Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Historie kuchenne

Źródło: www.merlin.pl
   Majówka i towarzysząca jej piękna pogoda zdecydowanie nie wpływa na nas motywująco, aby wybrać się do ciemnej i klimatyzowanej sali kinowej. Zamiast tego wolimy spacery, baseny, wycieczki, biwaki, joggingi, przysiady, grille i ekosałatki! A gdyby tak przy okazji tego całego świętowania na świeżym powietrzu rozwiesić między drzewami prześcieradło, ustawić na wprost niego pożyczony od dziadków projektor i wybrać film, który sprawi, że jeszcze bardziej rozpłyniemy się w tych letnich i dusznych wieczorach? No w maju jak w gaju!

   Doskonałym wyborem na taki powolny i dosyć senny już wieczór stanie się film Benta Hamera Historie kuchenne. Opowiada on o nieco dziwnym i ekscentrycznym projekcie szwedzkiego autorstwa, którego konwencją postanowił pobawić się reżyser. W Historiach kuchennych poprowadził badania szwedzkiego Instytutu Badań Domowych nieco innym torem. Zastanowił się co stałoby się gdyby przedmiotem badań stały się nie wprawne gospodynie domowe a wstydliwi kawalerowie.
Pomysł na swój film Hamer zaczerpnął z książki "My i nasze domy", w której znajdował się artykuł o szwedzkim Instytucie Badań Domowych. W latach pięćdziesiątych Instytut ten przeprowadził studia nad kuchnią jako miejscem pracy. Celem badań było zoptymalizowanie codziennych czynności domowych i zwiększenie ich efektywności.
                                                                                                                                       - Filmweb.pl

   Tamtejszy Instytut wysyła zatem swoich naukowców do oddalonego o moc kilometrów norweskiego dystryktu, aby zbadali oni zwyczaje kuchenne tamtejszych kawalerów. Zaciekawieni odmieńcami panowie siadają za dnia na zbliżonych konstrukcją do krzeseł reżyserskich, szalenie wysokich wynalazkach i stamtąd obserwują poczynania samotnych domowników. Uzbrojeni w notesy, rejestrują ich każdy pojedynczy ruch. Nie jest to wcale jednak takie proste zadanie, gdyż naukowcy w żaden sposób nie mogą kontaktować się ze swoimi gospodarzami. Noce spędzają w rozlokowanej niedaleko domu, dziwacznie wyglądającej jak damska torebka przyczepie i tym samym także zdani są sami na siebie. Po jakimś czasie pobytu krępująca cisza zaczyna obu stronom jednak już bardzo przeszkadzać. Najbardziej zwiążą się ze sobą Folke (Tomas Norström) i Isak (Joachim Calmeyer). 


Isak i Folke (www.filmweb.pl)
   Gdy zdecydowałam się w końcu zabrać za Historie kuchenne nie wiedziałam tak naprawdę, czego miałabym się spodziewać. Czy fabularnego dokumentu, dramatu, czy może komedii. Po obejrzeniu filmu niewiele się rozjaśniło. Jestem jednak pewna tego, że Historie kuchenne to film obyczajowy,  urokliwy, w nieoczywisty sposób roztkliwiający i delikatny. Choć dosyć ciężki w odbiorze i z początku absolutnie nieprzekonujący, nie zatrzymuje nas przed zajściem w głowę - o co tutaj właściwie chodzi? Bohaterowie filmu są zabójczo inni od tych, do których przyzwyczaiło nas kino amerykańskie. Są oszczędni w słowach i gestach, odrobinę nieporadni i wstydliwi. Z każdą minutą filmu kradną jednak nasze serca. Komizm filmu nie opiera się w tym przypadku na przehisteryzowanych dialogach, czy śmieszności fizycznej bohaterów. Rozśmieszają nas za to drobniutkie szczególiki i dziwactwa domu, w którym dzieją się Historie. Bent Hamer przyczynił się do pokazania czegoś innego - zarówno w sensie estetycznym, jak i tematycznie. Film stał się perełką, której nie powinniśmy przegapić jeśli kochamy minimalizm, oszczędność, czyli słowem - kino skandynawskie. 

Historie kuchenne, Salmer fra kjøkkenet
Norwegia, Szwecja, 2003, 95'
reż. Bent Hamer, scen. Bent Hamer, Jörgen Bergmark, zdj. Philip Øgaard, muz. Hans Mathisen, prod. Jörgen Bergmark, Bent Hamer, dystr. Gutek Film, wyst. Joachim Calmeyer, Tomas Norström, Bjorn Floberg, Sverre Anker Ousdal, Leif Andrée.

Najlepszy kinowy film norweski/ Ben Hamer/ Amanda 2003

wtorek, 12 marca 2013

Dzień Kobiet

www.jazzsoul.pl
   Dzień kobiet na Dzień Kobiet - najprzyjemniejsze zaskoczenie, jakie mnie tego dnia spotkało! Słynąca z kariery wokalnej Maria Sadowska zaplanowała premierę swojego reżyserskiego debiutu właśnie na 8 marca i skusiła widzów do kina ciekawą historią, która zainspirowana była prawdziwymi wydarzeniami. Choć przed zobaczeniem filmu miałam mnóstwo obaw, rozwiały się one w ciągu kilkunastu pierwszych minut, gdy na ekranie wparowała Katarzyna Kwiatkowska. Nie powiem tutaj jednak, że to western, jak trąbią plakaty. Nie porównam także bohaterki Dnia kobiet do "polskiej Erin Brokovich". To zupełnie bez sensu, bo to tylko zbędne i nie do końca zrozumiałe uproszczenia.
  
 "Ta historia wydarzyła się naprawdę - mówi w "Klubie Trójki" Maria Sadowska - W Polsce jedna kobieta zapoczątkowała serię procesów sądowych, pokazała, że jedna osoba może coś zmienić, dzięki niej prawo pracy zaczęło być przestrzegane."

   Dzień kobiet opowiada historię Haliny Radwan, pracownicy sieci handlowej Motylek. Kobieta właśnie dostała awans i jak to zwykle w Polsce bywa przysporzyła sobie tym samym paru wrogów. Od czasu, gdy zaczęła nową pracę wyraźnie zaczęło być widoczne, że jej koleżanki podzieliły się na obozy. Jedne stanęłyby za Haliną murem, a drugie przyczyniłyby się do strącenia jej ze stołka kierownika sklepu. Nie przejmując się tym jednak, kobieta sumiennie wypełnia obowiązki i darzy swojego przełożonego zaufaniem w kwestii przydzielania zadań. Choć kilkakrotnie przejdzie jej przez myśl, że dane działanie jest niekoleżeńskie, a nawet nieetyczne, nie odważy się postawić. Na domiar złego jeszcze się w draniu zakocha.

K. Kwiatkowska jako H. Radwan (www.wyborcza.pl)
   Do zmiany zdania na temat polityki firmy skłoni Halinę seria bardzo niefortunnych zdarzeń. Nie mogąc znieść już więcej ciężaru odpowiedzialności, druzgocących oskarżeń i wyrzutów sumienia, bohaterka postanawia iść z Motylkiem na wojnę. Problem jednak w tym, że otaczające z początku Halinę przyjaciółki, teraz nie chcą mieć z nią niczego wspólnego.

   Dzień Kobiet jest naprawdę dobrym filmem. Jest niezwykle emocjonalny. Patrząc na zmagania głównej bohaterki stawiamy przed sobą w pewnym momencie pytanie - jakim sposobem ona się jeszcze w ogóle trzyma? Pomimo tego, iż wiemy, że to jedynie filmowa fikcja, porównujemy problemy Haliny ze swoimi. W moim przypadku wypadło to naprawdę blado. Postaci Halinki wprost nie można nie polubić - jest niezwykle prawdziwa w swojej naiwności i nieporadności w kierowaniu zespołem pracowników. Choć doskonale wiemy, że medal ma zawsze dwie strony i Halina nie jest bez winy, żałujemy jej i współczujemy. Gorąco kibicujemy, aby to się wreszcie wszystko skończyło! Katarzyna Kwiatkowska wykonała zatem tytaniczną pracę i w wywiadach sama podkreśla, że wejście w tak dramatyczną rolę pozwoliło jej w końcu oderwać łatkę "naczelnej śmieszki polskiej". W filmie warto zwrócić także uwagę na bezbłędnego Eryka Lubosa w roli szefa Haliny. Jego życiowe creda wprost kładą na łopatki.

