Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komedia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 czerwca 2013

Dziewczyna z szafy

Źródło: www.filmweb.pl
   Śpiewano kiedyś, że każdy potrzebuje kogoś do kochania - do tęsknienia, całowania i przytulania. Każdy, kto kochał chociaż raz wie tak naprawdę, że trzeba wtedy o wiele poważniejszych deklaracji niż to. Wszystko zależy pewnie jednak od człowieka i zdawać by się mogło, że miłości poszukują najwytrwalej samotnicy. Jedni pragną kogokolwiek, a drudzy kogokolwiek innego i wtedy pojawia się właśnie największy problem.

   Potencjał obu tych wariantów miłosnej historii wykorzystał Bodo Kox.Wchodząca właśnie przebojem do naszych kin Dziewczyna z szafy miała być opowieścią o miłości dwojga samotników. Zwiastun filmu sugeruje widzowi, że wybierając się do kina zobaczy zabawną i wzruszającą historię ludzi, którzy natrafili na siebie najpiękniej, bo przypadkiem. Zrozumieli siebie nawzajem, pokrętnie pokochali i obdarowali spokojem. Całość miała dopełnić postać trzeciego bohatera, który za miłością gonił jak szalony. Za jakąkolwiek. Z kina miałam nadzieję wychodzić zrelaksowana i pełna dobrego nastroju, bo jeśli tak wiele osób mówiło o tym, że to przebój sezonu to przecież nie mogli się mylić. Miałam nawet z początku ochotę wybrać się z tego powodu na Dziewczynę z szafy dwa razy. W życiu jednak!

   Jacek (Piotr Głowacki) zamieszkał po śmierci rodziców ze swoim bratem Tomkiem (Wojciech Mecwaldowski). Chorujący na nowotwór bohater jest w przeciwieństwie do Jacka niezwykle zamknięty w sobie i nieprzystosowany do życia wśród ludzi. Pomimo poważnych obowiązków Jacek chce jednak korzystać z życia i dlatego nie obawia się spotykać z kobietami, które niestety odstrasza chory Tomek. Nie chcąc jednak przepuścić szansy na "wielką miłość" , wychodzi od czasu do czasu z domu i zostawia brata pod opieką sąsiadki. Pewnego dnia ta nie będzie mogła zająć się Tomkiem, a pełen obaw Jacek zapuka do drzwi dziewczyny z naprzeciwka. Mająca dość własnych problemów Magda (Magdalena Różańska) godzi się ku zaskoczeniu Jacka na spotkania z Tomkiem. Do drzwi dziewczyny niejednokrotnie zapuka także inny adorator, któremu tajemnicza dziewczyna skradła serce już dawno temu...

M. Różańska i W. Mecwaldowski (www.filmweb.pl)
   Dziewczyna z szafy opowiada delikatnie o kilku rodzajach miłości. W filmie przyglądamy się goniącemu za uczuciem Jackowi, który pragnie być kochany przez kogokolwiek, gdyż nie wytrzymuje dłużej życia w pojedynkę. Doskonale wie, czego brakuje w jego życiu i odpowie na zaloty każdej kobiety, która zwróci na niego uwagę. Zupełnie innym przypadkiem jest Tomek, o którym z powodu jego choroby, nie jesteśmy z początku przekonani, że może kochać. Okazuje się jednak, że po poznaniu Magdy zupełnie oszaleje na jej punkcie. Koleje odwiedziny sąsiadki będą przywoływały na myśl skojarzenia z pierwszą podwórkową miłością chłopca, o której marzy i śni, a po znalezieniu się w jej pobliżu zupełnie słupieje. Pozostająca pod wrażeniem Tomka Magda, darzy także niejasnym uczuciem odwiedzającego ją dzielnicowego, który nie mając wprawy w romansowaniu, stara się niezdarnie dotrzeć do dziewczyny i zaprosić ją na spotkanie. Poza tym wszystkim obserwujemy na ekranie także miłość braterską. Dbający za wszelką cenę o komfort życia brata Jacek, stając przed niespodziewanym wyzwaniem, uświadamia sobie jak bardzo jest samotny i związany z Tomkiem.

   Wychodząc z kina nie towarzyszy nam entuzjazm. Idziemy raczej od rękę z dosyć nachalnym Rozczarowaniem, które po prostu nie chce się od nas odczepić. Dziewczyna z szafy nie spełnia bowiem plakatowych obietnic. Jest trochę śmiesznie i trochę wzruszająco. Mamy rewelację, ale nie absolutną. Oglądając film mamy wrażenie, że reżyser, choć mając fantastyczny zamysł, nie ukazał nam całego potencjału emocjonalnego bohaterów. Wszystkiego było w trakcie trwania filmu odrobinę za mało. Na koniec popadamy w dodatku w nieco niezrozumiałą melancholię, która niczego nie uczy, a jedynie przytłacza. Filmowi nie można odmówić jednak interesującego i odświeżającego gatunek komediowy pomysłu.Wojciech Mecwaldowski wspiął się w Dziewczynie z szafy na wyżyny swoich zdolności aktorskich, prezentując widzowi niezwykle realistyczną i złożoną psychologicznie postać. Na hit sezonu całość jednak zdecydowanie nie zapracowała.

Dziewczyna z szafy
Polska, 2013, 89'
reż. i scen. Bodo Kox, zdj. Arkadiusz Tomiak, prod. Włodzimierz Niderhaus, dystr. Kino Świat, wyst. Wojciech Mecwaldowski, Eryk Lubos,  Piotr Głowacki, Magdalena Różańska.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Ile waży koń trojański?

Źródło: www.fdb.pl
   Coraz częściej zaczynamy spoglądać na czasy PRL-u z sentymentem. Głośno wzdychamy "a kiedyś to..." i nakręcamy się zaraz jak katarynki, że były takie cukierki, takie zabawki, takie programy i takie postaci. Mówimy - "Teraz to już tego nie ma" - i faktycznie nie bardzo mijamy się z prawdą. Historycy nie podzielając tego powszechnego entuzjazmu, zgodnie twierdzą, że nadmierne idealizowanie tego okresu jest zgubne i niebezpieczne. Trudno także im nie przyznać racji. Co jednak zrobić, gdy rozpaczliwie staramy się uratować dziecięce wspomnienia i chcemy rozpływać się nad zdjęciami z wakacji, które zorganizowane były przez Fundusz Wczasów Pracowniczych?

   O tamtych czasach we wspaniały sposób mogą przypominać nam filmy. W jednym z wywiadów nawet dziennikarz Marcin Meller przyznał, że organizuje z przyjaciółmi wieczorki filmowe, podczas których oglądają PRL-owskie perełki. Gdy jednak przebrniemy przez całą złotą kolekcję polskich filmów tamtego czasu, nie zaszkodzi też przyjrzeć się i nieco bardziej współczesnej propozycji. Nigdy nie miałam specjalnej ochoty na oglądanie filmu Ile waży koń trojański? w reżyserii Juliusza Machulskiego. Przymuszona jak gdyby świątecznymi okolicznościami, usiadłam jednego wieczoru przed telewizorem i dałam mu szansę. Nigdy, przenigdy nie spodziewałabym się tego, że Machulski wyreżyseruje obraz tak sentymentalny, wariacki i rozczulający, że stanie się on jednym z moich ulubionych po wsze czasy!

