Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 kwietnia 2013

Wspaniała

Źródło: www.film.wp.pl
   Filmy w stylistyce dawnych lat od razu trafiają w gusta widzów, zwłaszcza, gdy są one kolorowe, szalone, pełne przebojowych bohaterów i ich niesamowitych historii. Rzadziej zdarza nam się mieć chęć na filmy przedstawiające ten sam okres lat 50., acz z innej, poważniejszej i prawdziwszej perspektywy. Wolimy obejrzeć coś, co będzie cieszyło nasze oko, będzie lekkie, przyjemne i proste, choć oczywiście nie jest to żadną zasadą. "Wspaniałą" w reżyserii Régisa Roinsarda jednak trzeba zobaczyć, niezależnie od tego, czy jest się fanem fabularnych i lekuśkich błahostek, czy filmów o bardziej stanowczym i realistycznym rysie. Film po prostu cieszy oko i wspaniale jest rozpłynąć się w świecie, który przedstawia!
Zawsze fascynowały mnie filmy o rywalizacji w sporcie. - mówił dla Gazety Wyborczej reżyser "Wspaniałej", Régis Roinsard- Może dlatego, że dorastałem w latach 80.? Wtedy kręcono dziesiątki takich obrazów i jako nastolatek podziwiałem na ekranie atletów, tenisistów, piłkarzy. (...) Szukałem dyscypliny, która byłaby osiągalna dla bohaterki, a jednocześnie wymagałaby sprawności fizycznej. I kiedyś przeczytałem o konkursie szybkiego pisania, bardzo popularnym w latach 50.

  Rose Pamphyle (Déborah François) jest młodziutką dziewczyną z prowincji, która marzy o wielkiej karierze i wyrwaniu się ze środowiska, w którym dorastała. Pragnie wspaniałej pracy,  niezależności i spełnienia marzeń o wielkiej i prawdziwej miłości. Pewnego dnia zwraca uwagę na ogłoszenie pewnego ubezpieczeniowca, w którym zapraszał on do swojego biura na rozmowę w sprawie pracy na stanowisku sekretarki. Kąpana w gorącej wodzie Rose, desperacko ubiega się o tę posadę. Zadziwiony możliwościami dziewczyny Louis (Romain Duris) przyjmuje ją do pracy. Niezwykle szybkie obsługiwanie przez Rose maszyny do pisania, rozbudza wyobraźnię mężczyzny i niedługo później zamarzy on, aby sekretarka wystartowała w konkursie szybkiego pisania. Rose przyjmuje jego propozycję i odtąd zamieszka z Louisem na stałe. Problem w tym, że ten w tym samym czasie rozgościł się już w jej sercu na dobre...

Rose podczas pierwszego konkursu (www.frenchfilmfestival.org.uk)
"Wspaniała" faktycznie jest komedią w starym, dobrym stylu, jak zdążyły już zatrąbić wszystkie plakaty i zwiastuny. Wszystko jest tutaj niezwykle sentymentalne i wyraźnie widać utęsknienie reżysera za czasami, które już nigdy nie powrócą. Fabuła to wyraz czystej wolności i szaleństwa, jakie dominowały widocznie w tamtej epoce. 
Świat jest dzisiaj znacznie trudniejszy. Internet i telewizja na bieżąco zalewają nas informacjami, zwykle złymi. Doniesieniami o tragediach, kryzysach, załamaniach. To nas paraliżuje i zamyka, nie umiemy sobie poradzić z tymi wiadomościami. Jest ich za dużo. W latach 50. ludzie byli skrajnie otwarci. Pełni radości budowali nowy świat, żyli snem. Ale kryje się w tym również ironia. Bo to właśnie ich wynalazki i stosunek do życia sprawiły, że dzisiaj jest nam tak ciężko. To wtedy rzeczywistość zaczęła nabierać zawrotnego tempa, powstawała kultura rywalizacji. I nikt nie myślał o konsekwencjach - mówił dla Gazety Wyborczej reżyser filmu.
   Film Régisa Roinsarda ogląda się z niewypowiedzianą przyjemnością i zainteresowaniem, gdyż prostota nie zakrawa tutaj o infantylizm. Fabuła "Wspaniałej", choć nieszczególnie odkrywcza w przypadku relacji między bohaterami, jest urocza i wciągająca. Podczas oglądania filmu zaczynamy w krótkiej chwili sympatyzować z bohaterami, a podczas konkursów, w których bierze udział Rose, nasze emocje autentycznie sięgają zenitu. "Wspaniała" to zatem idealny pomysł na spędzenie sympatycznego wieczoru ze znajomymi w domu, ale i nie tylko! Film jest bowiem dobry na każdą okazję, gdyż w potrzebie rozchmurzy, a w innym przypadku jedynie poszerzy nasz uśmiech na twarzy w pogodny dzień. Wprost wspaniały do oglądania!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Poradnik pozytywnego myślenia

