fatalne zauroczenie po latach to przede wszystkim zachwyt nad młodzieńczym Michaelem Douglasem i podziw nad wciąż wywołującym ciarki na plecach napięciem, które zbudował Lyne. Jego obraz można z całą pewnością potraktować jako pewnego rodzaju feministyczny manifest filmowy, w którym kobieta odważa się przywołać mężczyznę do pionu i zmusza go do poniesienia odpowiedzialności za niekontrolowanie swoich popędów, o których zaspokojeniu z pewnością myślał, że ujdąna sucho. Ponowne obejrzenie Fatalnego zauroczenia może dziś spowodować fantastyczny filmowy powrót do takich obrazów jak Zagraj dla mnie Misty Clinta Eastwooda, Ojczyma Josepha Rubena, czy Lęku pierwotnego w reżyserii Gregory'ego Hoblita.

Fatal Attraction
USA, 1987, 119'
reż. Adrian Lyne, scen. James Dearden, oper. Howard Atherton, edyt. Peter E. Berger, Michael Kahn, prod. Stanley R. Jaffe, Sherry Lansing, dystr. Paramount Pictures.

piątek, 24 maja 2013

Wielki Gatsby

www.filmweb.pl
   Pompatyczne lata 20. Szaleństwa i lepki blichtr przyjęć. Duszna od westchnień po wyswobodzeniu od wojny atmosfera i wirujący w charlestonie kobiety i mężczyźni. Bogactwo na pokaz, wrzaski, szum, błysk, nowobogackie fanaberie, pyszność, przepych, obłuda i skandale. Z takim wrażeniem o epoce zostawia nas Baz Luhrmann po obejrzeniu swojego najnowszego filmu Wielki Gatsby. Mamy początkowo nadzieję na to, że dzięki niemu wkraczamy w świat kolejnej bajki, w której jest królewicz i królewna i będą oni żyli długo, i szczęśliwie. Niedługo później przekonujemy się, że oglądamy jednak wzięty z życia melodramat, którego smutek dociera do nas zdwojoną przez napuszoną estetykę siłą.
   
   Wielki Gatsby to historia nieszczęśliwej miłości biednego niegdyś niczym mysz kościelna Jaya Gatsby'ego (Leonardo DiCaprio) i kochającej nad wszystko bogactwo Daisy (Carey Mulligan). Po tym jak główny bohater wyjeżdża na front, niewiele myśląc kobieta wpada w ramiona dziedzica obrzydliwie wielkiej fortuny, Toma Buchanana (Joel Edgerton). Pech jednak chce, że w dniu ślubu dostaje wiadomość od ukochanego. Czasu nie da się już jednak cofnąć i Daisy "zmuszona" jest żyć przy boku niczym niewzruszonego Toma. Tymczasem Gatsby, wraz ze swoim przyjacielem, Nickiem Carraway'em (Tobey Maguire) przygotowuje misterny plan odzyskania zepsutej do szpiku kości Daisy, naiwnie wierząc w to, że łączy ich wielkie i prawdziwe uczucie.

   Wielki Gatsby w wersji 2013 to jak szalona jazda na kręcącej się zbyt szybko karuzeli w kiczowatym parku rozrywki. Wszystko, co widzimy na ekranie szumnie wiruje nam przed oczami i przyprawia o absolutny zawrót głowy. Wcale jednak nie mamy ochoty opuszczać tego świata. Luhrmann, podobnie jak w Romeo i Julii (1996) znalazł paradoksalnie w całym estetycznym nadmiarze jakiś umiar, który pozwala nam skupić się na głównym wątku filmu, jakim jest miłość Daisy i Gatsby'ego. Błyskawiczne ujęcia i porywczość niektórych postaci, a także kolorystyczna wybuchowość każdej sceny są nad podziw zrobione z rozmysłem i precyzją. Nie ma tutaj miejsca na żaden zbędny element. Zresztą, gdzie on w ogóle mógłby się jeszcze zmieścić... Gwałtowną atmosferę epoki oddaje doskonale dopasowana do filmu muzyka. Dzięki niej czujemy wszystko - towarzyską duchotę, żądzę skandalu i niemogący się ziścić romans. To zasługa niezrównanego Craiga Armstronga, który jest kompozytorem najpiękniejszych filmowych utworów oraz szeregu współczesnych artystów, których do współpracy zaprosił Luhrmann. 
 