   Jako przeciętny widz, nie mam Dniu Kobiet absolutnie nic do zarzucenia, choć nagromadzenie Halinkowych problemów w pewnym momencie wydaje się wprost abstrakcyjne. Jak jednak zauważyłam, ma to i swoje dobre strony. Bynajmniej obraz nie kojarzy mi się jednak z westernem. I po raz któryś pomstuję, z jakiego powodu mówimy znów, że ktoś lub coś jest polskim odpowiednikiem czegoś amerykańskiego! Uproszczenia uproszeniami, a marketing marketingiem, oczywiście. Ja uważam jednak niezmiennie, że polsko-amerykańska skala filmowa nie istnieje. Jest to absolutnie nieporównywalne. Nie te progi, nie ta technika, gra, kompozycja - wszystko inne. Polskie naprawdę nie znaczy złe i potrafi się samo obronić.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Poradnik pozytywnego myślenia

Źródło: www.showbizcafe.com
    Nietrudno zauważyć, że wieczorne sesje filmowe są o wiele przyjemniejsze niż sesja na uczelni, ale jak to mówią - mus to mus i samo się nie zda. A zatem skoro sesję większość z nas ma już za sobą, a sezon rozdawania filmowych nagród rozpoczął się na dobre, wypadałoby zaplanować kolejne zimowe wieczory i wyskoczyć do kina. A nowości teraz nie brakuje. Wśród nich zdecydowanie wyróżnia się Poradnik pozytywnego myślenia w reżyserii Davida O. Russell'a (2012). Praktycznie wszystkie główne role filmu zostały wyróżnione przez Akademię (R. De Niro, B. Cooper, J. Weaver) i obraz ma całkiem spore szanse na zdobycie kilku Oscarów. Choć czarnym koniem w wyścigu pozostaje dla użytkowników Filmwebu Django (reż. Q. Tarantino, 2012), Poradnik pozytywnego myślenia nie znalazł się w pierwszej piątce najlepszych filmów roku bez powodu. Został już dotąd doceniony podczas ceremonii Złotych Globów (wyróżnienie dla Jennifer Lawrence) i na wczorajszej imprezie BAFTA (nagroda za najlepszy scenariusz adaptowany, wyróżnienie dla najlepszych aktorów pierwszoplanowych - B. Coopera i J. Lawrence). O co zatem tyle szumu?

    Pat Solitano (Bradley Cooper) wpadł w tarapaty bijąc prawie do śmierci mężczyznę, którego kilka chwil wcześniej zobaczył pod prysznicem ze swoją żoną. Rzecz oczywista, każdy mógłby tak zareagować. U Pat'a zdiagnozowano jednak zaburzenia dwubiegunowe, przez które ze stanu pełnego zadowolenia płynnie przechodził ku niepohamowanej agresji. Żona bohatera (Brea Bee) prędko zrozumiała jakim błędem było wzięcie z nim ślubu i zerwała z Pat'em wszelki kontakt, podczas gdy on po wyjściu ze szpitala postawił sobie za punkt honoru odzyskanie ukochanej. Grunt to spotkać się wpół drogi.

J. Lawrence (www.totalfilm.com)
   Zmobilizowany i pełen wiary w swoje możliwości Pat, wraca więc do domu i kreśli w wyobraźni plany zdobycia Nikki. Wszyscy oprócz niego wiedzą, że wysiłki pójdą na marne. W grę nie wchodzi jednak posługiwanie się logicznymi argumentami. Ojciec (Robert de Niro) stara się z uporem maniaka nakłonić syna do spędzania z nim czasu przed telewizorem, gdyż wierzy, że jego obecność gwarantuje zdobycie tytułu przez jego ukochaną drużynę futbolową. Matka Pat'a (Jacki Weaver) próbuje w tym samym czasie ostudzić zapały syna każdym sposobem jaki przyjdzie jej do głowy. Przyjaciel bohatera, Ronnie (John Ortiz) wraz ze swoją żoną (Julia Stiles) zarzucają go swoimi problemami, byleby tylko ten nie myślał o Nikki. Wszystko jednak idzie na marne do czasu, gdy Pat spotka Tiffany (Jennifer Lawrence).

   Mawiają bowiem, że swój zawsze pozna swego i na przykładzie tych dwojga bohaterów nie można się wiele pomylić wypowiadając to zdanie. Okazuje się prędko, ze szalona bohaterka tak samo jak Pat odbiera wszystkie zewnętrzne sygnały poza głównymi falami nadawania i postanawia pomóc nieszczęśnikowi w odzyskaniu żony. Na zasadzie sprawiedliwej wymiany oferuje Patrickowi doręczenie miłosnego listu do Nikki w zamian za partnerowanie jej w konkursie tanecznym. Zachowanie szalonej kobiety, ot co. Gorzej gdy okaże się jednak, że jest to w dodatku akt kobiety zakochanej.

B. Cooper. R de Niro (www.m-edia.me)
    O Poradniku pozytywnego myślenia mówi się w mediach wiele dobrych rzeczy. Został wspaniale przyjęty przez krytyków, którzy zachwycają się rolą Jennifer Lawrence i zgodnie twierdzą, że ten film pozwolił Bradley'owi Cooper'owi rozwinąć skrzydła. Wiele wspomina się także o powrocie do formy Roberta de Niro, który za rolę ojca Patricka został w tym roku nominowany do Oscara, będąc dotychczas konsekwentnie pomijanym w podsumowaniach Akademii. Mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła Jennifer Lawrence, po której szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się wiele. Jest niezwykle przekonująca, histerycznie zabawna i pełna wdzięku. Jej karierę na pewno warto będzie nadal śledzić. O głównej roli męskiej Cooper'a można by rozwodzić się wiele, wymieniać plusy i minusy, a ja i tak w ostatecznym rozrachunku widzę go jako weterana bromansu, choć w Poradniku pozytywnego myślenia pokazuje się od lepszej, być może, że nawet i pełniejszej strony. Ujmując całościowo popisy aktorskie filmu, na pewno można być zadowolonym, gdyż wśród bohaterów Poradnika... nie znajdzie się nikt normalny, a zatem cała obsada poczyniła wielkie wysiłki, aby odnaleźć klucz do swoich postaci. Film Russella od początku jest dla widza tykającą bombą-niespodzianką, którą na przekór i z ciekawości jednocześnie, trzyma się w rękach dopóki nie wybuchnie. Jest zabawnie i bardzo emocjonalnie, a po napisach końcowych nachodzi refleksja o tym, że Poradnik... to nieoczywista oczywistość, o którą dziś w kinie rzadko. Na pewno warto zobaczyć!

wtorek, 22 stycznia 2013

Hitchcock

Źródło: www.eu.movieposter.com
    Mówi się, że za sukcesem każdego mężczyzny zawsze stoi jakaś kobieta i właściwie historia widziała już wiele przypadków potwierdzających trafności tej tezy. Pech sprawia niekiedy, że równie (lub może nawet bardziej) utalentowane Katarzyny, czy Marysie pozostają dla nas anonimowe, bo blaski świateł kieruje się tylko i wyłącznie na gorące nazwisko sezonu. Jednocześnie sławni mężowie zazwyczaj nie pokwapią się o jakiekolwiek słowa podziękowania, czy gesty wdzięczności. Łaskawie za to udzielą pozwolenia na wycieczkę z kartą kredytową do galerii, zaproszą na kolację, a niektórzy  pozwolą ewentualnie pozować ze sobą do zdjęcia w znanym żurnalu. No luksus. Ale jak to zwykle bywa, wyjątki się zdarzają. I całe szczęście, bo dzięki temu Sasha Gervasi mógł nakręcić do Hitchcocka (2012) dobre zakończenie!