Źródło: www.showbizcafe.com
    Nietrudno zauważyć, że wieczorne sesje filmowe są o wiele przyjemniejsze niż sesja na uczelni, ale jak to mówią - mus to mus i samo się nie zda. A zatem skoro sesję większość z nas ma już za sobą, a sezon rozdawania filmowych nagród rozpoczął się na dobre, wypadałoby zaplanować kolejne zimowe wieczory i wyskoczyć do kina. A nowości teraz nie brakuje. Wśród nich zdecydowanie wyróżnia się Poradnik pozytywnego myślenia w reżyserii Davida O. Russell'a (2012). Praktycznie wszystkie główne role filmu zostały wyróżnione przez Akademię (R. De Niro, B. Cooper, J. Weaver) i obraz ma całkiem spore szanse na zdobycie kilku Oscarów. Choć czarnym koniem w wyścigu pozostaje dla użytkowników Filmwebu Django (reż. Q. Tarantino, 2012), Poradnik pozytywnego myślenia nie znalazł się w pierwszej piątce najlepszych filmów roku bez powodu. Został już dotąd doceniony podczas ceremonii Złotych Globów (wyróżnienie dla Jennifer Lawrence) i na wczorajszej imprezie BAFTA (nagroda za najlepszy scenariusz adaptowany, wyróżnienie dla najlepszych aktorów pierwszoplanowych - B. Coopera i J. Lawrence). O co zatem tyle szumu?

    Pat Solitano (Bradley Cooper) wpadł w tarapaty bijąc prawie do śmierci mężczyznę, którego kilka chwil wcześniej zobaczył pod prysznicem ze swoją żoną. Rzecz oczywista, każdy mógłby tak zareagować. U Pat'a zdiagnozowano jednak zaburzenia dwubiegunowe, przez które ze stanu pełnego zadowolenia płynnie przechodził ku niepohamowanej agresji. Żona bohatera (Brea Bee) prędko zrozumiała jakim błędem było wzięcie z nim ślubu i zerwała z Pat'em wszelki kontakt, podczas gdy on po wyjściu ze szpitala postawił sobie za punkt honoru odzyskanie ukochanej. Grunt to spotkać się wpół drogi.

J. Lawrence (www.totalfilm.com)
   Zmobilizowany i pełen wiary w swoje możliwości Pat, wraca więc do domu i kreśli w wyobraźni plany zdobycia Nikki. Wszyscy oprócz niego wiedzą, że wysiłki pójdą na marne. W grę nie wchodzi jednak posługiwanie się logicznymi argumentami. Ojciec (Robert de Niro) stara się z uporem maniaka nakłonić syna do spędzania z nim czasu przed telewizorem, gdyż wierzy, że jego obecność gwarantuje zdobycie tytułu przez jego ukochaną drużynę futbolową. Matka Pat'a (Jacki Weaver) próbuje w tym samym czasie ostudzić zapały syna każdym sposobem jaki przyjdzie jej do głowy. Przyjaciel bohatera, Ronnie (John Ortiz) wraz ze swoją żoną (Julia Stiles) zarzucają go swoimi problemami, byleby tylko ten nie myślał o Nikki. Wszystko jednak idzie na marne do czasu, gdy Pat spotka Tiffany (Jennifer Lawrence).

