Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscary 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscary 2013. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2013

Sugar Man

Źródło: www.listal.com
    Nie słyszano o nim w Ameryce, ani Europie. Ani na chwilę nie rozbłysnął tam, gdzie powinno się kochać jego muzykę, płyty mogłyby schodzić wręcz na potęgę, a ludzie pragnęliby wystawać w gigantycznych kolejkach przed koncertem. Zasłynął za to w RPA, przede wszystkim za czasów walki z Apartheidem, gdyż w jego piosenkach odnaleziono słowa otuchy, mądrość i nadzieję na przezwyciężenie nieprzyjaznego systemu. Przed przeszło 40 lat nic o tym nie wiedział, żyjąc w przeświadczeniu, że jego płytę nabyto na świecie jedynie w 6 egzemplarzach. O niesamowitej historii człowieka, który mógłby stać się ikoną równą Dylanowi i zespołowi The Rolling Stones opowiada najnowszy dokument Malik'a Bendjelloul'a, Sugar Man. Główna rola przypada tutaj nietuzinkowemu artyście z Meksyku, Sixto Rodriguezowi, który po zatrważająco długim czasie w końcu staje się rozpoznawalny.

    Bendjelloul przedstawia widzowi zaskakującą, niesłychanie ciekawą i nieporównywalną z innymi historię, która wydaje się tak abstrakcyjna, że aż niemożliwa w realnym życiu. Po tym jak trafiłam na Rodrigueza przy okazji oglądania zwiastunu do filmu Candy (reż. Neil Armfield, 2006), z miejsca zakochałam się w takich utworach jak: Sugar Man, I wonder, czy Crucify your mind. Producent tak pięknego przecież Man on wire (2008) serwuje nam kolejny obraz, który wywołuje ciarki, niedowierzanie, nerwowe gestykulacje i absolutnie nie dające się utrzymać w ustach ochy i achy. Nie chcąc jednak przedstawiać treści dokumentu w tym miejscu kończę i apeluję, że Sugar Mana, jak i samego Rodrigueza przegapić po prostu nie można.

wtorek, 12 lutego 2013

Oscary 2013

Źródło: www.canalplus.pl/oscary2013

poniedziałek, 11 lutego 2013

Poradnik pozytywnego myślenia

Źródło: www.showbizcafe.com
    Nietrudno zauważyć, że wieczorne sesje filmowe są o wiele przyjemniejsze niż sesja na uczelni, ale jak to mówią - mus to mus i samo się nie zda. A zatem skoro sesję większość z nas ma już za sobą, a sezon rozdawania filmowych nagród rozpoczął się na dobre, wypadałoby zaplanować kolejne zimowe wieczory i wyskoczyć do kina. A nowości teraz nie brakuje. Wśród nich zdecydowanie wyróżnia się Poradnik pozytywnego myślenia w reżyserii Davida O. Russell'a (2012). Praktycznie wszystkie główne role filmu zostały wyróżnione przez Akademię (R. De Niro, B. Cooper, J. Weaver) i obraz ma całkiem spore szanse na zdobycie kilku Oscarów. Choć czarnym koniem w wyścigu pozostaje dla użytkowników Filmwebu Django (reż. Q. Tarantino, 2012), Poradnik pozytywnego myślenia nie znalazł się w pierwszej piątce najlepszych filmów roku bez powodu. Został już dotąd doceniony podczas ceremonii Złotych Globów (wyróżnienie dla Jennifer Lawrence) i na wczorajszej imprezie BAFTA (nagroda za najlepszy scenariusz adaptowany, wyróżnienie dla najlepszych aktorów pierwszoplanowych - B. Coopera i J. Lawrence). O co zatem tyle szumu?

    Pat Solitano (Bradley Cooper) wpadł w tarapaty bijąc prawie do śmierci mężczyznę, którego kilka chwil wcześniej zobaczył pod prysznicem ze swoją żoną. Rzecz oczywista, każdy mógłby tak zareagować. U Pat'a zdiagnozowano jednak zaburzenia dwubiegunowe, przez które ze stanu pełnego zadowolenia płynnie przechodził ku niepohamowanej agresji. Żona bohatera (Brea Bee) prędko zrozumiała jakim błędem było wzięcie z nim ślubu i zerwała z Pat'em wszelki kontakt, podczas gdy on po wyjściu ze szpitala postawił sobie za punkt honoru odzyskanie ukochanej. Grunt to spotkać się wpół drogi.