    W najużyteczniejszej encyklopedii naszych czasów, Wikipedii, możemy odnaleźć hasło Alma Reville. Urodzona w 1899 r. Brytyjka, zasłużyła sobie na tę wzmiankę będąc niezwykle utalentowaną scenarzystką oraz edytorką tekstów. Jej rękę widać było w ponad 20 scenariuszach filmowych, lecz to nie te osiągnięcia życiowe są w tej historii tak bardzo ważne. Pani Reville była asystentką reżysera, którą nietrudno jest po obejrzeniu filmu Gervasiego skojarzyć z postacią Alfreda Hitchocka. Okazuje się, że zdanie Lady Hitchcock, słynny reżyser cenił najbardziej, a gdyby nie jej szlify nad scenariuszem Psychozy (reż. A. Hitchcock, 1960), cały projekt przepadłby bezpowrotnie. To właśnie ta kobiety zadecydowała o tym, jak Janet Leigh zginie pod prysznicem przy dźwiękach tak zatrważająco charakterystycznych, że rozpoznawalnych po dzień dzisiejszy nawet wśród najmłodszych widzów.

A. i A. Hitchock (heysiralfredwtfareyoudoing.tumblr.com)
    Właśnie o roli Almy Reville w życiu i twórczości Alfreda Hitchocka opowiada najnowszy film Gervasiego, Hitchock. Możemy się spodziwać, że 2013 rok upłynie na skojarzeniach właśnie z tym reżyserem, gdyż oprócz tego filmu (polska premiera przewidziana jest na marzec) będziemy mieli także okazję oglądać najnowszy obraz HBO The Girl, w którym państwo Hitchcock znów zwrócą się do nas z ekranu. Fanom wielkiego reżysera nie powinien także umknąć uwadze fakt, że nie tak dawno Zawrót głowy (reż. A. Hitchcock, 1958) zajął długo okupowane przez Obywatela Kane'a (reż. O. Welles, 1941) pierwsze miejsce na Sight & Sound, brytyjskiej liście największych przebojów filmowych wszechczasów.

    Wracając jednak do fabuły Hitchcocka, przenosimy się w rok 1959. Alfred (Anthony Hopkins) odnalazł właśnie niezwykle kontrowersyjną inspirację do swojego najnowszego filmu. Jest pomysł, zdeterminowanie, wiara w sukces, a zatem nie widać przeszkód na drodze do potwierdzenia swojej pozycji w Hollywood. A jednak. Jedna z największych wytwórni filmowych, Paramount Pictures, nie chce zgodzić się na firmowanie Psychozy swoim znakiem. Po długich debatach nad kontraktem, przedstawiciele firmy zgadzają się jednak na dystrybucję filmu, lecz pod warunkiem, że pan Hitchcock pokryje cały budżet z własnej kieszeni. Kiedy jego żona, Alma (Helen Mirren) dowiaduje się o tej intratnej umowie, w głowie kobiety pojawiają się najciemniejsze scenariusze. Jak zwykle jednak zaciska zęby i decyduje się wspierać męża w jego nowym przedsięwzięciu. Pech jednak chce, że Hitchcock uczynił już tradycją poszukiwania idealnej blondyneczki do swoich filmów i tym razem szaleńczo zafascynował się młodą Janet Leigh (Scarlett Johansson). Małżeństwo słynnej pary zostaje wystawione na próbę, w której cierpliwość staje się stawką o wiele cenniejszą niż finansowe przetrwanie Hitchcocków.

A. Hopkins i H. Mirren (articles.latimes.com)
   Najnowszy film Sashy Gervasiego jest wybornym filmem dla tych, którzy przepadają za twórczością Alfreda Hitchcocka. Pozostaje jednocześnie niemałą gratką dla tych, którzy niezmiennie pozostają pod urokiem niesamowitych - Anthony'ego Hopkinsa i Helen Mirren. I choć niewiele potrafię w tym przypadku powiedzieć o zgodności filmu z faktami, to umiem jednak stwierdzić, że przez Hitchcocka rezerwuję sobie po sesji czas na przeczytanie książki Pat Hitchcock O'Connell (córki państwa Hitchcock) The Woman Behind The Man. Film Gervasiego jest niezwykle ciekawy, wciągający i lekki w odbiorze. Nie taka bowiem biografia straszna, jak ją malują! 

czwartek, 3 stycznia 2013

Pociąg do Darjeeling

Źródło: www.wesanderson.wikia.com
    Zaczyna się od ulubionego smoczka, a później misia i lalki. Gdy podrastamy, potrafimy powiedzieć jaki przedmiot szkolny najbardziej przypada nam gustu i w co najczęściej lubimy się bawić. Potem przychodzi pora na ulubione postaci. Wyliczamy bajkowych bohaterów, muzyków, sportowców, w końcu i reżyserów. I o ile z tymi wcześniejszymi faworytami nie miałam nigdy problemu, tak do tego ostatniego rodzaju podchodziłam bardzo sceptycznie. Ale stało się. Wpadłam jak śliwka w kompot i zakochałam się w Wesie Andersonie, który urzekł mnie ostatnio oglądanym Pociągiem do Darjeeling.

    Za scenariusz do filmu odpowiedzialny jest nie tylko sam reżyser,  ale i Jason Schwartzman (odtwórca roli Jacka L. Whitmana) oraz Roman Coppola.  Wspólnie postanowili, że historia, którą stworzą będzie do granic możliwości odzwierciedlała ich życie. Trzej panowie udali się zatem w podróż do Indii i czerpiąc ze swoich doświadczeń powoli zaczęli komponować niepowtarzalny i bardzo osobisty scenariusz. Właściwie wszystko, co przydarza się filmowym braciom Whitman, oprócz kupna śmiertelnie jadowitego węża, spotkało bezpośrednio któregoś z twórców. A jeśli nawet nie przed napisaniem scenariusza to w trakcie pracy nad nim, bo Schwartzman, Anderson i Coppola zdecydowali się na bieżąco wchodzić w role szalonych braci i testować wszystkie pomysły na sobie. Deklaracje autorów scenariusza sprowokowały pytania o duchową przemianę, którą mogła wywołać potencjalnie w ich życiu podróż do Indii. Anderson przyznaje,że choć nie doznał oświecenia, którego uporczywie poszukują bohaterowie jego filmu, nie jest w stanie pomyśleć o podobnej wyprawie, która w większy sposób wpłynęłaby na jego życie.

Anderson, Schwartzman i Coppola (www.blogs.indiewire.com)
   Zatem w pociągu do Darjeeling spotykają się trzej bracia. Francis (Owen Wilson), Peter (Adrien Brody) oraz Jack L. Whitman (Jason Schwartzman). Całą tajemniczą podróż organizuje ten pierwszy. Ma nadzieję na to, że w trakcie pobytu w Indiach bracia zbliżą się do siebie i odnowią porzucone niegdyś niedbale więzi. Nie wyjawia jednak prawdziwego celu ich wyprawy, bo wie, że z zaufaniem wobec siebie wszyscy trzej są na bakier. Tego samego zdania są pozostali dwaj bracia, którzy w obawie przed reprymendami najstarszego, wyjawiają sobie osobiste sekrety, prosząc tym samym o dyskrecję swojego spowiednika. Na próżno jednak oczywiście. Na jaw wychodzi coraz więcej skrywanych uraz, które trudno jest przedyskutować na spokojnie. Ostatecznie Whitmanowie robią w pociągu taki rajwach, że z hukiem wylatują z niego na najbliższej stacji. W tym czasie dostrzegają, że warto byłoby się w końcu dogadać, choć przygody, które ich spotykają, nie sprzyjają pojednaniu. Oprócz jednej, bardzo znaczącej.