C. Mulligan i L. DiCaprio w roli Daisy i Gatsby'ego (www.movies.about.com)
   Film może nie spodobać się jednak tym, którzy oczekiwali wiernego oddania książki Fitzgeralda. Leonardo DiCaprio zdecydowanie nie pasuje wtedy do ideału szlachetnego, wyniosłego i tajemniczego Gatsby'ego. Postać Daisy jest zbyt bardzo ludzka i emocjonalna. Zaczyna też wtedy nagle przeszkadzać wielość - kolorów, bohaterów, rekwizytów i dźwięków, wszystkiego. Ma się wówczas wrażenie, że obiecująco rozpoczynająca się fabuła staje się coraz bardziej leniwa i usypiająca. Gdy jednak spojrzymy na Wielkiego Gatsby'ego inaczej, przez pryzmat estetyki, w której kocha się Luhrmann, zamysłu przesady, który towarzyszy każdemu jego filmowi, to dobrze wiemy już, że obejrzeliśmy absolutne arcydzieło.

The Great Gatsby
Australia, USA, 2013, 142'
reż. Baz Luhrmann, scen. Baz Luhrmann, Craig Pearce, zdj. Simon Duggan, muz. Craig Armstrong, prod. Baz Luhrmann,
Douglas Wick, Lucy Fisher, Catherine Martin, Catherine Knapman, dystr. Warner Bros. Pictures, na podstawie książki F.S. Fitzgeralda "Wielki Gatsby", wyst.
Leonardo DiCaprio, Tobey Maguire, Carey Mulligan, Joel Edgerton, Isla Fisher, Jason Clarke.

sobota, 13 kwietnia 2013

Imagine

Źródło: www.cinema3d.pl
   Niezwykle ciężko jest wyobrazić sobie życie niewidomego. Zazwyczaj nawet nie pragniemy o tym myśleć, jak gdyby nie chcąc sprowadzać na siebie złej wróżby. Cieszmy się z tego, że możemy przypatrywać się rozkwitającym powoli w parkach krokusom, omiatać wzrokiem nieśmiało wypełniające się ludźmi błonia, a nawet dostawać wytrzeszczu na widok wszędzie obłapującej się i oblizującej każdej wiosny młodzieży. Za nic w świecie, nie chcielibyśmy stracić możliwości obserwowania świata. To jeden z naszych największych lęków. Co jednak jeśli to ci, którym pan Bóg poskąpił wzorku mają większą wyobraźnię i widzą paradoksalnie świat piękniejszy od tego, w którym żyjemy? Co jeśli nasza radość jest niczym w porównaniu do radości niewidomego na wiadomość o tym, że poprawnie rozszyfrował fruwające w powietrzu dźwięki i ułożył sobie w głowie najpiękniejszy z najpiękniejszych obraz? O tym opowiada właśnie najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego Imagine.