   Mawiają bowiem, że swój zawsze pozna swego i na przykładzie tych dwojga bohaterów nie można się wiele pomylić wypowiadając to zdanie. Okazuje się prędko, ze szalona bohaterka tak samo jak Pat odbiera wszystkie zewnętrzne sygnały poza głównymi falami nadawania i postanawia pomóc nieszczęśnikowi w odzyskaniu żony. Na zasadzie sprawiedliwej wymiany oferuje Patrickowi doręczenie miłosnego listu do Nikki w zamian za partnerowanie jej w konkursie tanecznym. Zachowanie szalonej kobiety, ot co. Gorzej gdy okaże się jednak, że jest to w dodatku akt kobiety zakochanej.

B. Cooper. R de Niro (www.m-edia.me)
    O Poradniku pozytywnego myślenia mówi się w mediach wiele dobrych rzeczy. Został wspaniale przyjęty przez krytyków, którzy zachwycają się rolą Jennifer Lawrence i zgodnie twierdzą, że ten film pozwolił Bradley'owi Cooper'owi rozwinąć skrzydła. Wiele wspomina się także o powrocie do formy Roberta de Niro, który za rolę ojca Patricka został w tym roku nominowany do Oscara, będąc dotychczas konsekwentnie pomijanym w podsumowaniach Akademii. Mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła Jennifer Lawrence, po której szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się wiele. Jest niezwykle przekonująca, histerycznie zabawna i pełna wdzięku. Jej karierę na pewno warto będzie nadal śledzić. O głównej roli męskiej Cooper'a można by rozwodzić się wiele, wymieniać plusy i minusy, a ja i tak w ostatecznym rozrachunku widzę go jako weterana bromansu, choć w Poradniku pozytywnego myślenia pokazuje się od lepszej, być może, że nawet i pełniejszej strony. Ujmując całościowo popisy aktorskie filmu, na pewno można być zadowolonym, gdyż wśród bohaterów Poradnika... nie znajdzie się nikt normalny, a zatem cała obsada poczyniła wielkie wysiłki, aby odnaleźć klucz do swoich postaci. Film Russella od początku jest dla widza tykającą bombą-niespodzianką, którą na przekór i z ciekawości jednocześnie, trzyma się w rękach dopóki nie wybuchnie. Jest zabawnie i bardzo emocjonalnie, a po napisach końcowych nachodzi refleksja o tym, że Poradnik... to nieoczywista oczywistość, o którą dziś w kinie rzadko. Na pewno warto zobaczyć!

sobota, 26 stycznia 2013

Save the date

Źródło: wwwmyfilmjourneys.blogspot.com
    Miałam ograniczyć się z komediami romantycznymi, ale to chyba silniejsze ode mnie. Zwłaszcza po tym jak obejrzałam Save the date (reż. Michaela Mohana). Ten uroczy film miał już swoją premierę ponad rok temu, lecz niestety nie w Polsce. Do naszych kin nie zawitał ani na dobre, ani nawet na chwilę, poza jednym chyba wyjątkiem, gdy pokazano go na ubiegłorocznym American Film Festival we Wrocławiu. Pod błyskotliwie przetłumaczonym na nasz język tytułem Dobra partia doczekamy się niezwykle świeżego, mądrego i prostego obrazu, którego nie można nie określić jako strzału w dziesiątkę na spędzenie wieczoru. Jeśli ktoś bawił się dobrze podczas oglądania takich filmów jak Juno, The kids are alright, czy Away we go, z miejsca zakocha się i w najnowszej propozycji Mohana.

    Beth (Alison Brie) i Sarah (Lizzy Caplan) są siostrami. Nie znaczy to jednak od razu, że są swoim lustrzanym odbiciem i wprost nie mogą bez siebie żyć. Właściwie jest dokładnie na odwrót. Beth przygotowuje się właśnie do ślubu z miłością swojego życia i poza weselnymi przygotowaniami nie widzi niczego więcej. Przegapia nawet moment, w którym jej siostra panicznie zaczyna obawiać się przeprowadzki do swojego chłopaka, Kevina (Geoffrey Arend). Za namową siostry, Sarah decyduje się jednak na ten krok i rozanielony chłopak prędko planuje przystąpienie do kolejnego działania. Nie spodziewając się odmowy dziewczyny, Kevin decyduje oświadczyć się jej podczas nadchodzącego koncertu swojego zespołu. Romantyczna atmosfera nie udziela się jednak Sarze i spektakularnie odmawia Kevinowi przyjęcia oświadczyn.