Plakat Hotelu Chevalier (shakinghandsmedia.blogspot.com)
    Mający swoją premierę we wrześniu 2007 r. film Andersona nie przypadł do gustu wszystkim gościom 64- go festiwalu filmowego w Wenecji. Krytycy zarzucili reżyserowi, że jest nieoryginalny w porównaniu z innymi propozycjami z dorobku. Sam Anderson zauważył, że taka interpretacja jest dopuszczalna, a on sam nie będzie jej negował. Za najważniejszy motyw filmu uznał Indie, a dopatrywanie się związków z pozostałymi jego dziełami wskazał jako bezcelowe, gdyż nie stanowią swojego uzupełnienia, czy tym bardziej kontynuacji. Przynajmniej w początkowym zamierzeniu. Jednak jeżeli ktoś koniecznie pragnie się doszukać powiązań z innymi filmami to zanim wsiądzie do pociągu do Darjeeling, Anderson zaprasza go do pokoju Hotelu Chevalier, w którym w niedwuznacznej sytuacji odnajdzie Jacka i jego byłą dziewczynę (Natalie Portman). Ten krótkometrażowy film można potraktować jako prolog do Pociągu do Darjeeling. Jest przejmujący, lecz oczywiście nieco dziwny.

   Pociąg do Darjeeling na pewno nie jest dla każdego. Ręczę jednak za to, że jeśli choć jeden film Andersona przypadnie komuś do gustu to będzie to miłość od pierwszego wejrzenia. W prędkim czasie pochłonie się cały dorobek reżysera i z wypiekami na twarzy będzie się czekało na więcej. Pociąg do Darjeeling jest pomysłem bardzo oryginalnym i utrzymanym w przeuroczym, cudacznym klimacie. Jest zabawny, lecz w bardzo specyficzny, właściwy dla reżysera sposób. To film, który z pewnością miło się wspomina i dobrze jest do niego wrócić w pochmurny, nieprzyjemny dzień, gdyż absolutnie pozytywnie nastraja do życia.

wtorek, 11 grudnia 2012

Niebo w gębie

Źródło: www.film.wp.pl
    Do obejrzenia filmu Christiana Vincenta Niebo w gębie (2012) zachęcił mnie artykuł w jednym z naszych miesięczników. Obraz został określony jako nieprzyzwoicie apetyczny, więc od razu pomyślałam, że najpierw trafi w moje filmowe gusta, a później sprowokuje do pochłonięcia pięknie wyglądającej i przepysznej kolacji. Sprawdziło się wyłącznie założenie numer dwa. Scenariusz Nieba w gębie zainspirowany został postacią Daniele Mazet-Delpeuch, która za kadencji François Mitteranda została szefową kuchni prezydenta w Pałacu Elizejskim. Nie na długo jednak i to właśnie na tym okresie skupia się znaczna część fabuły. Jest bardzo smacznie, lecz nieco zbyt poważnie.

    Główną bohaterką Nieba w gębie jest Hortense Laborie (Catherine Frot). Koleje losu zdolnej kucharki mamy szansę obserwować z dwóch perspektyw czasowych. We wcześniejszej z nich, Hortense właśnie dostaje propozycję objęcia posady kucharki, w posesji jednego z wyższych urzędników francuskich. Dopiero po przyjeździe do Paryża dowiaduje się, że jej nowym miejscem pracy będzie Pałac Elizejski, a tajemniczą personą jest nie kto inny, jak sam prezydent Francji (Jean d'Ormesson). Nieco oszołomiona tymi wiadomościami Hortense, od początku waha się objąć oferowane jej stanowisko. Podejmuje jednak ryzyko i od tego czasu wraz z zamiłowanym w swoim fachu młodym cukiernikiem, Nicolasem (Arthur Dupont), prowadzić będzie prywatną kuchnię Francois Mitteranda. Z wielkim powodzeniem w dodatku. Pech jednak chce, że nie wszyscy pracownicy Pałacu są zadowoleni z szefowania Hortense. Kobieta przez długi czas pragnie przezwyciężyć niesprzyjającą atmosferę pracy i nie tracić radości z gotowania najwspanialszych portaw, jakimi Francja może się pochwalić.Widz ma szansę jednocześnie zobaczyć także Hortense nieco później, gdy na jednej z dalekich, zimnych wysp stara się uporządkować swoje życie po wielkich i męczących występach w Pałacu prezydenckim.

Źródło: www.kinoteka.pl
   Zwiastun filmu Christiana Vincenta zapowiada niezwykle ciekawą, inspirującą i pachnącą kulinarnymi specjałami opowieść o kobiecie, która przypadkiem stała się ulubienicą samego prezydenta Francji. Jesteśmy przekonani o tym, że będzie lekko i wesoło tak, że zabawna anegdota będzie prędko goniła  następną. Rozczarujemy się jednak. Do roli Hortense Laborie wybrano chyba najbardziej niesympatycznie wyglądającą aktorkę, o jakiej moglibyśmy pomyśleć. Pomimo, że spod rąk zdolnej kucharki wychodzą niestworzone delicje, wręcz nie jesteśmy w stanie jej polubić. Jej postać jest wyniosła, kapryśna i co najgorsze, całkowicie pozbawiona woli walki. Nietrudno to jednak z drugiej strony zrozumieć. Zważając na fakt, że Niebo w gębie jest filmem biograficznym, wiele możemy pomstować nad tym, jak w Pałacu faktycznie została potraktowana przez resztę zespołu kucharskiego Hortense. Fabule obrazu nie można zarzucić także braku płynności i poruszania wątków zbędnych. Odnoszę jednak wrażenie, że historia Hortense mogła zostać namalowana w sposób bardziej ciekawy i intrygujący. Mimo tego warto zgrzeszyć i przyjrzeć się w filmie serwowanym przez bohaterkę przysmakom. Absolutnie można zgłodnieć!

środa, 21 listopada 2012

Mój rower

Źródło: www.film.wp.pl
    Mój rower w reżyserii Piotra Trzaskalskiego i Wojciecha Lepianki to kolejna tegoroczna propozycja, którą od paru tygodni lansuje jedna z naszych rodzimych stacji telewizyjnych. Zupełnie chyba niepotrzebnie, gdyż film potrafi się sam wybronić, a zachwalanie go na ekranie telewizora po 15 razy dziennie może przynieść odwrotny do oczekiwanego efekt. Film ujmuje przede wszystkim prostotą przekazu, lekkością fabuły i znakomitymi dialogami, choć nad pewnymi zabiegami dokonanymi przez reżyserów można trochę pokręcić nosem. Twórcy Mojego roweru porywają się bowiem na temat utarty i po stokroć wałkowany, nie wprowadzając oczekiwanej z początku świeżości ujęcia i nowego spojrzenia na relacje męsko-męskie.

    Oś fabularna filmu kręci się wokół trzech postaci - Włodzimierza Starnawskiego (Michał Urbaniak), jego syna Pawła (Artur Żmijewski) oraz wnuka, Maćka (Krzysztof Chodorowski). Szybko okazuje się, że trzej panowie nie mają ze sobą za wiele wspólnego, a pretekstów do rozmowy nieustannie brakuje. Niespodziewanie pojawia się jednak problem, gdy Włodzimierz trafia do szpitala, a przybyli na miejsce Paweł i Maciek dowiadują się, że babcia tego ostatniego postanowiła w końcu utrzeć nosa swojemu mężowi i zostawić go raz na zawsze. Nie mogąc się z tym pogodzić, Paweł planuje odnalezienie matki i przemówienie jej do rozsądku. Cała trójka (wraz z niecierpiącym samotności psem Włodzimierza, Kolesiem) wyrusza więc na wielkie poszukiwanie Barbary (Anna Nehrebecka). Prędko okazuje się jednak, że nie będzie to takie proste. W zapomnianej przez Boga miejscowości letniskowej, bohaterowie będą musieli wspólnie zmierzyć się z paroma przygodami. Przyjdzie im rozmawiać, wspólnie spędzać czas i zastanawiać się nad mniej lub bardziej poważnymi sprawami. Odnalezienie matki Pawła schodzi więc jak gdyby na drugi plan, a całą trójkę pochłoną frasunki zgoła bardziej przyziemne. Okaże się wkrótce, że bardzo zbliżą do siebie bohaterów.