   Zosia (Ilona Ostrowska), Kuba (Maciej Marczewski) i ich córka Florka (Sylwia Dziorek) czekają właśnie na nadejście milenium. Nerwowa atmosfera związana z setkami przepowiedni o wkraczaniu w nowy wiek udziela się także i rodzinie Radeckich. Zosia nie wierzy jednak w bujdy i nie ma specjalnej ochoty na świętowanie. Los i magia Sylwestrowej nocy sprawiają jednak bohaterce nie lada psikusa. Zosia przenosi się w czasie i trafia w okres PRL-u, gdzie największym wyzwaniem stanie się dla niej odnalezienie obecnej rodziny.

R. Więckiewicz jako Darek, były mąż Zosi (www.filmweb.pl)
   Ile waży koń trojański? to film dla wrażliwców. To najzabawniejsza polska komedia sytuacyjna z jaką udało mi się dotychczas spotkać. Być może dlatego, że w fabule filmu wyczuć można odrobinę amerykańskości. Postać Darka, w którego wcielił się Robert Więckiewicz, po seansie zapada tak głęboko w pamięć, że nie pozostaje nic innego jak cytować go przy każdej nadarzającej się okazji. Film, choć odrobinę nielogiczny, jest urzekający i nietuzinkowy. To niewątpliwie dobra komedia z pomysłem, o jaką ostatnimi czasy u nas ciężko. Jest słodyczą, którą z początku chwytając mamy obawy zjeść, lecz w efekcie okazuje się, że nie mogliśmy dokonać lepszego wyboru. Bawi, wzrusza i w żadnym wypadku nie stanie się zbędnym marnowaniem czasu.

Ile waży koń trojański?
Polska, 2008, 118'
reż. i scen. Juliusz Machulski, zdj. Witold Adamek, muz. Jacek Królik, prod. Studio Filmowe Zebra, dystr. Monolith Films, wyst. Ilona Ostrowska, Robert Więckiewicz, Maciej Marczewski, Danuta Szaflarska, Maja Ostaszewska. 

Najlepsza drugoplanowa rola męska Robert Więckiewicz / Orły 2009
Najlepsza drugoplanowa rola kobieca Danuta Szaflarska / Orły 2009

wtorek, 16 kwietnia 2013

Kwartet

Źródło: www.kinomuza.pl
   "Starość może być piękna!", "Starzej się z godnością!", "Nie zmarnuj czasu, który ci pozostał!", "Czerp z życia garściami!"- te i inne hasła słyszymy mimochodem co raz częściej. Pojawiają się na szyldach reklamowych, w ofercie specjalnych hoteli i pensjonatów, w gabinetach kosmetycznych, u fryzjera, w spożywczaku, na basenie i solarium. Powie nam to nawet ksiądz po kolędzie. Ba, wróżka! Zwłaszcza wróżka. Ona to już nam powie wszystko. Dzisiaj choć głośno mówi się o kulcie młodości, a dopiero niedawno na okładce Vogue'a pojawiła się pierwsza seniorka show-biznesu Tina Turner, to współczesne społeczeństwa przestały ignorować problem starości. Nasi dziadkowie coraz częściej zamiast laski pojawiają się na ulicach z kijkami do nord walkingu, a babcie zaklepują kolejkę nie do konfesjonału, a do specjalisty do botoksu. Niektórzy z nas zdają się z radością ignorować upływający czas, skupiając się na tym, co tu i teraz. Eksplozję fascynacji jesienią wieku podchwycili także filmowcy. Do tej pory powstało już mnóstwo filmów, w których zbuntowani seniorzy pokazują figę poprzekreślanym na czerwono w kalendarzach dniom. Ta tematyka spodobała się także Dustinowi Hoffmanowi, którego debiutancki Kwartet wszedł w ubiegłym tygodniu na ekrany naszych kin.

   Hoffman przenosi widza do fikcyjnego domu spokojnej starości, który nieco różni się od pozostałych seniorskich pensjonatów. Ośrodek kieruje bowiem swoją ofertę do emerytowanych muzyków. Beecham House to istny wrzątek. Jest rozśpiewany do granic możliwości, a mieszkający w pensjonacie seniorzy radośnie muzykując robią przy tym naprawdę niezły rejwach. Ekscytacja wspólnymi próbami staje się tym większa, gdyż nadchodzi właśnie wyczekiwana co do dnia gala, na której emeryci mają zaprezentować się w pełnej krasie i przy okazji zebrać parę groszy na podupadający ośrodek. Największe nadzieje pokłada się w pewnym kwartecie, którego ponowny występ stałby się istną sensacją sezonu. Sęk jednak w tym, że pewna niedawno przybyła do pensjonatu diwa nie chce zgodzić się na występ...

D. Hoffman wraz z M. Smith i T. Courtenay'em (www.filmweb.pl)
   Wybranie się na Kwartet wydaje się dziś niezwykle kuszącym rozwiązaniem, gdyż obecny repertuar kin bardziej nas "odstrasza" niż zachęca do miłego i sympatycznego spędzenia wieczoru. Pośród takich propozycji jak Układ zamknięty, czy Raj: Wiara, Kwartet staje się po prostu zbawienny. Pozostałe propozycje kinowe choć warte zobaczenia choćby ze względu na istotne przesłanie, są poważne, ciężkie i absolutnie nie stanowią synonimu relaksu po ciężkim dniu spędzonym w szkole, czy w pracy. Kwaret to zatem film, którego z początkiem tego miesiąca mogliśmy wyczekiwać tak samo tęskno jak wiosny. Debiut Dustina Hoffmana bowiem istnym kinowym promyczkiem - zabawny, lekki i absolutnie brytyjski. I choć wychodząc z kina możemy czuć niedosyt i mieć wrażenie, że cała ta historia została naprędce zakończona to prędzej powiemy, że to wielka szkoda, że Kwartet nie trwał jeszcze chwili dłużej, niż wyjdziemy z sali naburmuszeni, że był on zupełną stratą czasu.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rushmore

Źródło: www.tumblr.com
   Kto raz pokocha Wesa Andersona, ten już nigdy nie będzie w stanie wyrwać się spod uroku jego filmów. To wyjątkowe, cudaczne historie, bajkowo-egzotyczny wprost klimat i rzucająca się w oczy kolorystyka sprawiają, że filmy Andersona są esencją tego, czego szukamy uciekając od codziennych szarości. Po seansie na długo jeszcze nie chcemy się rozstać z bohaterami jego obrazów. To przede wszystkim oni nas urzekają, kradną nasze serca i bawią do rozpuku.W Rushmore (1998) spotkamy się jednak z najbardziej irytującym, napuszonym i głupkowatym typem o jakim bylibyśmy w stanie pomyśleć. Kto jest po uszy zakochany w Andersonie, a zaczynał tak jak ja od zeszłorocznych Kochanków z Księżyca (2012), powinien teraz poznać się z Maxem Fisherem. Wrócić do korzeni i debiutów reżysera.

   Max Fisher (Jason Schwartzman) jest królem Rushmore. Co ja mówię właściwie... Królem nie tylko szkoły, ale i życia w ogóle. Gdyby za jego czasów Internet byłoby powszechny, najprawdopodobniej spamiętałby go całego i ruszył udowadniać światu swoje nadludzkie możliwości. W Rushmore prowadzi setki kół zainteresowań, każdemu dodatkowo przewodnicząc. To wręcz oczywiste. Jest irytujący, skupiony wyłącznie na swojej osobie i ciągłemu samodoskonaleniu, gburowaty, nudny i głupkowaty. W dodatku jest okrutnym kłamczuchem, wstydząc się, że jego ojciec jest jedynie fryzjerem. Nie ma przyjaciół. Ma zainteresowania. W żadnej dziedzinie jednak nie jest pionierem. Początkowo przeświadczony o tym, że pozjadał już wszystkie rozumy, wraz z przybyciem do szkoły nowej nauczycielki, pani Cross (Olivia Williams) odkrywa, że istnieje (jakimś cudem) jeszcze nie opanowana przez niego sfera. Miłość! Zakochuje się w nauczycielce po uszy i zaczyna o nią zaciekle walczyć. Z kim by jednak nie stoczył bitwy, Max nie chce pogodzić się z faktem, że Rosmary nie jest dla niego.