J. Lawrence (www.totalfilm.com)
   Zmobilizowany i pełen wiary w swoje możliwości Pat, wraca więc do domu i kreśli w wyobraźni plany zdobycia Nikki. Wszyscy oprócz niego wiedzą, że wysiłki pójdą na marne. W grę nie wchodzi jednak posługiwanie się logicznymi argumentami. Ojciec (Robert de Niro) stara się z uporem maniaka nakłonić syna do spędzania z nim czasu przed telewizorem, gdyż wierzy, że jego obecność gwarantuje zdobycie tytułu przez jego ukochaną drużynę futbolową. Matka Pat'a (Jacki Weaver) próbuje w tym samym czasie ostudzić zapały syna każdym sposobem jaki przyjdzie jej do głowy. Przyjaciel bohatera, Ronnie (John Ortiz) wraz ze swoją żoną (Julia Stiles) zarzucają go swoimi problemami, byleby tylko ten nie myślał o Nikki. Wszystko jednak idzie na marne do czasu, gdy Pat spotka Tiffany (Jennifer Lawrence).

   Mawiają bowiem, że swój zawsze pozna swego i na przykładzie tych dwojga bohaterów nie można się wiele pomylić wypowiadając to zdanie. Okazuje się prędko, ze szalona bohaterka tak samo jak Pat odbiera wszystkie zewnętrzne sygnały poza głównymi falami nadawania i postanawia pomóc nieszczęśnikowi w odzyskaniu żony. Na zasadzie sprawiedliwej wymiany oferuje Patrickowi doręczenie miłosnego listu do Nikki w zamian za partnerowanie jej w konkursie tanecznym. Zachowanie szalonej kobiety, ot co. Gorzej gdy okaże się jednak, że jest to w dodatku akt kobiety zakochanej.

B. Cooper. R de Niro (www.m-edia.me)
    O Poradniku pozytywnego myślenia mówi się w mediach wiele dobrych rzeczy. Został wspaniale przyjęty przez krytyków, którzy zachwycają się rolą Jennifer Lawrence i zgodnie twierdzą, że ten film pozwolił Bradley'owi Cooper'owi rozwinąć skrzydła. Wiele wspomina się także o powrocie do formy Roberta de Niro, który za rolę ojca Patricka został w tym roku nominowany do Oscara, będąc dotychczas konsekwentnie pomijanym w podsumowaniach Akademii. Mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła Jennifer Lawrence, po której szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się wiele. Jest niezwykle przekonująca, histerycznie zabawna i pełna wdzięku. Jej karierę na pewno warto będzie nadal śledzić. O głównej roli męskiej Cooper'a można by rozwodzić się wiele, wymieniać plusy i minusy, a ja i tak w ostatecznym rozrachunku widzę go jako weterana bromansu, choć w Poradniku pozytywnego myślenia pokazuje się od lepszej, być może, że nawet i pełniejszej strony. Ujmując całościowo popisy aktorskie filmu, na pewno można być zadowolonym, gdyż wśród bohaterów Poradnika... nie znajdzie się nikt normalny, a zatem cała obsada poczyniła wielkie wysiłki, aby odnaleźć klucz do swoich postaci. Film Russella od początku jest dla widza tykającą bombą-niespodzianką, którą na przekór i z ciekawości jednocześnie, trzyma się w rękach dopóki nie wybuchnie. Jest zabawnie i bardzo emocjonalnie, a po napisach końcowych nachodzi refleksja o tym, że Poradnik... to nieoczywista oczywistość, o którą dziś w kinie rzadko. Na pewno warto zobaczyć!

wtorek, 22 stycznia 2013

Hitchcock

Źródło: www.eu.movieposter.com
    Mówi się, że za sukcesem każdego mężczyzny zawsze stoi jakaś kobieta i właściwie historia widziała już wiele przypadków potwierdzających trafności tej tezy. Pech sprawia niekiedy, że równie (lub może nawet bardziej) utalentowane Katarzyny, czy Marysie pozostają dla nas anonimowe, bo blaski świateł kieruje się tylko i wyłącznie na gorące nazwisko sezonu. Jednocześnie sławni mężowie zazwyczaj nie pokwapią się o jakiekolwiek słowa podziękowania, czy gesty wdzięczności. Łaskawie za to udzielą pozwolenia na wycieczkę z kartą kredytową do galerii, zaproszą na kolację, a niektórzy  pozwolą ewentualnie pozować ze sobą do zdjęcia w znanym żurnalu. No luksus. Ale jak to zwykle bywa, wyjątki się zdarzają. I całe szczęście, bo dzięki temu Sasha Gervasi mógł nakręcić do Hitchcocka (2012) dobre zakończenie!