   Ian (Edward Hogg) jest niewidomy, lecz pomimo tego nie traktuje swojej wady jako ostatecznego nieszczęścia. Chce czerpać z życia garściami i żyć jak inni. Nie posługuje się laską. Przez lata opanował taki tryb życia, który pozwolił mu pozostać anonimowym wśród wiecznie omiatającego wszystko wzorkiem tłumu. Jako kontrowersyjny nauczyciel wyrusza do Lizbony, gdzie zaoferowano mu pracę w ośrodku dla niewidomych. Ian ma uczyć przebywające tam dzieci poruszania się w świecie, w którym wszystko widziane jest jedynie oczami wyobraźni. Buńczuczny Anglik nie do końca zyskuje zaufanie swoich podopiecznych, które czując jak świetnie porusza się bez laski, nie wierzą mu w jego kalectwo. Niedługo po przyjeździe poznaje także Evę ( Alexandra Maria Lara), która dotychczasowo chowała się w ośrodku przed światem. Gdy między dwojgiem na dobre zaczyna powoli rozkwitać niewinne uczucie, Ian stanie przed pewnymi wyzwaniami, które mogą go kosztować utratę cennej posady. 

Ian (E. Hogg) podczas lekcji ze swoimi podopiecznymi (www.tiff.net)
   Imagine jest filmem bardzo delikatnym i absolutnie powolnym. Fabuła zahacza leniwie o najważniejsze dla widza wątki, nie wskazując jednocześnie jak cała historia może się w ogóle skończyć. Choć w pewnym momencie możemy poczuć się znużeni takim tempem, reżyser nie pozwala nam na długo pozostać w tym stanie, pokazując na ekranie wyczynowo poruszających się po mieście bez laski bohaterów. Trudno jest wówczas wysiedzieć w fotelu i nie krzyknąć ukradkiem "uważaj" lub chociaż nie machnąć ze zdenerwowania ręką, chcąc jak gdyby odgonić zbliżających się do krawędzi Iana, Evę lub Serrano (Melchior Derouet). To niezapomniane momenty. Główny bohater budzi w nas dwojakie uczucia - w jednej chwili jesteśmy pełni współczucia dla jego kalectwa, a za chwilę możemy już tego żałować i pomstować na jego nieodpowiedzialność i niepotrzebną zupełnie brawurę. Jest zatem "jakiś" i to jest w nim najpiękniejsze. Imagine uczy nas wyostrzania innych niż wzrok zmysłów. Zupełnie nieświadomie zaczynamy nie tylko słyszeć różne dźwięki, ale i słuchać całego przekazu. Uczymy się wraz z bohaterami interpretowania świata, w którym oni poruszają się po omacku. Po wyjściu z kina tak naprawdę trudno jest uwierzyć, że nie jesteśmy częścią grupy, która przed chwilą miała lekcje na zalanym słońcem lizbońskim podwórku. Całe piękno filmu, jego przekaz i istotność dociera do nas dopiero po opuszczeniu kinowej sali. Dopiero wtedy dochodzi do nas, że choć nie byliśmy w stanie tego odgadnąć podczas seansu, wyobraziliśmy sobie wraz z bohaterami ich własny świat. Absolutnie piękny, choć w bardzo nieoczywisty sposób film.

sobota, 23 marca 2013

Wesele


Źródło: www.filmweb.pl
  Polskie wesela nie mają sobie równych. Szczególnie wiejskie. Pomimo tego, że wszystko mamy dzisiaj już supernowoczesne to w maleńkich mieścinach tradycja celebrowania szczęścia młodej pary jest nieustannie taka sama. Wódka leje się litrami, i słusznie, bo przecież później trzeba wyjść na parkiet i brawurowo odtańczyć z piękną partnerką "Białego Misia". Gdy ten się kończy następuje wzruszający moment pojednania przy "Cudownych rodziców mam" i w tym momencie musimy pić i z zażenowania, i na zdrowie rodzicom pary. Ledwie to kończąc wodzirej całej imprezy prosi nas abyśmy "poszli teraz na jednego". Mamy więc i jednego, i sto parę późniejszych, których i tak rano nie będziemy pamiętać. No maraton! Odmawiać nie wypada. Poza tym kto by w ogóle o tym pomyślał?

   Wesele to zatem masa inspiracji, a udokumentowane na wideo imprezy można by oglądać w nieskończoność, gdyż zazwyczaj niewiele trzeba edytować, aby powstało coś na rodzaj "the best of". Wszystko jest tam the best. Tak też pomyślał Wojciech Smarzowski, którego "Wesele" (2004)  obejrzałam dopiero co. Nie spodziewałam się, że do tej pory przegapiłam aż tyle.