J. Schwartzman jako Max Fisher (www.3quarksdaily.com)
Rushmoore to 3 fabuła w karierze reżysera. Od początku jednak widać, że ponad wszystko ubóstwia współpracę z takimi aktorami jak Jason Schwartzman, Bill Murrey, czy Luke Wilson. Rushmore to odrobinę mniej dziwaczna i oderwana od rzeczywistości propozycja niż np. Genialny klan, czy wspomniani wcześniej Kochankowie z Księżyca. Główny bohater budzi w widzu mnóstwo skrajnych emocji - od absolutnego wkurzenia po szczere współczucie. Nie przeszkadza mu to oczywiście kłaść nas na łopatki swoimi zagrywkami, niezależnie od tego jakie mamy wobec niego uczucia. Jego zamiłowanie do liczonych w dziesiątkach kółek szkolnych dosłownie osłabia, lecz w dobrym znaczeniu tego słowa. Tematem przewodnim Rushmore jest dorastanie i radzenie sobie z otaczającą rzeczywistością, gdy ta przytłacza nas w najmniej spodziewanym momencie. To także opowieść o tym, że posiadanie pasji jest również pasją, którą należy w sobie z zamiłowaniem rozwijać. Film zarezerwowany definitywnie dla fanów Andersona, bo na jednym z portali lecą na niego istne gromy z nieba!

piątek, 5 kwietnia 2013

Wspaniała

Źródło: www.film.wp.pl
   Filmy w stylistyce dawnych lat od razu trafiają w gusta widzów, zwłaszcza, gdy są one kolorowe, szalone, pełne przebojowych bohaterów i ich niesamowitych historii. Rzadziej zdarza nam się mieć chęć na filmy przedstawiające ten sam okres lat 50., acz z innej, poważniejszej i prawdziwszej perspektywy. Wolimy obejrzeć coś, co będzie cieszyło nasze oko, będzie lekkie, przyjemne i proste, choć oczywiście nie jest to żadną zasadą. "Wspaniałą" w reżyserii Régisa Roinsarda jednak trzeba zobaczyć, niezależnie od tego, czy jest się fanem fabularnych i lekuśkich błahostek, czy filmów o bardziej stanowczym i realistycznym rysie. Film po prostu cieszy oko i wspaniale jest rozpłynąć się w świecie, który przedstawia!
Zawsze fascynowały mnie filmy o rywalizacji w sporcie. - mówił dla Gazety Wyborczej reżyser "Wspaniałej", Régis Roinsard- Może dlatego, że dorastałem w latach 80.? Wtedy kręcono dziesiątki takich obrazów i jako nastolatek podziwiałem na ekranie atletów, tenisistów, piłkarzy. (...) Szukałem dyscypliny, która byłaby osiągalna dla bohaterki, a jednocześnie wymagałaby sprawności fizycznej. I kiedyś przeczytałem o konkursie szybkiego pisania, bardzo popularnym w latach 50.

  Rose Pamphyle (Déborah François) jest młodziutką dziewczyną z prowincji, która marzy o wielkiej karierze i wyrwaniu się ze środowiska, w którym dorastała. Pragnie wspaniałej pracy,  niezależności i spełnienia marzeń o wielkiej i prawdziwej miłości. Pewnego dnia zwraca uwagę na ogłoszenie pewnego ubezpieczeniowca, w którym zapraszał on do swojego biura na rozmowę w sprawie pracy na stanowisku sekretarki. Kąpana w gorącej wodzie Rose, desperacko ubiega się o tę posadę. Zadziwiony możliwościami dziewczyny Louis (Romain Duris) przyjmuje ją do pracy. Niezwykle szybkie obsługiwanie przez Rose maszyny do pisania, rozbudza wyobraźnię mężczyzny i niedługo później zamarzy on, aby sekretarka wystartowała w konkursie szybkiego pisania. Rose przyjmuje jego propozycję i odtąd zamieszka z Louisem na stałe. Problem w tym, że ten w tym samym czasie rozgościł się już w jej sercu na dobre...

Rose podczas pierwszego konkursu (www.frenchfilmfestival.org.uk)
"Wspaniała" faktycznie jest komedią w starym, dobrym stylu, jak zdążyły już zatrąbić wszystkie plakaty i zwiastuny. Wszystko jest tutaj niezwykle sentymentalne i wyraźnie widać utęsknienie reżysera za czasami, które już nigdy nie powrócą. Fabuła to wyraz czystej wolności i szaleństwa, jakie dominowały widocznie w tamtej epoce. 
Świat jest dzisiaj znacznie trudniejszy. Internet i telewizja na bieżąco zalewają nas informacjami, zwykle złymi. Doniesieniami o tragediach, kryzysach, załamaniach. To nas paraliżuje i zamyka, nie umiemy sobie poradzić z tymi wiadomościami. Jest ich za dużo. W latach 50. ludzie byli skrajnie otwarci. Pełni radości budowali nowy świat, żyli snem. Ale kryje się w tym również ironia. Bo to właśnie ich wynalazki i stosunek do życia sprawiły, że dzisiaj jest nam tak ciężko. To wtedy rzeczywistość zaczęła nabierać zawrotnego tempa, powstawała kultura rywalizacji. I nikt nie myślał o konsekwencjach - mówił dla Gazety Wyborczej reżyser filmu.
   Film Régisa Roinsarda ogląda się z niewypowiedzianą przyjemnością i zainteresowaniem, gdyż prostota nie zakrawa tutaj o infantylizm. Fabuła "Wspaniałej", choć nieszczególnie odkrywcza w przypadku relacji między bohaterami, jest urocza i wciągająca. Podczas oglądania filmu zaczynamy w krótkiej chwili sympatyzować z bohaterami, a podczas konkursów, w których bierze udział Rose, nasze emocje autentycznie sięgają zenitu. "Wspaniała" to zatem idealny pomysł na spędzenie sympatycznego wieczoru ze znajomymi w domu, ale i nie tylko! Film jest bowiem dobry na każdą okazję, gdyż w potrzebie rozchmurzy, a w innym przypadku jedynie poszerzy nasz uśmiech na twarzy w pogodny dzień. Wprost wspaniały do oglądania!

poniedziałek, 25 marca 2013

One too many mornings

Źródło: www.impawards.com
   Wydawało mi się, że już nigdy nie dotrę do One too many mornings (2010). Po tym jak zachwyciłam się najnowszym obrazem Michaela Mohana Save the date, obiecałam sobie, że historii o jednym poranku za dużo będę szukała do upadłego. W końcu mi się udało. Zachwycona zwiastunem, magicznie podekscytowana, szybko włączyłam wideo i... zaczęło się obrzydliwie. Wprost nie mogło gorzej. Poznałam się z Fisherem (Stephen Hale), który najwidoczniej po najwspanialszej nocy w życiu właśnie stawiał czoło jej ubocznym skutkom. Przebolałam to, co jego samego na pewno jeszcze bardziej bolało niż mnie i liczyłam na to, że dalej już będzie lepiej. I było. Na szczęście.