Źródło: www.students.pl
    Wybranie się na Mój rower do kina nie będzie złym pomysłem. To czas dobrze spędzony, bo przede wszystkim mile i wydaje się mądrze. Choć obraz w żadnej mierze nie ujmuje tematu na nowo, a widz może mieć wrażenie, że reżyserom zależy tyko i wyłącznie na pogłębianiu w nim rozczulenia, to jednak nie stanowi typowej, polskiej wydmuszki filmowej. W obronie Mojego roweru podnoszą się głosy o świetnych i błyskotliwych dialogach (przede wszystkim pomiędzy Pawłem i jego synem) i trafnym doborze aktorów. Urbaniak, Żmijewski i Chodorowski stają na wysokości zadania i wypadają nad wyraz prawdziwie. Stanowią na tyle dobrze zgrane trio, że o innej obsadzie nawet nie przychodzi nikomu pomyśleć.
Choć Mój rower balansuje na granicy hitu i kitu to jednak nie można o nim wydać jednoznacznej opinii. Film podzielić można jak gdyby na dwie części, z której ta pierwsza wypada o wiele lepiej od końcowych ujęć. Można odnieść wrażenie, że reżyserom pomysłowości wystarczyło tylko na pierwsze fragmenty obrazu. Później zabrakło wspomnianej świeżości i tego czegoś, co sprawiłoby, że film zostanie nam na długo w pamięci. W tym wypadku zostanie jednak tylko na parę chwil, lecz w towarzystwie bardzo dobrego wrażenia.

niedziela, 28 października 2012

Niewierni

Żródło: http://golem13.fr/les-infideles-4-affiches/
    Niewierni pojawiają się na ekranach naszych kin nie tak długo po ogromnym sukcesie Nietykalnych. Przed francuskim filmem (reż. Emmanuelle Bercot, Fred Cavayé, Alexandre Courtes, Jean Dujardin, Michel Hazanavicius, Eric Lartigau, Gilles Lellouche, Jan Kounen) stoi zatem wielkie wyzwanie rozbawienia widza do łez. Na jednym z popularnych polskich portali filmowych, Niewierni oceniani są niezwykle nisko, a zamieszczone pod opisem filmu komentarze są więcej niż negatywne. Jestem jednak zdania, że wypowiadajacy się tam użytkownicy są w błędzie, bo film obejrzałam w zeszłym tygodniu i absolutnie nie uważam go za stratę czasu. O jednym jednak trzeba pamiętać - do kina nie można wybierać się z wygórowanymi oczekiwaniami. 
    Film Niewierni jest splotem zabawnych (lub mniej) etiud, których bohaterami są pocieszni figo-fago. Widz ma szansę obserwować w jaki sposób tym wątpliwym gentelmanom udaje się prowadzić podwójne życie. Każdy z nich posiada własne upodobania co do kobiet i widzi w nich uosobienie skrajnie różnych cech, które świadczą o atrakcyjności dam. Niektórzy stracą głowę dla pięknych, długonogich blondynek, inni dla niepoważnych licealistek, a jeszcze kolejni dla kobiet w dojrzałym wieku. Pozostałej będzie wszystko jedno, byleby tylko wybranka była napalona. Nie zabraknie także zamiłowanego fana S&M. Wszystkie pojedyńcze historie składają się na mozaikę, wśród której znajdzie się każdy typ dowcipkowania, ale nie tylko. Na przemian będzie zabawnie i refleksyjnie.
Źródło: http://www.listal.com/viewimage/3893287
    Gdybyśmy już koniecznie chcieli porównać Niewiernych do Nietykalnych to oczywiście ci pierwsi wypadają nad wyraz blado. Jest to jednak bezcelowe, gdyż oba te obrazy poruszają zupełnie inną tematykę, a film taki jak Nietykalni przydarza się raz na kilka lat. Bawiąc i doprowadzając do łez praktycznie każdego widza. Niewierni są dobrze skonstruowaną propozycją, zaskakującą i trafiającą do widza o nieco rubasznym poczuciu humoru. Za słabą stronę filmu można jedynie uznać zagmatwanie fabuły i zbytnie rozbudowanie postaci (w pewnym momencie właściwie już nie wiadomo kto jest czyją żoną). Wątek pechowego podrywacza, któremu nie poszczęściło się podczas pracowniczego zjazdu był raczej zbędny. Mimo tego jednak Niewierni to film, który warto zobaczyć. Jest to obraz lekki, przyjemny i nieoczywisty. Sceny zgrupowania anonimowych podrywaczy - bezbłędne! Także ścieżka dźwiękowa do filmu na długo pozostanie nam w pamięci, a Have love, will travel grupy The Sonics było idealnym wyborem w początkowych scenach filmu. 
P.S. Więcej tak długich przerw w pisaniu nie będzie!  

wtorek, 25 września 2012

Yuma

    Wokół tego filmu zrobiono jeden z największych marketingowych rozgardiaszów. Od samego początku była mowa o fantastycznym, niebanalnym temacie, o druzgocącej roli Tomasza Kota i wspaniałym Gierszale. Oczywiście, jak zwykle towarzyszyły temu hasła o jednym z najlepszych filmów roku. I co? I niewiele się pomylili ci, którzy tak o tym trąbili. Chociaż pierwsze ujęcia zapowiadają katastrofę, a widz ma ochotę zasłonić dłońmi oczy, to dalej jest już tylko lepiej i lepiej. Całościowo.

    Oś fabularną Yumy (reż. Piotr Mularuk) wyznaczają losy nieco niepozornego z początku Zygi (Jakub Gierszał). Młody chłopak żyje w rzeczywistości, która choć lepsza od wcześniejszej, jest daleka od ideału. Główny bohater mieszka w małej miejscowości tuż przy granicy Polski z NRD i jak cała reszta swoich przyjaciół jest przekonany o tym, że stać go na lepsze życie. Nie mając jednak pomysłu na przebicie się przez kłęby szarości ówczesnej Polski, marnotrawi swój czas. Czasami obejrzy też Dynastię. I całe szczęście, bo to właśnie przy jej wspólnym oglądaniu z figlarną ciocią (Katarzyna Figura), wpadnie na pomysł pewnego ryzykowanego przedsięwzięcia.

    Zachęcony przez ciocię Zyga postanawia zająć się jumaniem, a więc kradzieżą dóbr z NRD. Za przyzwoleniem wszystkich ważniejszych osobistości swojego miasteczka zabiera z tamtejszych sklepów ile wlezie.Do bagażnika pakuje wszystko od A do Z. Potem ku uciesze rodaków sakramentalnie niemalże rozdaje zdobycze słowami "bierzcie z tego wszyscy". A oni biorą i są zadowoleni. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, komu to będzie przeszkadzać.

    Pulsująca żyłka biznesu u Zygi niezwykle niepokoi pewnego Rosjanina (Tomasz Kot), który w tamtejszej okolicy też chciałby popisać się swoimi zdolnościami przedsiębiorczymi. Grozi głównemu bohaterowi raz, czy dwa. Ten, choć przerażony, dalej robi swoje. A rozochocony sukcesami Zyga nie spocznie tylko i wyłącznie na jumaniu. Na groźbach się więc nie kończy.