   Fabuła filmu skupia się wokół rodziny Wojnarów i wesela, które wydają dla swojej córki Kasi (Tamara Arciuch). Wiesław Wojnar (Marian Dziędziel) za wszelką cenę stara się dowieść biesiadnikom o swojej zamożności. Choć z niechęcią, rozdaje pieniądze na prawo i lewo, nie skąpiąc także i młodej parze, której ofiarowuje najnowszy model Audi. Z prezentu oczywiście najbardziej cieszy się pan młody (Bartłomiej Topa), dla którego całe wesele mogłoby od tej pory w ogóle się nie odbyć. Ojciec panny młodej nie podchodzi za to do kupna zbyt entuzjastycznie, wiedząc że nie uregulował jeszcze za samochód wszystkich rachunków. Krewny księdza domaga się bowiem od Wojnara kawałka ziemi, której właścicielem jest dziadek, Wincenty Wojnar (Wojciech Skibiński). Problem w tym, że przekorny starszy pan zmienił zdanie i nie chce niczego oddawać. Dalsza opowieść to istna kaskada absurdów.

T. Arciuch jako Kaśka Wojnar (www.filmweb.pl)
Zanim Wojciech Smarzowski nakręcił "Wesele", obejrzał setki filmów z polskich imprez. Z jednego z artykułów Newsweeka, dowiedziałam się, że w znacznej części ich autorem był brat Arkadiusza Jakubika, który na co dzień jest kamerzystą. Na jednym z nagrań można było prześledzić całą zabawę męskiej części biesiadników, którzy na czas palili, pili i robili pompki. Gdy jeden z mężczyzn zaniemógł, goście myśleli, że ma on już po prostu serdecznie dość alkoholu jak na ten jeden wieczór. Po chwili okazało się jednak, że mężczyzna umarł. Jedyną jednak rzeczą, która okazała się obchodzić gości było to, aby całe nagranie zmontować bez tego całego zamieszania.

   Oglądając "Wesele" ma się w pierwszej kolejności wrażenie, że te osobliwe widoki są nam dobrze znane z praktyki. Po chwili, gdy atmosfera filmu się zagęszcza, jesteśmy już prawie pewni tego, że takie sceny po prostu nie mogłyby mieć miejsca w normalnym życiu. I tak przez całą resztę filmu, na zmianę zmagamy się tymi wrażeniami. Od skrajności do skrajności. Smarzowski ani na chwilę nie daje widzowi odetchnąć, przedstawiając w "Weselu" serię wątków, które układają się później w logiczną całość. Logiczną i przerażającą. Konieczną do zobaczenia, bez dwóch zdań. Reżyser z premedytacją obnaża wszystkie wstydliwe zachowania i postawy Polaków. O nich wiemy, nierzadko w nich uczestniczymy, obserwujemy je, a jednak z bólem serca oglądamy, wiedząc, że jest to prawdziwa, niezwykle zawstydzająca satyra na Polskę i Polaków.

wtorek, 19 marca 2013

Candy

Źródło: www.advancedportfolio1143.blogspot.com
   Filmów o narkotykach z wielką miłością w tle jest niewątpliwie w bród. Reżyserowie skupiają się w nich na nie mogącym się skończyć uzależnieniu, często kończąc obraz uśmierceniem głównego bohatera lub nierealnym happy endem. Oglądając tak te filmy jesteśmy zazwyczaj przytłoczeni ciężarem tematu, jednocześnie chwilami chcąc spróbować tego wszystkiego we własnym życiu. To ostatnie uczucie pojawia się jedynie przez chwilę, gdy oglądamy film Candy Neila Armfielda (2006). Oprócz tego, że pod koniec nie będziemy dowierzać temu co dzieje się na ekranie, zastanowimy się także jak grający główną rolę w obrazie Heath Ledger jak na ironię losu mógł zginąć w realnym życiu właśnie przez przedawkowanie leków nasennych.