    Fisher wynajmuje jedno z pomieszczeń w zaprzyjaźnionym kościele i w zamian za to zajmuje się utrzymywaniem w nim porządku. Przy okazji trenuje także tamtejszą drużynę piłkarską, która nie ukrywajmy nie składa się z orłów. Zadowolony jednak z życia Fisher, czerpie z niego garściami, poświęcając tym zajęciom wszystkie swoje przedpołudnia. Wieczorami wychodzi natomiast na miasto i zamienia się w prawdziwego kocura, podrywając tak naprawdę każdą, która łatwo popadnie mu w ramiona. Solidnie zakrapiane imprezy kończą się przykrościami o poranku. Jednego z nich, Fishera odwiedza stary przyjaciel (Anthony Deptula). Ma na sumieniu pewien poważny problem z związku ze swoją miłością do Rudy (Tina Kapousis). Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że jego spowiednik sam nie znajduje się w lepszej sytuacji. Czy pomogą sobie nawzajem?

S. Hale jako Fisher (www.flickr.com)
    W internetowych recenzjach filmu czytamy, że to nietuzinkowa opowieść o przyjaźni i pijackiej rozpuście. I jedno, i drugie widziałam już w lepszym wydaniu. W One too many mornings dostrzegam jednak nieodparty urok, który powalił mnie na kolana już od pierwszych minut zwiastunu. Nie chodzi tutaj wyłącznie o czarno- białą kolorystykę i klimat, w którym jest utrzymany film. Tym, co przyciąga widzów przed ekrany jest obsada One too many mornings. Każdy pasuje tutaj wprost idealnie do swojej postaci, a grająca Rudy Tina Kapousis jest niemożliwie przeurocza. Film jest autentyczną i świeżą komedią sytuacyjną, w której historia każdej postaci z osobna, i w połączeniu z innymi jest zabawna, lecz w bardzo specyficzny sposób. Nie każdemu może ten film zatem odpowiadać i od pierwszych minut wyda się wtedy, że fabuła tak naprawdę zmierza donikąd. O One too many mornings mówi się zatem, że jest filmem wyjątkowo wydajnym i o płynnej fabule, a to połączenie zdarza się dość rzadko w przypadku młodych, niezależnych twórców, którzy za wszelką cenę pragnąc być oryginalnymi, psują swoją wymyślnością fabułę do granic możliwości. Mohan, w przeciwieństwie do nich, zrobił film składny, logiczny, zabawny i z morałem. Warto dać mu szansę i nie zrażać się pierwszymi minutach!

wtorek, 15 stycznia 2013

Genialny klan

Źródło: www.conunabisola.blog.com
   Tyle razy powtarzamy, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach, że widocznie musi tak być. Ja osobiście rzadko do takich pozuję, więc być może w tym tkwi właśnie sekret powodzenia mojego rodzinnego przedsięwzięcia. Każdy dobrze jednak wie, że w tej pilnie strzeżonej grupce nie obędzie się czasem bez sekrecików i afer, ale jak to mówią - byleby być na dobre i na złe! Royal'a Tenenbauma, głównego bohatera Genialnego klanu, nie było ani przy jednym, ani przy drugim. Dla jego dzieci - Chas'a, Margot i Richie'go nie wróżyło to nic dobrego. Dla nas, widzów, wręcz przeciwnie. W 2001 r. Wes Anderson nakręcił film, na którego punkcie oszaleli wszyscy jego fani. No i ja. 12 lat później. Ale to nic! Lepiej późno niż później!

   Royal Tenenbaum (Gene Hackman) i jego żona Etheline (Anjelica Huston) rozwodzą się. Ta wiadomość spada na ich dzieci niczym grom z jasnego nieba. Nie martwią się jednak o to, że ukochany tato nie będzie z nimi dłużej mieszkał. Żaden zresztą z niego ulubieniec rodziny. Wszyscy prędko zbierają się do kupy i postanawiają dalej żyć sobie jak gdyby nigdy nic. No może nie do końca. Po rozwodzie z mężem, Etheline postanawia skupić się na wykształceniu dzieci. Margot (Gwyneth Paltrow) zostaje więc specem scenopisarstwa i swoją pierwszą sztukę o zwierzątkach wystawia w wieku kilku lat. W tym czasie Chas Tenenbaum (Ben Stiller) namiętnie poświęca się prowadzeniu biznesu. Richie (Luke Wilson) też nie próżnuje i już po kilku treningach na korcie odkrywa w sobie pasję do tenisa. Rodzina geniuszy! Etheline się cieszy i wydaje o nich książkę.

Irene Gorowaia, Aram Aslanian-Persico, Amedeo Turturro (www.letsbebad.livejournal.com)
   Nic nie zapowiadało jednak katastrofy. Niedługo po osiągnięciu przez dzieci Tenenbaumów dojrzałości, sukcesy zaczynały się kończyć, a pomysły na życie trójki małych karierowiczów stawały się coraz bardziej beznadziejne. W końcu w ogóle przestały istnieć. Margot męczy się w związku z podstarzałym psychoanalitykiem (Bill Murray) i ucieka w przygodne romanse. Z rozpaczy zaczyna sypiać nawet z dawnym kolegą całej trójki, Eli'em (Owen Wilson). Nie ma pojęcia o tym, że fakt, że została adoptowana, spędza sen z powiek jej bratu, Richie'mu, który kocha dziewczynę całym sercem i wciąż liczy na to, że kiedyś będą razem. Poza tymi tematami całkowicie pozostaje Chas, który odciął się od krewnych i głęboko przeżywa wraz z dwoma synami odejście żony, Rachel. Na dodatek Henry Sherman (Danny Glover), przyjaciel rodziny, oświadcza się Ethel. Wtedy "na pomoc" przybywa Royal i niczym Filip z konopi wyskakuje z abstrakcyjnym pomysłem na zorganizowanie rodzinie czasu. Spłukany do ostatniego grosza Royal prosi rodzinę o pomoc. Udaje mu się wmówić byłej żonie i dzieciom, że choruje na raka i jedynie 6 tygodni dzieli go od wybrania się na drugą stronę. Co tylko, gdy sekret wyjdzie na jaw?

G. Patrow, G. Hackman i L.Wilson (www.lypophrenia.com)
   Po obejrzeniu Kochanków z Księżyca, Rushmore, Pociągu do Darjeeling, Fantastycznego Pana Lisa i Hotelu Chevalier, muszę przyznać, że z całego tego zestawu Genialny klan, jest w wykonaniu Andersona filmem najbardziej hollywoodzkim. Przy jego oglądaniu zaśmiewałam się częściej niż na poprzednich seansach, a przy tym fabuła zdawała się przybierać bardziej sensowny, pełny i przemyślan kształt. Wszystko nadal pozostaje tutaj w niepowtarzalnie cudacznym klimacie i niepodrabialnej estetyce, ale mam wrażenie, że dla statystycznego widza jest bardziej jadalny niż pozostałe filmy Andersona. Fantastyczne kreacje, nieprzewidywalne zwroty w fabule, pomysłowość i lekkość są tym, co powinno zachęcić do obejrzenia Genialnego klanu. Bezapelacyjny lek na chandrę!

wtorek, 25 grudnia 2012

Kochankowie z księżyca

Źródło: film.onet.pl
    Każdy posiada swoją wersję i wyobrażenia na temat czasów, w których nie byliśmy nawet w planach, aby przyjść na świat. I choć pod ręką mamy mnóstwo dokumentów i opasłych archiwów do przeglądania to i tak decydujemy się w końcu budować tamten świat z własnych klocków. Stwarzamy go takim, jakim chcemy go widzieć i przygotowujemy na nasze przyjście. Tęsknimy za czymś co nas urzekło, a nie mieliśmy szansy tego realnie doświadczyć. Tak też poczuł się podobno Wes Anderson, gdy wpadł na pomysł stworzenia swojego najnowszego filmu, Kochankowie z Księżyca (2012).