    Po tak usilnym napompowaniu atmosfery przed premierą, miało się wrażenie, ze Yuma będzie kompletną klapą. Nie jest jednak. Jest solidnie skonstruowanym obrazem, który pokazuje "jak to kiedyś było". Można go nawet potraktować jako swoistą pamiątkę i zapis fabularny dla przyszłych pokoleń. Pisząc to jednak nachodzi mnie smutna refleksja o tym, że oglądając film Mularuka ma się wrażenie, że tak niewiele się w obrazie polskich miast zmieniło. To jednak kwestia dyskusyjna. Jak ta, czy nie lekką kompromitacją jest powołanie się reżysera na początku filmu na definicję "jumania" zaczerpniętą z Wikipedii. Możliwe też, że to z mojej strony tylko zwyczajne czepialstwo. Zawiodłam się też na innej rzeczy. Oglądając Yumę ma się bowiem wrażenie, że reżyser zbyt usilnie chciał zamieścić w fabule pewne watki. Wynika z tego wiele niedopowiedzeń, a szkoda. Główne role obrazu fantastycznie urzeczywistnione zarówno przez Gierszała, jak i Kota. Przekonująca, choć już widziana w podobnych rolach, Katarzyna Figura. Co z tego jednak, gdy najbardziej sympatyczną i kuriozalną wręcz postacią pozostaje grany przez Jakuba Kamieńskiego, Młot? Zobaczyć trzeba i samemu należy ocenić, bo opinie o Yumie są bardzo różne. Tak, czy inaczej - nie taki diabeł straszny, jak go malują.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Rozmowy z innymi kobietami

    Film Rozmowy z innymi kobietami swoją premierę miał 7 lat temu. Do wczoraj absolutnie nie wiem jak mogłam bez niego żyć. Kto widział Zeszłej nocy (reż. Massy Tadjedin) i komu się ten obraz spodobał, po seansie z pewnością zrozumie co mam na myśli. Bo choć uważałam, że ten ostatni to perełka wśród obrazów kameralnych i uznałam go za jedyny w swoim rodzaju to jednak ustępuje miejsca Rozmowom z innymi kobietami. Jego reżyser Hans Canosa przedstawia piękną historię dwojga ludzi, którzy dostają od losu jeszcze jedną szansę na bycie razem. Kwestia sporna, czy można tę uznać za zmarnowaną.

    Akcja filmu rozgrywa się na przyjęciu weselnym państwa, których znają bohaterowie. Kobieta (Helena Bonham Carter), nieco sfrustrowana byciem awaryjną druhną, decyduje się trzymać jak najdalej od radosnego świętowania. Jej nastrój jest daleki od wyśmienitego. Przebyła długą drogę z Londynu i nie ma zamiaru udawać zadowolonej. Przyjechała w jednym celu. Byleby wszystko odbębnić i wracać - myśli. W domu czeka na nią kochający mąż i dzieci. Wie jednak, że tutaj na miejscu czeka na nią także inny mężczyzna. On (Aaron Eckhart) od początku się jej przygląda. W końcu podchodzi i zagaduje. Ciężko powiedzieć, czy siebie rozpoznają. Z kilku niechętnie wyrzuconych w swoją stronę słów wywiązuje się zobowiązująca rozmowa. Bohaterka rozpoznaje w mężczyźnie byłego męża i później przyznaje, że już od pierwszej chwili wiedziała, że skończą razem w hotelowym pokoju. Możliwe, że wcześniej tylko się zgrywała. Żeby pozbyć się wyrzutów sumienia, wspomnień i natrętnych myśli o upływającym czasie. Wtenczas spędzają kilka ulotnych chwil, które wypełni rozmowa. O tym co było, co jest, co będzie i mogłoby być. Bohaterowie przedstawiają skrajnie inne scenariusze.

    Jak zauważyła na swoim blogu O ruchomych obrazkach autorka, Rozmowy z innymi kobietami to znakomite kino dialogu. Rozmowy bohaterów prowokują do własnych przemyśleń i naniesienia szkicu fabuły na swoje życie. Nie bez powodu najprawdopodobniej reżyser pozostawił główne postaci bezimiennymi. Film przenosi ponadczasowe przesłanie o tym, że życie może podarować ludziom drugą szansę. Bohaterowie ją wykorzystują . I na tym jednomyślność się kończy.
    Nie łatwo jest oprzeć się porównaniu Rozmów... do Zeszłej nocy. Choć temat pozostaje ten sam to można powiedzieć śmiało, że ten pierwszy jest o wiele bardziej dojrzały. Zupełnie inna pozostaje treść fabuły, wiek bohaterów i ich doświadczenia. W Rozmowach... widzimy znakomitą kreację Heleny Bonham Carter, która jest w tym filmie... piękna. To miła odmiana po przerysowanych postaciach, z których znamy aktorkę. Znakomity jest też Aaron Eckhart. Aby oddać pełnię historii bohaterów, reżyser decyduje się na podzielenie obrazu. Widz ma okazję obserwować postaci dwóch perspektyw oraz przekonać się o wspomnieniach, których obrazy kołaczą się w głowach bohaterów. Jedni uznają to za irytujące i ciężkie do zniesienia, a drudzy pokiwają z zainteresowaniem głową. Kwestia gustu. Lecz jedno jest pewne. Od bohaterów nie można oderwać oczu, a swoimi dialogami konsekwentnie budują wokół  fabuły napięcie. Rozmowy... ogląda się bez zbędnych słów. I to milczenie tak już pozostaje, nawet gdy seans się kończy.

środa, 11 lipca 2012

360

     O samotności i zagubieniu człowieka w świecie powstało już wiele filmów i 360 w reżyserii Fernando Meirellesa nie będzie tutaj żadnym odkryciem na tle pozostałych. Do powtórki z rozrywki i obejrzenia filmu mimo wszystko skutecznie zaprasza promocyjny plakat filmu, na którego tle wyłaniają się trzy wielkie nazwiska - Hopkins, Law i Weisz. One gwarantują nam, że to co zobaczymy będzie czegoś warte. Okazuje się jednak, że to jedynie sprytny chwyt, który jest prztyczkiem w nos od reżysera. Wypromowani aktorzy wystąpią w filmie, jednak historie ich bohaterów przyćmią inne, o wiele istotniejsze i bardziej chwytające za serce. Bez tego mniej lub bardziej zamierzonego zabiegu nie dotarłyby jednak najprawdopodobniej do szerszej publiczności.
    Fabularną oś filmu wyznacza garstka ludzkich historii. Nie każdy spotka się tutaj z każdym, lecz w jakiś sposób losy bohaterów powiążą się prędzej czy później. Widz będzie miał szansę podejrzeć od kuchni życie młodego małżeństwa (Rachel Weisz i Jude Law), które zmęczyło się życiem w poukładanej monogamii i szuka wrażeń poza małżeńską sypialnią. Dzięki postaci Mirkhi (Lucia Siposova) i jej siostrze Annie (Gabriela Marcinkowa) uda się prześledzić realia współczesnej Bratysławy i pozna się niechlubny cel wycieczek młodych kobiet do Wiednia. Współczucie i zainteresowanie wzbudzą nowo poznani Laura (Maria Flor) i John (Anthony Hopkins), którzy odnajdują się na międzynarodowym lotnisku z większym niżby tego pragnęli bagażem doświadczeń . Młodej dziewczyny pech wydaje się nie opuszczać, gdy i w tym samym miejscu nieświadomie natrafia na niebezpiecznego gwałciciela (Ben Foster), dla którego desperacko chce stracić głowę wierząc, że w ten sposób uda jej się wyleczyć złamane serce. Niepozornie trafimy też  na małżeńskie rozdroża, nad którymi bezradnie pochylają się Alyssa (Katrina Vasilieva) i Sergei (Vladimir Vdovichenkov). Rosjanka pragnie opuścić męża dla swojego szefa (Jamel Debbouze), który pomimo gorącego uczucia do niej, odnajduje siebie w sytuacji beznadziejnego wyboru pomiędzy religią a miłością.
    Każdemu z bohaterów 360 na drugie imię jest Niestałość. Łakną oni bowiem zmiany o tyle właśnie stopni. Pragną przewrotu w swoim życiu, natchnienia i zmiany tego, w czym tkwią. Meirelles w sposób bardzo logiczny na przykładzie splotu życiowych etiud pokazuje jak łatwo jest stanąć oko w oko ze zdarzeniem, które owy utęskniony obrót wywoła. Nie zawsze jednak w takim kierunku, jaki sobie naiwnie zaplanujemy. 360 pokazuje, że życiem człowieka rządzi spontaniczność i nieokrzesanie, które przynieść może zarówno dobre, jak i złe stany przyszłe. Reżyser pokazuje solidny obraz współczesności, na którego uwagę zwraca sławnymi postaciami z plakatu. Strzał w dziesiątkę. 