   

   Film Armfielda opowiada historię młodej, łobuzerskiej pary - Candy (Abbie Cornish) i Dana (Heath Ledger). Razem z nimi przechodzimy przez kolejne etapy ich wspólnego życia - niebo, ziemię i piekło. Oboje choć utalentowani i dość ambitni nie mogą poradzić sobie z uzależnieniem. Przeżywają zatem wzloty i upadki swojego związku, licząc na to, że kiedyś uda im się zerwać z nałogiem i zacząć normalne życie. Problem jednak w tym, że to, co mają w zupełności im przez większość czasu wystarcza. Niewiele jednak myśląc pobierają się i decydują się zbudować taką rodzinę, o jakiej mają byle jakie pojęcie. Nie wiedząc nic o prawdziwym życiu i obowiązkach, coraz bardziej popadają w nałóg. Po pewnym czasie przychodzi jednak pora na dziecko, stawiając bohaterów przed trudnym wyborem.

A. Cornish i H. Ledger (www.tumblr.com)
  
   Na fabułę Candy, na całe szczęście, nie składają się żadne powtarzalne do znudzenia w innych filmach elementy. Nie ma zbędnej ckliwości poszczególnych scen, nielogicznych zdrad i powrotów, czy w końcu wielkich wyznań miłosnych, z których i tak później nic nie wynika. Wszystko widać jak na dłoni. Od początku do końca wierzymy w wielkie uczucie bohaterów - równie szaleńcze i piękne, co autodestrukcyjne. Oczywiście nie oznacza to jednak, że rozumiemy ich postępowanie! Wręcz przeciwnie. Niejednokrotnie zapytamy siebie o to, czy tak właśnie ma wyglądać miłość, a konkretne działania bohaterów nie będą dla nas zawsze jak dla nich, wyrazem poświęcenia. Czytając jednak dostępne w Internecie recenzje natknęłam się też na zdania o zbytnim przeciąganiu się fabuły filmu, która nie mając jednoznacznej linii płynie w nieskończoność, przyprawiając widza o znużenie. Jeden z autorów pisze, że oglądając poszczególne części Candy ma się w końcu ochotę już dotrzeć do momentu, w którym bohaterowie albo zdecydują się na odwyk, albo umrą z przedawkowania. Cóż, ile ludzi, tyle zdań. Choć nie ukrywam, że to wspomniane uczucie w trakcie filmu nie było mi obce to jednak po dobrnięciu do końca uznałam, że wszystko, co dotąd się wydarzyło miało jednak sens.

   Niezwykle przekonująco wypadają w filmie odgrywający główne role Heath Ledger i Abbie Cornish. Po obejrzeniu Candy nie możemy wprost oprzeć się wrażeniu, że film nie miał znaczącego wpływu na tragiczną śmierć Ledgera. Decydując się na obejrzenie Candy nie możemy zakładać, że będzie tam ukazane piękno miłości. Przygotujmy się raczej na bardzo chmurny, głęboko psychologiczny i ciężki do zrozumienia seans.

wtorek, 12 marca 2013

Dzień Kobiet

www.jazzsoul.pl
   Dzień kobiet na Dzień Kobiet - najprzyjemniejsze zaskoczenie, jakie mnie tego dnia spotkało! Słynąca z kariery wokalnej Maria Sadowska zaplanowała premierę swojego reżyserskiego debiutu właśnie na 8 marca i skusiła widzów do kina ciekawą historią, która zainspirowana była prawdziwymi wydarzeniami. Choć przed zobaczeniem filmu miałam mnóstwo obaw, rozwiały się one w ciągu kilkunastu pierwszych minut, gdy na ekranie wparowała Katarzyna Kwiatkowska. Nie powiem tutaj jednak, że to western, jak trąbią plakaty. Nie porównam także bohaterki Dnia kobiet do "polskiej Erin Brokovich". To zupełnie bez sensu, bo to tylko zbędne i nie do końca zrozumiałe uproszczenia.
  