    Zanim powstał scenariusz do filmu Wes Anderson wyobraził sobie z początku idealną młodzieńczą miłość. Całkowicie obezwładniającą zmysły, śmiertelnie poważną, silną i nieprzepartą. Zdecydował prędko,że koniecznie musi być umiejscowiona w latach 60-tych i nieodwołalnie różnić od tej, którą obserwujemy w każdy filmie. Nie mogła to być miłość rodząca się miedzy dwojgiem 18-latków. Musiała być o wiele bardziej niewinna, choć nie mniej intensywna i czarująca. Wybór czasu akcji filmu na rok 1965 także nie był przypadkowy. Ten okres kojarzy się bowiem reżyserowi z niezwykłym optymizmem wśród Amerykanów i czasem szczęśliwości, którego kres nadszedł niedługo później. Anderson bez ogródek przyznaje w wywiadach, że choć w fabule na próżno doszukiwać się można związków z jego osobą, to chciałby aby takowe istniały naprawdę.

Jared Gilman jako Sam (www.students.pl)
    Reżyser doprowadza więc do spotkania dwojga kochanków na jednej z wysp Nowej Anglii. Nieco ekscentryczna i nad wyraz odważna jak na swój wiek Suzie Bishop (Kara Hayward), bez pamięci zakochuje się w Samie (Jared Gilman). Malec jest jednym ze skautów, których obóz stacjonuje niedaleko domu dziewczynki. Będąc indywidualistami, ogromnie w sobie zakochani uciekają gdzie ich nogi poniosą, powodując tym samym na wyspie niesłychany rajwach. Wszyscy okoliczni wyruszają na poszukiwania młodych uciekinierów. Wśród nich rozpoznamy państwa Bishop (Bill Murray i Frances McDormand), którzy przy okazji poszukiwań dowiadują się o sobie więcej niż by tego chcieli. Na pomoc rusza także ambitny, acz nieco nadwrażliwy i ślamazarny kapitan Sharp (Bruce Willis). Szyku dotrzymuje grupie cały oddział młodych skautów, na czele których stoi harcmistrz Ward (Edward Norton), o którym z początku trudno powiedzieć, że jest zorganizowany i odpowiedzialny. Wraz z przybraniem przez obrót sprawy bardziej poważnego charakteru do poszukiwań dołącza się także pracownica opieki społecznej (Tilda Swinton), która pragnie wysłać małego Sama do poprawczaka. Czas wciąż ucieka, a zakochani cały czas pozostają nieuchwytni.

B. Murray, F. McDormand, E. Norton, B. Willis (www.ppe.pl)
    Kochankowie z Księżyca stanowią film bardzo specyficzny, który nie każdemu ma szansę się spodobać. Gorąco jednak należy zachęcać do jego obejrzenia, gdyż jest obrazem przeuroczym, ciepłym i można by nawet powiedzieć, że cudacznym. Będzie idealny dla każdego, kto z poświęceniem potrafi oddawać się historiom pierwszych miłości raz i ponownie, wprost do znudzenia. Kochankowie z Księżyca napawają niezwykłym optymizmem, a losy Suzie i Sama śledzimy z rozgorączkowaniem i wypiekami na twarzy. Obraz jest bardzo oryginalny, nieprzewidywalny, dziwaczny, a przez to niezwykle interesujący i zapadający w pamięć. Scena, w której dzieci tańczą na opuszczonej plaży jest bezbłędna, a widok wybudowanego przez nich bastionu z namiotu, patyczków, kamyczków oraz szmatek wzrusza i niezmiernie rozczula. Idealny powód do odwiedzenia kina w Święta!

niedziela, 28 października 2012

Niewierni

Żródło: http://golem13.fr/les-infideles-4-affiches/
    Niewierni pojawiają się na ekranach naszych kin nie tak długo po ogromnym sukcesie Nietykalnych. Przed francuskim filmem (reż. Emmanuelle Bercot, Fred Cavayé, Alexandre Courtes, Jean Dujardin, Michel Hazanavicius, Eric Lartigau, Gilles Lellouche, Jan Kounen) stoi zatem wielkie wyzwanie rozbawienia widza do łez. Na jednym z popularnych polskich portali filmowych, Niewierni oceniani są niezwykle nisko, a zamieszczone pod opisem filmu komentarze są więcej niż negatywne. Jestem jednak zdania, że wypowiadajacy się tam użytkownicy są w błędzie, bo film obejrzałam w zeszłym tygodniu i absolutnie nie uważam go za stratę czasu. O jednym jednak trzeba pamiętać - do kina nie można wybierać się z wygórowanymi oczekiwaniami. 
    Film Niewierni jest splotem zabawnych (lub mniej) etiud, których bohaterami są pocieszni figo-fago. Widz ma szansę obserwować w jaki sposób tym wątpliwym gentelmanom udaje się prowadzić podwójne życie. Każdy z nich posiada własne upodobania co do kobiet i widzi w nich uosobienie skrajnie różnych cech, które świadczą o atrakcyjności dam. Niektórzy stracą głowę dla pięknych, długonogich blondynek, inni dla niepoważnych licealistek, a jeszcze kolejni dla kobiet w dojrzałym wieku. Pozostałej będzie wszystko jedno, byleby tylko wybranka była napalona. Nie zabraknie także zamiłowanego fana S&M. Wszystkie pojedyńcze historie składają się na mozaikę, wśród której znajdzie się każdy typ dowcipkowania, ale nie tylko. Na przemian będzie zabawnie i refleksyjnie.
Źródło: http://www.listal.com/viewimage/3893287
    Gdybyśmy już koniecznie chcieli porównać Niewiernych do Nietykalnych to oczywiście ci pierwsi wypadają nad wyraz blado. Jest to jednak bezcelowe, gdyż oba te obrazy poruszają zupełnie inną tematykę, a film taki jak Nietykalni przydarza się raz na kilka lat. Bawiąc i doprowadzając do łez praktycznie każdego widza. Niewierni są dobrze skonstruowaną propozycją, zaskakującą i trafiającą do widza o nieco rubasznym poczuciu humoru. Za słabą stronę filmu można jedynie uznać zagmatwanie fabuły i zbytnie rozbudowanie postaci (w pewnym momencie właściwie już nie wiadomo kto jest czyją żoną). Wątek pechowego podrywacza, któremu nie poszczęściło się podczas pracowniczego zjazdu był raczej zbędny. Mimo tego jednak Niewierni to film, który warto zobaczyć. Jest to obraz lekki, przyjemny i nieoczywisty. Sceny zgrupowania anonimowych podrywaczy - bezbłędne! Także ścieżka dźwiękowa do filmu na długo pozostanie nam w pamięci, a Have love, will travel grupy The Sonics było idealnym wyborem w początkowych scenach filmu. 
P.S. Więcej tak długich przerw w pisaniu nie będzie!  

wtorek, 25 września 2012

Yuma

    Wokół tego filmu zrobiono jeden z największych marketingowych rozgardiaszów. Od samego początku była mowa o fantastycznym, niebanalnym temacie, o druzgocącej roli Tomasza Kota i wspaniałym Gierszale. Oczywiście, jak zwykle towarzyszyły temu hasła o jednym z najlepszych filmów roku. I co? I niewiele się pomylili ci, którzy tak o tym trąbili. Chociaż pierwsze ujęcia zapowiadają katastrofę, a widz ma ochotę zasłonić dłońmi oczy, to dalej jest już tylko lepiej i lepiej. Całościowo.