    W najużyteczniejszej encyklopedii naszych czasów, Wikipedii, możemy odnaleźć hasło Alma Reville. Urodzona w 1899 r. Brytyjka, zasłużyła sobie na tę wzmiankę będąc niezwykle utalentowaną scenarzystką oraz edytorką tekstów. Jej rękę widać było w ponad 20 scenariuszach filmowych, lecz to nie te osiągnięcia życiowe są w tej historii tak bardzo ważne. Pani Reville była asystentką reżysera, którą nietrudno jest po obejrzeniu filmu Gervasiego skojarzyć z postacią Alfreda Hitchocka. Okazuje się, że zdanie Lady Hitchcock, słynny reżyser cenił najbardziej, a gdyby nie jej szlify nad scenariuszem Psychozy (reż. A. Hitchcock, 1960), cały projekt przepadłby bezpowrotnie. To właśnie ta kobiety zadecydowała o tym, jak Janet Leigh zginie pod prysznicem przy dźwiękach tak zatrważająco charakterystycznych, że rozpoznawalnych po dzień dzisiejszy nawet wśród najmłodszych widzów.

A. i A. Hitchock (heysiralfredwtfareyoudoing.tumblr.com)
    Właśnie o roli Almy Reville w życiu i twórczości Alfreda Hitchocka opowiada najnowszy film Gervasiego, Hitchock. Możemy się spodziwać, że 2013 rok upłynie na skojarzeniach właśnie z tym reżyserem, gdyż oprócz tego filmu (polska premiera przewidziana jest na marzec) będziemy mieli także okazję oglądać najnowszy obraz HBO The Girl, w którym państwo Hitchcock znów zwrócą się do nas z ekranu. Fanom wielkiego reżysera nie powinien także umknąć uwadze fakt, że nie tak dawno Zawrót głowy (reż. A. Hitchcock, 1958) zajął długo okupowane przez Obywatela Kane'a (reż. O. Welles, 1941) pierwsze miejsce na Sight & Sound, brytyjskiej liście największych przebojów filmowych wszechczasów.

    Wracając jednak do fabuły Hitchcocka, przenosimy się w rok 1959. Alfred (Anthony Hopkins) odnalazł właśnie niezwykle kontrowersyjną inspirację do swojego najnowszego filmu. Jest pomysł, zdeterminowanie, wiara w sukces, a zatem nie widać przeszkód na drodze do potwierdzenia swojej pozycji w Hollywood. A jednak. Jedna z największych wytwórni filmowych, Paramount Pictures, nie chce zgodzić się na firmowanie Psychozy swoim znakiem. Po długich debatach nad kontraktem, przedstawiciele firmy zgadzają się jednak na dystrybucję filmu, lecz pod warunkiem, że pan Hitchcock pokryje cały budżet z własnej kieszeni. Kiedy jego żona, Alma (Helen Mirren) dowiaduje się o tej intratnej umowie, w głowie kobiety pojawiają się najciemniejsze scenariusze. Jak zwykle jednak zaciska zęby i decyduje się wspierać męża w jego nowym przedsięwzięciu. Pech jednak chce, że Hitchcock uczynił już tradycją poszukiwania idealnej blondyneczki do swoich filmów i tym razem szaleńczo zafascynował się młodą Janet Leigh (Scarlett Johansson). Małżeństwo słynnej pary zostaje wystawione na próbę, w której cierpliwość staje się stawką o wiele cenniejszą niż finansowe przetrwanie Hitchcocków.

A. Hopkins i H. Mirren (articles.latimes.com)
   Najnowszy film Sashy Gervasiego jest wybornym filmem dla tych, którzy przepadają za twórczością Alfreda Hitchcocka. Pozostaje jednocześnie niemałą gratką dla tych, którzy niezmiennie pozostają pod urokiem niesamowitych - Anthony'ego Hopkinsa i Helen Mirren. I choć niewiele potrafię w tym przypadku powiedzieć o zgodności filmu z faktami, to umiem jednak stwierdzić, że przez Hitchcocka rezerwuję sobie po sesji czas na przeczytanie książki Pat Hitchcock O'Connell (córki państwa Hitchcock) The Woman Behind The Man. Film Gervasiego jest niezwykle ciekawy, wciągający i lekki w odbiorze. Nie taka bowiem biografia straszna, jak ją malują! 