G. Arend i L. Caplan (www.ifilmguru.com)
    W tym samym czasie Sarah poznaje Jonathana (Mark Webber). Chłopak przyglądał się jej już od dawna i definitywnie wpadł po uszy zanim w ogóle doszło do ich pierwszej rozmowy. Sarah również prędko ulega urokowi dziwacznego rudzielca, czym doprowadza do szału swoją siostrę i byłego chłopaka. Zauroczenie Jonathanem trwa jednak krótko, gdyż dziewczyna boi się związania na całe życie w tak młodym wieku. Beth sugeruje siostrze, że jest nieodpowiedzialna i swoim dziecinnym zachowaniem zdąża ku niczemu. Ostatecznie obie przestają mieć siebie na jakimkolwiek względzie i popadają w konflikt. Wkrótce okazuje się, że ślub Beth wisi na włosku, a Sarah zachodzi w ciążę. Czy te preteksty wystarczą do tego, aby rozwiązać problemy?

A. Brie i L. Caplan (www.complex.com)
     Wydaje mi się ogromną szkodą, że Save the date przechodzi w Polsce bez echa, bo właśnie taka komedia romantyczna przydałaby się  u nas najbardziej. Inteligentna, humorystyczna, świeża i nieoczywista. Nie ma w sobie nic z absurdalności wymuskanych komedii romantycznych z USA, do których przywykliśmy. Widz ma wrażenie, że takie historie naprawdę się zdarzają, a w dodatku są piękne i warto je utrwalić na filmowej taśmie. Nie ma Kate Hudson, nie ma Jennifer Anniston, ani Geralda Butlera, czy nawet Ryana Goslinga, a mimo to Save the date z pewnością spodobałoby się szerszej publiczności. Oczywiście nie wszystkie recenzje opiewają nadzwyczajność filmu Mohana, zarzucając mu głównie bylejakość zakończenia, lecz poza tymi uwagami ogólne wrażenie we wszystkich artykułach pozostaje dobre. Ja jednak będę się zachwycać i gorąco polecać!

sobota, 4 sierpnia 2012

Kiedy Harry poznał Sally...

    Kiedy Harry poznał Sally nie zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ani ona w nim. I chyba całe szczęście, bo dzięki temu widz może oglądać jedną z najwspanialszych komedii romantycznych w historii kina! W 1989 roku Rob Reiner nakręcił klasyk, po którego każdy powinien sięgnąć. Najlepiej ogląda się go właśnie po tylu latach. Dlaczego? Bo Kiedy Harry poznał Sally przypomina widzowi jak bezpretensjonalne, lekkie i zabawne może być kino, kiedy scenarzyści postawią na najprostszą z najprostszych historię miłosną. O przyjaźni, która przeradza się w coś więcej.

    Harry (Billy Crystal) poznaje Sally (Meg Ryan) w dniu przeprowadzki obojga do Nowego Jorku. Podróż ma trwać aż osiemnaście godzin, więc przemyślna dziewczyna od razu przedstawia Harry'emu swoje zasady.  Ten z kolei konsekwentnie stara się zrobić na niej wrażenie swoim obyciem i niezależnością. Sally pozostaje jednak obojętna na uroki Harry'ego, nawet gdy ten wspomina, że jest bardzo atrakcyjną dziewczyną. Po przyjeździe do Nowego Jorku ich drogi się rozchodzą, a oboje zgodnie później potwierdzą, że już od pierwszej chwili się nie znosili.

    Po upływie kilku lat przypadkiem na siebie natrafiają. Sally jest zdziwiona, że Harry za pierwszym razem jej nie poznaje. Zdąży się jednak nim zmęczyć i pożałować wcześniejszych myśli, kiedy okaże się, że lecą tym samym samolotem. Namolny Harry przysiada się do kobiety i towarzyszy jej aż do końca podróży. Ponownie się rozchodzą.
  