    Oś fabularną Yumy (reż. Piotr Mularuk) wyznaczają losy nieco niepozornego z początku Zygi (Jakub Gierszał). Młody chłopak żyje w rzeczywistości, która choć lepsza od wcześniejszej, jest daleka od ideału. Główny bohater mieszka w małej miejscowości tuż przy granicy Polski z NRD i jak cała reszta swoich przyjaciół jest przekonany o tym, że stać go na lepsze życie. Nie mając jednak pomysłu na przebicie się przez kłęby szarości ówczesnej Polski, marnotrawi swój czas. Czasami obejrzy też Dynastię. I całe szczęście, bo to właśnie przy jej wspólnym oglądaniu z figlarną ciocią (Katarzyna Figura), wpadnie na pomysł pewnego ryzykowanego przedsięwzięcia.

    Zachęcony przez ciocię Zyga postanawia zająć się jumaniem, a więc kradzieżą dóbr z NRD. Za przyzwoleniem wszystkich ważniejszych osobistości swojego miasteczka zabiera z tamtejszych sklepów ile wlezie.Do bagażnika pakuje wszystko od A do Z. Potem ku uciesze rodaków sakramentalnie niemalże rozdaje zdobycze słowami "bierzcie z tego wszyscy". A oni biorą i są zadowoleni. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, komu to będzie przeszkadzać.

    Pulsująca żyłka biznesu u Zygi niezwykle niepokoi pewnego Rosjanina (Tomasz Kot), który w tamtejszej okolicy też chciałby popisać się swoimi zdolnościami przedsiębiorczymi. Grozi głównemu bohaterowi raz, czy dwa. Ten, choć przerażony, dalej robi swoje. A rozochocony sukcesami Zyga nie spocznie tylko i wyłącznie na jumaniu. Na groźbach się więc nie kończy.

    Po tak usilnym napompowaniu atmosfery przed premierą, miało się wrażenie, ze Yuma będzie kompletną klapą. Nie jest jednak. Jest solidnie skonstruowanym obrazem, który pokazuje "jak to kiedyś było". Można go nawet potraktować jako swoistą pamiątkę i zapis fabularny dla przyszłych pokoleń. Pisząc to jednak nachodzi mnie smutna refleksja o tym, że oglądając film Mularuka ma się wrażenie, że tak niewiele się w obrazie polskich miast zmieniło. To jednak kwestia dyskusyjna. Jak ta, czy nie lekką kompromitacją jest powołanie się reżysera na początku filmu na definicję "jumania" zaczerpniętą z Wikipedii. Możliwe też, że to z mojej strony tylko zwyczajne czepialstwo. Zawiodłam się też na innej rzeczy. Oglądając Yumę ma się bowiem wrażenie, że reżyser zbyt usilnie chciał zamieścić w fabule pewne watki. Wynika z tego wiele niedopowiedzeń, a szkoda. Główne role obrazu fantastycznie urzeczywistnione zarówno przez Gierszała, jak i Kota. Przekonująca, choć już widziana w podobnych rolach, Katarzyna Figura. Co z tego jednak, gdy najbardziej sympatyczną i kuriozalną wręcz postacią pozostaje grany przez Jakuba Kamieńskiego, Młot? Zobaczyć trzeba i samemu należy ocenić, bo opinie o Yumie są bardzo różne. Tak, czy inaczej - nie taki diabeł straszny, jak go malują.

niedziela, 9 września 2012

Frankie i Johnny

    "Frankie i Johnny byli zakochaną parą, a przynajmniej tak szła ta historia..." śpiewał wieki temu Sam Cooke. I choć piosenkowa miłość nie kończy się dobrze, a Frankie Johnnego zabija to jest jeszcze jej filmowa wersja. W niej losy zakochanych toczą się troszkę inaczej. Na całe szczęście! W 1991 roku Garry Marshall nakręcił przepiękny, lecz nieoczywisty romans. Frankie i Johnny jest obrazem, który wywołuje u współczesnego widza emocje, których skąpią nowoczesne produkcje.

    Frankie (Michelle Pfeiffer) pracuje jako kelnerka w jednej z nowojorskich knajpek. Do tej pory życie dało już dziewczynie nieźle popalić, więc do wszystkiego stara się podchodzić z rezerwą. Wydaje się być zadowolona ze swojej obecnej sytuacji, jednak w głębi serca marzy jeszcze o czerpaniu z życia garściami. Ale jak miałaby to zrobić skoro ono bezlitośnie formuje przeciwko niej swoje piąstki i nieźle boksuje? Frankie woli więc trzymać się na uboczu i obserwować. Pozwala rzeczom się dziać po prostu.

    Po spotkaniu Johnnego (Al Pacino) będzie musiała jednak zmienić swoją taktykę. Podstarzały, acz nad wyraz zadziorny Grek wyszedł właśnie z więzienia i został kucharzem restauracji, w której pracuje Frankie. Dziewczyna od razu wpada mu w oko. Johnny podejmuje więc pierwsze próby poskromienia złośnicy i jedna za drugą składa zakłopotanej Frankie propozycje randki. Choć bohaterka konsekwentnie odrzuca zaloty natręta to ostatecznie mu ulega. Zakochują się w sobie. Oczywiście niejednocześnie. Odczuwający niemiłosiernie upływający czas Johnny chce jak najszybciej sformalizować związek. Ona nie chce o tym słyszeć. A więc cały w tym ambaras, aby dwoje chciało naraz.

    Historia więc stara jak świat, a jednak nieubłaganie chwyta za serce. Film Frankie i Johnny trzeba zobaczyć nie tylko ze względu na młodziutką i przepiękną Michelle Pfeiffer, czy legendarnego Ala Pacino. Według mnie należy na niego spojrzeć pod tym samym kątem, co na niedawno opisywany obraz Kiedy Harry poznał Sally. Jest to film, który już się nie powtórzy. Dziś wydaje się królować zupełnie inne aktorstwo. To, co kiedyś było urzekająco teatralne w grze zawodowców teraz jest wypierane przez realizm i autentyczność. Wrażenia duchowe schodzą na dalszy plan, a ich miejsce zajmują doznania estetyczne. To, co było kiedyś uznawane za znakomite dziś jest już właściwie dla niektórych tylko przeżytkiem. Dlatego warto wracać do takich filmów jak Frankie i Johnny. Aby posłuchać pięknej historii, wczuć się i nie móc oderwać od tytułu do końca życia.