wtorek, 3 lipca 2012

Debiutanci

Debiutanci to hit Mike'a Millsa, który miał swoją światową premierę niecałe 2 lata temu. Od tego czasu usilnie próbowałam go odszukać i obejrzeć. Udało mi się to rok temu, a później nie mniej namiętnie go sobie odświeżałam. Świetny scenariusz i wybitna rola Christophera Plummera. W sam raz na wypełnienie pustki po wieczorach gorących od  kibicowania piłkarskim gwiazdom Euro 2012. 
Głównym bohaterem filmu jest Oliver (Ewan McGregor). Nieco zrezygnowany i posmutniały wiedzie  jednak spokojne, wolne od poważniejszych trosk życie. To jednak, uwielbia robić psikusy. W niedługim czasie bohater dowiaduje się, że jego ojciec (Christopher Plummer) jest gejem i poznaje jego beztroskiego kochanka. Kiedy zdąży się już do tego przyzwyczaić i oswoić z myślą, że musiał być przez cały czas bajecznie krótkowzroczny, w szpitalu informują go, że ten jest nieuleczalnie chory. Na poznawanie ojca czasu już nie ma. Gdzieś po drodze trafia na Annę (Melanie Laurent), która zafascynuje go swoją ekscentrycznością i pozwoli odkryć, że życie toczy się dalej. Że w jednym tempie w cieniu ludzi, w zgodzie spacerują ze sobą życie i śmierć, starość i młodość, miłość i osamotnienie. 
Oliver zaprasza widza do prześledzenia swojej słodko-gorzkiej historii, umiejętnie przeplatając wątki przeszłe z teraźniejszymi. Na swoim przykładzie pokaże, że po trzydziestce miłość się przydarza. Świeża i młodzieńcza, ale też wymagająca poświęceń i rozdzielania czasu między ważne i ważniejsze. Zaprosi do dzielenia się z nim naturalnymi dla każdego człowieka uczuciami. Przed każdym odsłoni swoje życie, dokładnie takim, jakie znamy lub z pewnością odnajdziemy.
Debiutanci to bardzo prosty i piękny film o życiu, lecz oczywiście w wersji amerykańskiej. Miłość będzie tutaj nieco przerysowna, bo dziejąca się w mig, a na dodatek po myśli obu stron. Celebrowanie ostatnich chwil życia i odchodzenie nie przypomni do bólu realistycznej śmierci Barbary z 33 scen z życia,  Szumowskiej. Mills postawił na relację z życia w wersji light. Sukces filmu podwoił bezbłędnie dobranymi McGregorem, Plummerem i Laurent. We wszystko da się tutaj uwierzyć i we wszystko można się wczuć. Bardzo dobry.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Take This Waltz





Take This Waltz to film bardzo specyficzny. Jeden z gatunku tych, który spodoba się tym widzom, którzy utożsamią się z perypetiami głównych bohaterów. Reszta, oglądając dzieło Sary Polley może się zanudzić na śmierć. Lekko przewidywalny i odrobinę dziwny obraz (głównie dzięki  bohaterce) ogląda się jednak przyjemnie i bez większych emocji. Taka ot, historia, która przydarzyć się może każdemu z nas. Bo czy znajdzie się gdzieś osoba, a zwłaszcza kobieta, która nie boi się, że wiążąc się na całe życie z jednym mężczyzną, przepuści największe soczystości życia przez palce? 
Przed takim dylematem staje Margot (Michelle Williams). Od paru lat jest żoną całkiem nieźle wyglądającego i porządnego Lou (Seth Rogen), który gotów jest poruszyć niebo i ziemię, aby jego partnerce niczego nie zabrakło. Główna bohaterka dzieli z nim na co dzień swoje dziwactwa i ekscentryczne zachowania, nie spodziewając się od życia niczego więcej, jak spokojnego i ułożonego życia przy boku męża. Pewnego dnia wybiera się jednak w podróż, z której w drodze powrotnej przywiezie nie tylko pełną walizkę i zmęczenie. Od czasu, gdy w samolocie usiądzie obok tajemniczego i przystojnego Daniela (Luke Kirby), ten całkowicie zawróci jej w głowie i przypomni o bardzo młodym jeszcze wieku bohaterki, która nie zasmakowała dotąd szaleństw życia. Przede wszystkim od strony erotycznej.
Margot będzie odtąd usilnie próbowała walczyć z namiętnościami i dokonać właściwego wyboru, lecz po cichu. Prowokuje sytuacje, które mają ją doprowadzić do spotkań z intrygującym sąsiadem i jednocześnie wciąż ucieka po nich w ramiona męża, który intuicyjnie wyczuwa, że jego więź z żoną pospiesznie się rozluźnia. Główna bohaterka staje przed wielkim dylematem, którego rozwiązania panicznie się boi.
Take This Waltz Sary Polley jest dosyć ciekawą wariacją na temat stabilności związków i natury ludzkiej w ogóle. Reżyserka stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mając najlepsze i najbezpieczniejsze życie pod słońcem, człowiek pod wpływem żaru emocji jest w stanie uciec w coś nowego i tak niepewnego. Za tym idzie także kolejna wątpliwość a propos przekonania co do słuszności dokonanego wyboru. Jak długo bowiem ostry smak nowości będzie nam smakował? Film nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, wychodząc jakby z założenia, że tak się po prostu dzieje. Ten, kto miał do czynienia z emocjami na filmowym ekranie w normalnym życiu, jedynie twierdząco przytaknie. Do polecenia dla fanów uroczej Michelle Williams i dla widzów ciekawych meandrów ludzkiej logiki.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Jack goes boating

 Jack goes boating to reżyserski debiut nagradzanego wielokrotnie Philipa Seymoure'a Hoffmana. Swoją premierę miał dwa lata temu i już wtedy konsekwentnie podzielił widzów na tych, którzy się nim zachwycili i na tych, którzy znudzili się do tego stopnia, że ziewając w kilka chwil zapełnili dwutlenkiem węgla salę kinową po brzegi. Można było także przejść obok niego całkowicie obojętnie, zwyczajnie nie rozumiejąc fabuły i jej bohaterów. Śmiało można chyba powiedzieć, że debiut Hoffmana można wrzucić do jednego worka z Drzewem życia Mallicka. Absolutnie nie ze względu na tematykę, abstrakcyjność, czy trudność w przyswojeniu. To jeden z tych filmów, który znajduje się gdzieś pomiędzy. Jedni polecą go, bo podejdą do obrazu subiektywnie i odnajdą w nim część siebie oraz ujmującą szczerość i prawdę. Drudzy natomiast zawtórują, że flaki z olejem. Do wyboru, do koloru, a więc tylko dla ryzykantów.
 Jack goes boating  opowiada historię niemiłosiernie szybko starzejącego się Jacka (Philip Seymour Hoffman), któremu daleko do bycia ideałem. Choć ekscentryczny i nietypowy, nadal jeszcze nie zrezygnował z poszukiwania miłości swojego życia, którą marzy oczarować swoją aparycją i elokwencją. Tym bardziej żmudne i desperackie stają się jego starania, gdy oddani przyjaciele aranżują mu randkę. Przytłoczony bagażem opowiadań i porad podekscytowanego małżeństwa (John Ortiz oraz Daphne Rubin-Vega) na temat miłości i związków zaczyna się poważnie denerwować. W końcu nadchodzi jednak wieczór romantycznego randez-vous. Już po paru chwilach okazuje się, że sympatyczny bohater na próżno się obawiał, ponieważ trafił swój na swego. 
  Connie (Amy Ryan) jest bowiem równie zwariowana i dziwna niczym jej blond partner. Oboje szybko znajdują wspólny język (niekoniecznie mówiony) i zaczynają snuć mniej oraz bardziej poważne plany na przyszłość. Postanawiają zaangażować wszystkie swoje siły w zbudowanie związku, nie wiedząc początkowo nic o dynamice miłości i relacji z drugą osobą. Tym bardziej pokrętne stają się ich starania, gdy wicie miłosnego gniazdka przerwie poważny problem. Bohaterowie nie tylko będą musieli przekonać się o tym jak trudne jest budowanie więzi i jak męcząca jest gonitwa za udanym związkiem. Będą musieli wspólnie przezwyciężyć obawy przed pozostaniem w relacji, której najbardziej solidnym fundamentem okażą się pozory. A taki obraz nawiedzać ich będzie tak często, jak spotykać się będą w domu pary, dzięki której się poznali.