    6 lat później znów na siebie trafiają. Sally właśnie rozstała się z wieloletnim narzeczonym, a Harry szykuje się do rozwodu. Zagubiony i nieco sfrustrowany ostatnimi wydarzeniami mężczyzna zgadza się przyjaźnić z Sally. Odtąd będą nierozłączni - kochając się i nienawidząc jednocześnie. Oboje do końca będą wierzyć, że ich relacja nie ma szansy na przerodzenie się w coś głębszego. Do czasu. Wtedy znajomość znów zostanie zerwana. A co potem? Sylwestrowa noc i najprawdopodobniej jedno z najpiękniejszych i najbardziej pamiętnych wyznań miłosnych w historii kina!
 
   Kiedy Harry poznał Sally to film, na którego premierze ponad dwadzieścia lat temu reżyser powinien zaznaczyć, że zyskuje wraz z upływem czasu. Dzisiaj jest już niewiele obrazów tego gatunku, które przedstawią historię tak banalnie prostą i przez to zachwycającą. Nie ma tutaj skomplikowanej psychologii bohaterów, nadęcia fabuły, wymuszonych dialogów i nie do końca zrozumiałych żartów. W Kiedy Harry poznał Sally podziwiamy królową komedii romantycznych Meg Ryan, kiedy była u progu swojej kariery aktorskiej. Dzięki niej postać Sally jest przepiękna, świeża i niezwykle wzruszająca. Partnerujący jej Billy Crystal uczynił z Harrego bohatera, którego nie sposób jest zapomnieć. Oboje grają w sposób, jakiego w dzisiejszych komediach romantycznych, myślę już nie uraczymy. Są w filmie niemalże teatralni, jednocześnie nie tracąc na prawdziwości. Klasyka gatunku. Wzrusza i bawi.

czwartek, 7 czerwca 2012

Elizabethtown


To jeden z najprzyjemniejszych filmów jakie widziałam. I choć nazwisko Orlando Blooma, który został obsadzony w Elizabethtown w głównej roli, może z początku odstraszyć to jednak warto sięgnąć po ten film. Klasyczna komedia romantyczna Camerona Crowe'a pozwala na chwilę zrelaksować się i odpocząć. Ten, kto z zapałem śledzi setne powtórki takich hitów jak Zatańcz ze mną, czy Polowanie na druhny na pewno się nie zawiedzie.




Drew (Orlando Bloom) został właśnie zwolniony z pracy przez swojego szefa (Alec Baldwin). W trybie natychmiastowym, bo jego innowacyjny projekt przyprawił firmę o nie lada kłopoty finansowe. Chwilę później rzuca go dziewczyna (Jessica Biel). Załamany chłopak nie wie co ma dalej począć i to właśnie wtedy zaczynają rodzić się jego najgłupsze pomysły. Realizowanie jednego z nich przerywa telefon od siostry. Drew dowiaduje się właśnie, że odszedł jego ojciec i musi zająć się zorganizowaniem pogrzebu. Cóż, planowane na ten wieczór samobójstwo będzie musiał odłożyć na inny termin.




Główny bohater wyrusza na dniach w przeciwną podróż, której celem jest dotarcie do Elizabethtown. To w tym prowincjonalnym miasteczku mieszka poróżniona z matką Drew (Susan Sarandon) rodzina ojca. Kiedy dociera tam w pocie czoła po stoczeniu nierównej walki z drogą 60 B jest przerażony. Po raz pierwszy widzi bowiem tamtejszych krewnych, którzy konsekwentnie zaduszają go swoją gościnnością i wspominkami. Na domiar złego matka z siostrą praktycznie co chwilę wydzwaniają do nieszczęśnika i informują go na bieżąco o postępującym szaleństwie tej pierwszej. Jedyne, czego pragnie zagubiony Drew to ucieczka przed całym zamieszaniem. Staje się to możliwe dzięki pogodnej stewardesie (Kirsten Dunst), którą Drew poznał podczas lotu samolotem. To dzięki niej uda się mu przeżyć najdziwniejsze i najbardziej intensywne momenty swojego życia, których szalony bieg zakończy sentymentalna podróż z ojcem sam na sam.