wtorek, 3 lipca 2012

Debiutanci

Debiutanci to hit Mike'a Millsa, który miał swoją światową premierę niecałe 2 lata temu. Od tego czasu usilnie próbowałam go odszukać i obejrzeć. Udało mi się to rok temu, a później nie mniej namiętnie go sobie odświeżałam. Świetny scenariusz i wybitna rola Christophera Plummera. W sam raz na wypełnienie pustki po wieczorach gorących od  kibicowania piłkarskim gwiazdom Euro 2012. 
Głównym bohaterem filmu jest Oliver (Ewan McGregor). Nieco zrezygnowany i posmutniały wiedzie  jednak spokojne, wolne od poważniejszych trosk życie. To jednak, uwielbia robić psikusy. W niedługim czasie bohater dowiaduje się, że jego ojciec (Christopher Plummer) jest gejem i poznaje jego beztroskiego kochanka. Kiedy zdąży się już do tego przyzwyczaić i oswoić z myślą, że musiał być przez cały czas bajecznie krótkowzroczny, w szpitalu informują go, że ten jest nieuleczalnie chory. Na poznawanie ojca czasu już nie ma. Gdzieś po drodze trafia na Annę (Melanie Laurent), która zafascynuje go swoją ekscentrycznością i pozwoli odkryć, że życie toczy się dalej. Że w jednym tempie w cieniu ludzi, w zgodzie spacerują ze sobą życie i śmierć, starość i młodość, miłość i osamotnienie. 
Oliver zaprasza widza do prześledzenia swojej słodko-gorzkiej historii, umiejętnie przeplatając wątki przeszłe z teraźniejszymi. Na swoim przykładzie pokaże, że po trzydziestce miłość się przydarza. Świeża i młodzieńcza, ale też wymagająca poświęceń i rozdzielania czasu między ważne i ważniejsze. Zaprosi do dzielenia się z nim naturalnymi dla każdego człowieka uczuciami. Przed każdym odsłoni swoje życie, dokładnie takim, jakie znamy lub z pewnością odnajdziemy.
Debiutanci to bardzo prosty i piękny film o życiu, lecz oczywiście w wersji amerykańskiej. Miłość będzie tutaj nieco przerysowna, bo dziejąca się w mig, a na dodatek po myśli obu stron. Celebrowanie ostatnich chwil życia i odchodzenie nie przypomni do bólu realistycznej śmierci Barbary z 33 scen z życia,  Szumowskiej. Mills postawił na relację z życia w wersji light. Sukces filmu podwoił bezbłędnie dobranymi McGregorem, Plummerem i Laurent. We wszystko da się tutaj uwierzyć i we wszystko można się wczuć. Bardzo dobry.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Jack goes boating

 Jack goes boating to reżyserski debiut nagradzanego wielokrotnie Philipa Seymoure'a Hoffmana. Swoją premierę miał dwa lata temu i już wtedy konsekwentnie podzielił widzów na tych, którzy się nim zachwycili i na tych, którzy znudzili się do tego stopnia, że ziewając w kilka chwil zapełnili dwutlenkiem węgla salę kinową po brzegi. Można było także przejść obok niego całkowicie obojętnie, zwyczajnie nie rozumiejąc fabuły i jej bohaterów. Śmiało można chyba powiedzieć, że debiut Hoffmana można wrzucić do jednego worka z Drzewem życia Mallicka. Absolutnie nie ze względu na tematykę, abstrakcyjność, czy trudność w przyswojeniu. To jeden z tych filmów, który znajduje się gdzieś pomiędzy. Jedni polecą go, bo podejdą do obrazu subiektywnie i odnajdą w nim część siebie oraz ujmującą szczerość i prawdę. Drudzy natomiast zawtórują, że flaki z olejem. Do wyboru, do koloru, a więc tylko dla ryzykantów.
 Jack goes boating  opowiada historię niemiłosiernie szybko starzejącego się Jacka (Philip Seymour Hoffman), któremu daleko do bycia ideałem. Choć ekscentryczny i nietypowy, nadal jeszcze nie zrezygnował z poszukiwania miłości swojego życia, którą marzy oczarować swoją aparycją i elokwencją. Tym bardziej żmudne i desperackie stają się jego starania, gdy oddani przyjaciele aranżują mu randkę. Przytłoczony bagażem opowiadań i porad podekscytowanego małżeństwa (John Ortiz oraz Daphne Rubin-Vega) na temat miłości i związków zaczyna się poważnie denerwować. W końcu nadchodzi jednak wieczór romantycznego randez-vous. Już po paru chwilach okazuje się, że sympatyczny bohater na próżno się obawiał, ponieważ trafił swój na swego. 
  Connie (Amy Ryan) jest bowiem równie zwariowana i dziwna niczym jej blond partner. Oboje szybko znajdują wspólny język (niekoniecznie mówiony) i zaczynają snuć mniej oraz bardziej poważne plany na przyszłość. Postanawiają zaangażować wszystkie swoje siły w zbudowanie związku, nie wiedząc początkowo nic o dynamice miłości i relacji z drugą osobą. Tym bardziej pokrętne stają się ich starania, gdy wicie miłosnego gniazdka przerwie poważny problem. Bohaterowie nie tylko będą musieli przekonać się o tym jak trudne jest budowanie więzi i jak męcząca jest gonitwa za udanym związkiem. Będą musieli wspólnie przezwyciężyć obawy przed pozostaniem w relacji, której najbardziej solidnym fundamentem okażą się pozory. A taki obraz nawiedzać ich będzie tak często, jak spotykać się będą w domu pary, dzięki której się poznali.


 Choć dwuminutowy zwiastun filmu bardzo zachęca i wręcz kusi, aby po niego sięgnąć to nie należy spodziewać się wielkiego odkrycia sezonu. Hoffman wprowadza nas bowiem w fabułę nieco mało odkrywczą, ale za to jak spokojną i solidnie skonstruowaną. To film, przy którym się wzruszymy, zaśmiejemy, no i może ukradkiem przeciągle ziewniemy. Wywoła w nas ciepłe uczucia, ale nie na tyle, aby umieścić go na półce obok pozycji ulubionych. Jack goes boating znajduje się gdzieś pomiędzy, czyli jest z gatunku tych filmów, o których wprost mówi się, że "ni ziębi, ni grzeje". Ale moim zdaniem ma się na tej pozycji całkiem nieźle. Salwy śmiechu wywołuje scena kolacji, którą uroczy Jack przygotował dla swojej wybranki. Bezbłędna w swojej absurdalności!

czwartek, 7 czerwca 2012

Elizabethtown


To jeden z najprzyjemniejszych filmów jakie widziałam. I choć nazwisko Orlando Blooma, który został obsadzony w Elizabethtown w głównej roli, może z początku odstraszyć to jednak warto sięgnąć po ten film. Klasyczna komedia romantyczna Camerona Crowe'a pozwala na chwilę zrelaksować się i odpocząć. Ten, kto z zapałem śledzi setne powtórki takich hitów jak Zatańcz ze mną, czy Polowanie na druhny na pewno się nie zawiedzie.




Drew (Orlando Bloom) został właśnie zwolniony z pracy przez swojego szefa (Alec Baldwin). W trybie natychmiastowym, bo jego innowacyjny projekt przyprawił firmę o nie lada kłopoty finansowe. Chwilę później rzuca go dziewczyna (Jessica Biel). Załamany chłopak nie wie co ma dalej począć i to właśnie wtedy zaczynają rodzić się jego najgłupsze pomysły. Realizowanie jednego z nich przerywa telefon od siostry. Drew dowiaduje się właśnie, że odszedł jego ojciec i musi zająć się zorganizowaniem pogrzebu. Cóż, planowane na ten wieczór samobójstwo będzie musiał odłożyć na inny termin.