 "Ta historia wydarzyła się naprawdę - mówi w "Klubie Trójki" Maria Sadowska - W Polsce jedna kobieta zapoczątkowała serię procesów sądowych, pokazała, że jedna osoba może coś zmienić, dzięki niej prawo pracy zaczęło być przestrzegane."

   Dzień kobiet opowiada historię Haliny Radwan, pracownicy sieci handlowej Motylek. Kobieta właśnie dostała awans i jak to zwykle w Polsce bywa przysporzyła sobie tym samym paru wrogów. Od czasu, gdy zaczęła nową pracę wyraźnie zaczęło być widoczne, że jej koleżanki podzieliły się na obozy. Jedne stanęłyby za Haliną murem, a drugie przyczyniłyby się do strącenia jej ze stołka kierownika sklepu. Nie przejmując się tym jednak, kobieta sumiennie wypełnia obowiązki i darzy swojego przełożonego zaufaniem w kwestii przydzielania zadań. Choć kilkakrotnie przejdzie jej przez myśl, że dane działanie jest niekoleżeńskie, a nawet nieetyczne, nie odważy się postawić. Na domiar złego jeszcze się w draniu zakocha.

K. Kwiatkowska jako H. Radwan (www.wyborcza.pl)
   Do zmiany zdania na temat polityki firmy skłoni Halinę seria bardzo niefortunnych zdarzeń. Nie mogąc znieść już więcej ciężaru odpowiedzialności, druzgocących oskarżeń i wyrzutów sumienia, bohaterka postanawia iść z Motylkiem na wojnę. Problem jednak w tym, że otaczające z początku Halinę przyjaciółki, teraz nie chcą mieć z nią niczego wspólnego.

   Dzień Kobiet jest naprawdę dobrym filmem. Jest niezwykle emocjonalny. Patrząc na zmagania głównej bohaterki stawiamy przed sobą w pewnym momencie pytanie - jakim sposobem ona się jeszcze w ogóle trzyma? Pomimo tego, iż wiemy, że to jedynie filmowa fikcja, porównujemy problemy Haliny ze swoimi. W moim przypadku wypadło to naprawdę blado. Postaci Halinki wprost nie można nie polubić - jest niezwykle prawdziwa w swojej naiwności i nieporadności w kierowaniu zespołem pracowników. Choć doskonale wiemy, że medal ma zawsze dwie strony i Halina nie jest bez winy, żałujemy jej i współczujemy. Gorąco kibicujemy, aby to się wreszcie wszystko skończyło! Katarzyna Kwiatkowska wykonała zatem tytaniczną pracę i w wywiadach sama podkreśla, że wejście w tak dramatyczną rolę pozwoliło jej w końcu oderwać łatkę "naczelnej śmieszki polskiej". W filmie warto zwrócić także uwagę na bezbłędnego Eryka Lubosa w roli szefa Haliny. Jego życiowe creda wprost kładą na łopatki.

   Jako przeciętny widz, nie mam Dniu Kobiet absolutnie nic do zarzucenia, choć nagromadzenie Halinkowych problemów w pewnym momencie wydaje się wprost abstrakcyjne. Jak jednak zauważyłam, ma to i swoje dobre strony. Bynajmniej obraz nie kojarzy mi się jednak z westernem. I po raz któryś pomstuję, z jakiego powodu mówimy znów, że ktoś lub coś jest polskim odpowiednikiem czegoś amerykańskiego! Uproszczenia uproszeniami, a marketing marketingiem, oczywiście. Ja uważam jednak niezmiennie, że polsko-amerykańska skala filmowa nie istnieje. Jest to absolutnie nieporównywalne. Nie te progi, nie ta technika, gra, kompozycja - wszystko inne. Polskie naprawdę nie znaczy złe i potrafi się samo obronić.