Elizabethtown to ciepła i pogodna historia, którą doceni każdy, kto choć trochę lubuje się w komediach romantycznych. Reżyser umiejętnie miesza wątki komediowe z dramatycznymi tak, aby całość smakowała na tyle lekko i przyjemnie, że widz umieści ją wśród przepisów wypróbowanych na każdą okazję. Film jest bezpretensjonalną wariacją na temat skomplikowanych relacji rodzinnych i odnajdywania miłości w najmniej odpowiednich momentach. Crowe'owi udaje się stworzyć dobry, wielowątkowy obraz, który nie odstrasza przesadyzmem i infantylnością. Zachęca ścieżką dźwiękową. Taki ot, na rozweselenie i poprawę nastroju.
 


piątek, 11 maja 2012

The Pill

 Co może być lepszego od lekkiej i przyjemnej komedii w duszny majowy wieczór? Na pewno można wymienić sto takich rzeczy, jeśli tylko ktoś się uprze. Ale spędzenie tej pory dnia na obejrzeniu The Pill na pewno nie będzie czasem zmarnowanym. To lekka i przyjemna propozycja, chociaż nie zaszczyci nas plejadą najsłynniejszych gwiazd. Będą za to błyskotliwe zwroty, ciekawa fabuła, która choć może w pewnym momencie nużąca, to jednak nie pozwoli nam odejść od ekranu zanim się wszystko nie wyjaśni. 
 Mindy (Rachel Boston) jest zwyczajną dziewczyną. Czasami może zbyt bardzo się unosi i jest nad wyraz rozemocjonowana, ale czy to coś dziwnego? Przecież znamy to z autopsji. Tym bardziej, że pewnej nocy poznaje chłopaka, który bardzo się jej spodobał. Zaprasza go do siebie i ma nadzieję na spędzenie nocy z tajemniczym kawalerem. Po wspólnym wypiciu kilku kieliszków i uraczeniu siebie nawzajem drobnymi kłamstewkami dochodzi do upragnionych przez Mindy uniesień. Trzeba będzie się zacząć powoli obawiać następnego dnia. Ale to uroczej bohaterki nie dotyczy.
 Przerażające olśnienie spływa nad ranem na Freda (Noah Bean). Lekkoduch z wielkim trudem stara sobie przypomnieć miłosne ekscesy zeszłej nocy i dochodzi do wniosku, że powinien zacząć się obawiać. Tym bardziej, że założył z góry, że sytuacje ma pod kontrolą. Okazuje się, że jego wybryki mogą fatalnie wpłynąć nie tylko na Mindy, ale również na... jego dziewczynę. Zdesperowany podejmuje próbę nakłonienia głównej bohaterki do wzięcia zbawiennej tabletki, która przywróci sytuację do pionu. Wszystko to udaje się i Fred może wreszcie odetchnąć z ulgą. No może nie do końca, bo tabletek trzeba wziąć dwie. 
 Fred wyrusza na poszukiwania Mindy i stara się przekonać ją podstępem do wzięcia drugiej dawki specyfiku. Udaje zauroczenie dziewczyną, która naiwnie wierzy mu i wprowadza go w ciągu jednego dnia w zakamarki swojego małego świata. Fred zdąży poznać rodziców Mindy, pomóc jej w przeprowadzce i oczywiście pokłócić tysiące razy z rozdygotaną dziewczyną. Widz będzie się miał przekonać, czy przekomiczna gra, którą prowadzi ma szansę spodobać mu się na tyle, że nie będzie chciał jej przerywać?
 J.C. Khoury proponuje zabawną i prostą historię, którą trudno będzie widzowi przerwać przed finałem. Choć może czasami znudzić swoją przewidywalnością to potrafi jednak przetrzymać w napięciu dzięki błyskotliwym dialogom i komicznym zwrotom sytuacji. Ogląda się lekko i przyjemnie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...