Główny bohater wyrusza na dniach w przeciwną podróż, której celem jest dotarcie do Elizabethtown. To w tym prowincjonalnym miasteczku mieszka poróżniona z matką Drew (Susan Sarandon) rodzina ojca. Kiedy dociera tam w pocie czoła po stoczeniu nierównej walki z drogą 60 B jest przerażony. Po raz pierwszy widzi bowiem tamtejszych krewnych, którzy konsekwentnie zaduszają go swoją gościnnością i wspominkami. Na domiar złego matka z siostrą praktycznie co chwilę wydzwaniają do nieszczęśnika i informują go na bieżąco o postępującym szaleństwie tej pierwszej. Jedyne, czego pragnie zagubiony Drew to ucieczka przed całym zamieszaniem. Staje się to możliwe dzięki pogodnej stewardesie (Kirsten Dunst), którą Drew poznał podczas lotu samolotem. To dzięki niej uda się mu przeżyć najdziwniejsze i najbardziej intensywne momenty swojego życia, których szalony bieg zakończy sentymentalna podróż z ojcem sam na sam.



Elizabethtown to ciepła i pogodna historia, którą doceni każdy, kto choć trochę lubuje się w komediach romantycznych. Reżyser umiejętnie miesza wątki komediowe z dramatycznymi tak, aby całość smakowała na tyle lekko i przyjemnie, że widz umieści ją wśród przepisów wypróbowanych na każdą okazję. Film jest bezpretensjonalną wariacją na temat skomplikowanych relacji rodzinnych i odnajdywania miłości w najmniej odpowiednich momentach. Crowe'owi udaje się stworzyć dobry, wielowątkowy obraz, który nie odstrasza przesadyzmem i infantylnością. Zachęca ścieżką dźwiękową. Taki ot, na rozweselenie i poprawę nastroju.
 


sobota, 26 maja 2012

Pół na pół

 Reżyser Jonathan Levine proponuje historię z nieuleczalną chorobą w tle. O nie, nie - powiemy i czym prędzej zaczniemy szukać czegoś pogodniejszego i o wiele bardziej optymistycznego, bo temat jest skrajnie wyświechtany i niewdzięczny. Warto jednak chwilę zaczekać i poświęcić kilka minut na obejrzenie zwiastunu Pół na pół. Ryzykantów film zaskoczy na pewno. Bo jakie obrazy mogą być lepsze od tych, których inspiracją było życie?
 Adam (Joseph Gordon - Lewitt) jest młodym chłopakiem, dla którego wszystkie drzwi zdają się stać otworem. Pomieszkuje beztrosko w niebrzydkim apartamencie na przedmieściach, spędzając czas ze swoim najlepszym przyjacielem. Zapełniony czas dzieli konsekwentnie pomiędzy Kyle'a (Seth Rogen) i piękną dziewczynę, Rachel (Bryce Dallas Howard). Jego rodzinna historia nie skrywa żadnych nieprzyjemnych tajemnic, a bohater nie posiada drażniących nawyków, z którymi nie jest sobie w stanie poradzić przez cały film. Jest zdrowy, młody i w pełni sił. Ale czy na pewno? Niewdzięczne badania wykrywają u Adama raka kręgosłupa.
 

 Od tego czasu fabuła filmu zaczyna opierać się na założeniach koncepcji 5 etapów umierania. Adam kolejno zaczyna przechodzić przez nie wszystkie, do końca sobie tego nie uświadamiając. Postanawia, że swoje życie będzie prowadził tak, jak miał to dotychczas w zwyczaju. Niespodziewanie jednak rzuca go dziewczyna, w dobrej wierze zwalniają go z pracy, a mama chłopaka (Anjelica Huston) desperacko próbuje zamieszkać z nim na stałe. Szczęście w połowie uśmiecha się do niego, gdy dostaje receptę na leczniczą marihuanę. W kolejnej części wtedy, kiedy na jego drodze pojawia się początkująca psychoterapeutka. Na warcie pozostaje także niezastąpiony Kyle, który dzielnie pomaga Adamowi poradzić sobie z chorobą. W swoim przyborniku bohatera ma obleśne żarty i maszynkę do golenia. Zestaw gwarantuje sukces. 
 Pół na pół umiejętnie balansuje na krawędzi komedii i dramatu. Widz w żadnym momencie nie powinien odczuć przesady, kiedy fabuła przechyla się na jedną, bądź drugą stronę. Być może, że fakt ten powoduje oparcie scenariusza na prawdziwej historii, której doświadczył twórca filmu, Will Reiser. Pół na pół w doskonały sposób odświeża tematykę, która w takich filmach jak Szkoła uczuć zwyczajnie odrzuca. Wypada go bardziej porównywać ze wspaniałym Choć goni nas czas, Roba Reinera. Znakomita historia opowiedziana bez zbędnego patosu.

piątek, 11 maja 2012

The Pill

 Co może być lepszego od lekkiej i przyjemnej komedii w duszny majowy wieczór? Na pewno można wymienić sto takich rzeczy, jeśli tylko ktoś się uprze. Ale spędzenie tej pory dnia na obejrzeniu The Pill na pewno nie będzie czasem zmarnowanym. To lekka i przyjemna propozycja, chociaż nie zaszczyci nas plejadą najsłynniejszych gwiazd. Będą za to błyskotliwe zwroty, ciekawa fabuła, która choć może w pewnym momencie nużąca, to jednak nie pozwoli nam odejść od ekranu zanim się wszystko nie wyjaśni. 
 Mindy (Rachel Boston) jest zwyczajną dziewczyną. Czasami może zbyt bardzo się unosi i jest nad wyraz rozemocjonowana, ale czy to coś dziwnego? Przecież znamy to z autopsji. Tym bardziej, że pewnej nocy poznaje chłopaka, który bardzo się jej spodobał. Zaprasza go do siebie i ma nadzieję na spędzenie nocy z tajemniczym kawalerem. Po wspólnym wypiciu kilku kieliszków i uraczeniu siebie nawzajem drobnymi kłamstewkami dochodzi do upragnionych przez Mindy uniesień. Trzeba będzie się zacząć powoli obawiać następnego dnia. Ale to uroczej bohaterki nie dotyczy.
 Przerażające olśnienie spływa nad ranem na Freda (Noah Bean). Lekkoduch z wielkim trudem stara sobie przypomnieć miłosne ekscesy zeszłej nocy i dochodzi do wniosku, że powinien zacząć się obawiać. Tym bardziej, że założył z góry, że sytuacje ma pod kontrolą. Okazuje się, że jego wybryki mogą fatalnie wpłynąć nie tylko na Mindy, ale również na... jego dziewczynę. Zdesperowany podejmuje próbę nakłonienia głównej bohaterki do wzięcia zbawiennej tabletki, która przywróci sytuację do pionu. Wszystko to udaje się i Fred może wreszcie odetchnąć z ulgą. No może nie do końca, bo tabletek trzeba wziąć dwie. 
 Fred wyrusza na poszukiwania Mindy i stara się przekonać ją podstępem do wzięcia drugiej dawki specyfiku. Udaje zauroczenie dziewczyną, która naiwnie wierzy mu i wprowadza go w ciągu jednego dnia w zakamarki swojego małego świata. Fred zdąży poznać rodziców Mindy, pomóc jej w przeprowadzce i oczywiście pokłócić tysiące razy z rozdygotaną dziewczyną. Widz będzie się miał przekonać, czy przekomiczna gra, którą prowadzi ma szansę spodobać mu się na tyle, że nie będzie chciał jej przerywać?
 J.C. Khoury proponuje zabawną i prostą historię, którą trudno będzie widzowi przerwać przed finałem. Choć może czasami znudzić swoją przewidywalnością to potrafi jednak przetrzymać w napięciu dzięki błyskotliwym dialogom i komicznym zwrotom sytuacji. Ogląda się lekko i przyjemnie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...