 Choć dwuminutowy zwiastun filmu bardzo zachęca i wręcz kusi, aby po niego sięgnąć to nie należy spodziewać się wielkiego odkrycia sezonu. Hoffman wprowadza nas bowiem w fabułę nieco mało odkrywczą, ale za to jak spokojną i solidnie skonstruowaną. To film, przy którym się wzruszymy, zaśmiejemy, no i może ukradkiem przeciągle ziewniemy. Wywoła w nas ciepłe uczucia, ale nie na tyle, aby umieścić go na półce obok pozycji ulubionych. Jack goes boating znajduje się gdzieś pomiędzy, czyli jest z gatunku tych filmów, o których wprost mówi się, że "ni ziębi, ni grzeje". Ale moim zdaniem ma się na tej pozycji całkiem nieźle. Salwy śmiechu wywołuje scena kolacji, którą uroczy Jack przygotował dla swojej wybranki. Bezbłędna w swojej absurdalności!

czwartek, 7 czerwca 2012

Elizabethtown


To jeden z najprzyjemniejszych filmów jakie widziałam. I choć nazwisko Orlando Blooma, który został obsadzony w Elizabethtown w głównej roli, może z początku odstraszyć to jednak warto sięgnąć po ten film. Klasyczna komedia romantyczna Camerona Crowe'a pozwala na chwilę zrelaksować się i odpocząć. Ten, kto z zapałem śledzi setne powtórki takich hitów jak Zatańcz ze mną, czy Polowanie na druhny na pewno się nie zawiedzie.




Drew (Orlando Bloom) został właśnie zwolniony z pracy przez swojego szefa (Alec Baldwin). W trybie natychmiastowym, bo jego innowacyjny projekt przyprawił firmę o nie lada kłopoty finansowe. Chwilę później rzuca go dziewczyna (Jessica Biel). Załamany chłopak nie wie co ma dalej począć i to właśnie wtedy zaczynają rodzić się jego najgłupsze pomysły. Realizowanie jednego z nich przerywa telefon od siostry. Drew dowiaduje się właśnie, że odszedł jego ojciec i musi zająć się zorganizowaniem pogrzebu. Cóż, planowane na ten wieczór samobójstwo będzie musiał odłożyć na inny termin.




Główny bohater wyrusza na dniach w przeciwną podróż, której celem jest dotarcie do Elizabethtown. To w tym prowincjonalnym miasteczku mieszka poróżniona z matką Drew (Susan Sarandon) rodzina ojca. Kiedy dociera tam w pocie czoła po stoczeniu nierównej walki z drogą 60 B jest przerażony. Po raz pierwszy widzi bowiem tamtejszych krewnych, którzy konsekwentnie zaduszają go swoją gościnnością i wspominkami. Na domiar złego matka z siostrą praktycznie co chwilę wydzwaniają do nieszczęśnika i informują go na bieżąco o postępującym szaleństwie tej pierwszej. Jedyne, czego pragnie zagubiony Drew to ucieczka przed całym zamieszaniem. Staje się to możliwe dzięki pogodnej stewardesie (Kirsten Dunst), którą Drew poznał podczas lotu samolotem. To dzięki niej uda się mu przeżyć najdziwniejsze i najbardziej intensywne momenty swojego życia, których szalony bieg zakończy sentymentalna podróż z ojcem sam na sam.



Elizabethtown to ciepła i pogodna historia, którą doceni każdy, kto choć trochę lubuje się w komediach romantycznych. Reżyser umiejętnie miesza wątki komediowe z dramatycznymi tak, aby całość smakowała na tyle lekko i przyjemnie, że widz umieści ją wśród przepisów wypróbowanych na każdą okazję. Film jest bezpretensjonalną wariacją na temat skomplikowanych relacji rodzinnych i odnajdywania miłości w najmniej odpowiednich momentach. Crowe'owi udaje się stworzyć dobry, wielowątkowy obraz, który nie odstrasza przesadyzmem i infantylnością. Zachęca ścieżką dźwiękową. Taki ot, na rozweselenie i poprawę nastroju.
 


poniedziałek, 7 maja 2012

Miłość Larsa

 Obejrzeliście już wszystkie filmy, w których Ryan Gosling spaceruje tam i z powrotem w garniturze Armaniego zgrywając przystojnego cwaniaka? Jeśli nie to koniecznie trzeba to nadrobić. A jeżeli macie już dosyć jego idealnej sylwetki, nienagannego ubioru i zniewalającego uśmiechu, który wywołuje lawinę kobiecych ochów i achów to warto zobaczyć Miłość Larsa. Grający tam najgorętszy przystojniak sezonu w niczym tam siebie nie przypomina. Oczywiście nie wyklucza to tego, że jest równie uroczy. Ku uldze panów, uroczy jednak trochę inaczej.


 Miłość Larsa w reżyserii Craiga Gillespiego jest opowieścią o dorastaniu. Nie chodzi jednak bynajmniej o rozbrykanych nastolatków, a o dorosłego mężczyznę, który w wyniku przykrych wydarzeń utknął gdzieś pomiędzy naiwnym okresem dziecięctwa a przerażającą go dorosłością. Lars (Ryan Gosling) jest nietypowym samotnikiem, który mieszka w zaadaptowanym garażu nieopodal swojego rodzinnego domu. W tym ostatnim ma za sąsiadów swojego brata Gusa (Paul Schneider) i jego bardzo rodzinną żonę Karin (Emily Mortimer). Urocza dziewczyna stara się pomoc głównemu bohaterowi, którego uważa za nieszczęśliwego odludka. Po części wini swojego męża za sytuację, w której tkwi jego dziwaczny brat i nie może zrozumieć dlaczego jest on wobec niego tak obojętny. Postanawia wprowadzić Larsa do życia, które prowadzą wraz z Gusem. Niezliczone ilości zaproszeń na kolację nie przynoszą jednak upragnionego skutku. Pewnego dnia Lars niespodziewanie pragnie zaprezentować bliskim swoją towarzyszkę. 






 Bianka okazuje się nietypową kobietą. Pomimo idealnych kształtów, prezencji i nieocenionej prezentacji jej osoby przez Larsa, Gus i Karin pozostają sceptyczni i zaskoczeni. Pochodząca z tropików wybranka Larsa jest jednak w pewnym niebezpieczeństwie. Bohaterowie decydują się na wizytę u miejscowej lekarki, która ma przywrócić zdrowie Biance. Albo - jak chcieliby tego Gus i Karin - Larsowi. Bianka jest bowiem plastikową lalką, którą główny bohater zamówił przez Internet. Podążając za poradą Dagmar ( w tej roli nieoceniona Patricia Clarkson, która emanuje niesamowitym spokojem i opanowaniem) przyjmują nietuzinkowego gościa do rodziny. Obdarzają Biankę zainteresowaniem, ubierają, rozmawiają, jedzą, a nawet kąpią ją w zapachowych olejkach. W organizowanie życie miłości Larsa angażuje się całe miasteczko. Wszystko po to, aby zbliżyć się do głównego bohatera. Jedni zrobią to, aby ulżyć mu w cierpieniu i samotności, inni z dobrej zabawy i gwarantowanej rozrywki, a jeszcze inni z miłości do Boga. Znajdą się też tacy, którzy zrobią to dla Larsa z prawdziwej miłości. 
 Film Gillespiego jest obrazem nietypowego dorastania, bo nieco opóźnionego i nie w czasie. Choć kto powiedział, że na coś kiedykolwiek może być za późno? Tą właśnie zasadą wydają się kierować mieszkańcy miasteczka, którego tajemniczą częścią jest wycofany Lars zakochany po uszy w plastikowej Biance. Nieco abstrakcyjny obraz przyprawia o uśmiech i parę łez. Abstrakcyjny ponieważ ciężko jest sobie wyobrazić podobną reakcję lokalnej społeczności na miejscowego wariata. No! Chyba, że w Ameryce! Dla wszystkich, którzy sądzą, że Gosling to nic więcej jak tani amant.

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...