wtorek, 5 marca 2013

Nieulotne

Źródło: www.film.onet.pl
   Parę lat temu Jacek Borcuch zaskarbił sobie widzów filmem Wszystko, co kocham. Film zyskiwał dodatkowo na wartości, gdy zdecydowaliśmy się na obejrzenie go w starym, studyjnym kinie. Ja Wszystko, co kocham obejrzałam w gdańskim Neptunie i szczerze przyznaję, że jest to jedno z najpiękniejszych wspomnień, jakie ze sobą noszę. Tak czy inaczej, to właśnie dzięki Wszystko, co kocham szersza publiczność zapoznała się ze wchodzącymi gwiazdami polskiego kina- Mateuszem Kościukiewiczem i Jakubem Gierszałem. Z tym ostatnim, Borcuch zdecydował się współpracować ponownie, tym razem nad projektem Nieulotne. Do udziału w filmie zaprosił także młodziutką Magdę Berus, którą kilka miesięcy wcześniej widzowie mogli oglądać w Bejbi blues Katarzyny Rosłoniec. Z przykrością jednak należy stwierdzić, że Nieulotne, choć obfitujące w przepiękne ujęcia, a wyjątkowym klimatem estetycznym porażą niejednego wrażliwca, są absolutną stratą czasu.

   Oś fabularną filmu wyznaczają losy Kariny (Magda Berus) i Michała (Jakub Gierszał), dwojga studentów, którzy poznają się na wakacjach w Hiszpanii. Miłość kwitnie - jest szalona, namiętna, zmysłowa itd., ale widz ma przeczucie, że to musi się jednak szybko skończyć. Głównemu bohaterowi przytrafia się więc pechowa historia, którą nie prędko będzie mógł wymazać z pamięci. Aby się jednak uspokoić, chłopak wraca w rodzinne strony i decyduje się zaczekać tam na Karinę. Po powrocie zwierza się jej, lecz ona go odrzuca. Na głowie ma bowiem dość inny, zgoła poważny problem.


M. Berus i J. Gierszał (www.filmweb.pl)
   Nieulotne byłyby naprawdę przepiękne, gdyby nie przekombinowanie. Historia Kariny i Michała jest zbyt zagmatwana, niedokończona i nielogiczna. Główne postaci zbyt wiele czasu poświęcają rozmyślaniom, z których tak naprawdę nie wyniknie później nic konstruktywnego. Przynajmniej dla widza. Mając do dyspozycji tak idealnie pasujących do siebie głównych bohaterów, można by ułożyć historię miłosną tak przewidywalną, tak mało odkrywczą, a pomimo to wciąż porywającą widzów. Z udziałem Berus i Gierszała nie mogłoby się nie udać. Reżyser postanowił jednak brnąć w nieoczywiste, zapewne z nadzieją na stworzenie nieodtwórczej i zapadającej w pamięć historii kochanków. Niestety jednak większość widzów nie zrozumiała dobrze Borcucha, lub nie zrozumiała go w ogóle. Najjaśniejszym punktem jest drugoplanowa rola Joasi Kulig, która jest dla Nieulotnych jedynym  i absolutnym promyczkiem. Na ekranie pojawia się jednak bardzo rzadko. Nowa propozycja Borcucha powala natomiast na kolana pięknymi zdjęciami, za które Michał Englert został nagrodzony podczas zeszłorocznego Festiwalu Filmowego w Sundance. Dla przeciętnego widza, wiecznie i z własnej woli będącego pod urokiem Wszystko, co kocham  to jednak zbyt mało. Zaraz po wyjściu z kina wołamy wręcz o pomstę do nieba, z jakiego powodu taki film mógł się w ogóle przytrafić. Wielka, wielka, wieeeeelka szkoda.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...