wtorek, 25 grudnia 2012

Kochankowie z księżyca

Źródło: film.onet.pl
    Każdy posiada swoją wersję i wyobrażenia na temat czasów, w których nie byliśmy nawet w planach, aby przyjść na świat. I choć pod ręką mamy mnóstwo dokumentów i opasłych archiwów do przeglądania to i tak decydujemy się w końcu budować tamten świat z własnych klocków. Stwarzamy go takim, jakim chcemy go widzieć i przygotowujemy na nasze przyjście. Tęsknimy za czymś co nas urzekło, a nie mieliśmy szansy tego realnie doświadczyć. Tak też poczuł się podobno Wes Anderson, gdy wpadł na pomysł stworzenia swojego najnowszego filmu, Kochankowie z Księżyca (2012).

    Zanim powstał scenariusz do filmu Wes Anderson wyobraził sobie z początku idealną młodzieńczą miłość. Całkowicie obezwładniającą zmysły, śmiertelnie poważną, silną i nieprzepartą. Zdecydował prędko,że koniecznie musi być umiejscowiona w latach 60-tych i nieodwołalnie różnić od tej, którą obserwujemy w każdy filmie. Nie mogła to być miłość rodząca się miedzy dwojgiem 18-latków. Musiała być o wiele bardziej niewinna, choć nie mniej intensywna i czarująca. Wybór czasu akcji filmu na rok 1965 także nie był przypadkowy. Ten okres kojarzy się bowiem reżyserowi z niezwykłym optymizmem wśród Amerykanów i czasem szczęśliwości, którego kres nadszedł niedługo później. Anderson bez ogródek przyznaje w wywiadach, że choć w fabule na próżno doszukiwać się można związków z jego osobą, to chciałby aby takowe istniały naprawdę.

Jared Gilman jako Sam (www.students.pl)
    Reżyser doprowadza więc do spotkania dwojga kochanków na jednej z wysp Nowej Anglii. Nieco ekscentryczna i nad wyraz odważna jak na swój wiek Suzie Bishop (Kara Hayward), bez pamięci zakochuje się w Samie (Jared Gilman). Malec jest jednym ze skautów, których obóz stacjonuje niedaleko domu dziewczynki. Będąc indywidualistami, ogromnie w sobie zakochani uciekają gdzie ich nogi poniosą, powodując tym samym na wyspie niesłychany rajwach. Wszyscy okoliczni wyruszają na poszukiwania młodych uciekinierów. Wśród nich rozpoznamy państwa Bishop (Bill Murray i Frances McDormand), którzy przy okazji poszukiwań dowiadują się o sobie więcej niż by tego chcieli. Na pomoc rusza także ambitny, acz nieco nadwrażliwy i ślamazarny kapitan Sharp (Bruce Willis). Szyku dotrzymuje grupie cały oddział młodych skautów, na czele których stoi harcmistrz Ward (Edward Norton), o którym z początku trudno powiedzieć, że jest zorganizowany i odpowiedzialny. Wraz z przybraniem przez obrót sprawy bardziej poważnego charakteru do poszukiwań dołącza się także pracownica opieki społecznej (Tilda Swinton), która pragnie wysłać małego Sama do poprawczaka. Czas wciąż ucieka, a zakochani cały czas pozostają nieuchwytni.

B. Murray, F. McDormand, E. Norton, B. Willis (www.ppe.pl)
    Kochankowie z Księżyca stanowią film bardzo specyficzny, który nie każdemu ma szansę się spodobać. Gorąco jednak należy zachęcać do jego obejrzenia, gdyż jest obrazem przeuroczym, ciepłym i można by nawet powiedzieć, że cudacznym. Będzie idealny dla każdego, kto z poświęceniem potrafi oddawać się historiom pierwszych miłości raz i ponownie, wprost do znudzenia. Kochankowie z Księżyca napawają niezwykłym optymizmem, a losy Suzie i Sama śledzimy z rozgorączkowaniem i wypiekami na twarzy. Obraz jest bardzo oryginalny, nieprzewidywalny, dziwaczny, a przez to niezwykle interesujący i zapadający w pamięć. Scena, w której dzieci tańczą na opuszczonej plaży jest bezbłędna, a widok wybudowanego przez nich bastionu z namiotu, patyczków, kamyczków oraz szmatek wzrusza i niezmiernie rozczula. Idealny powód do odwiedzenia kina w Święta!

wtorek, 13 listopada 2012

Miłość

Źródło: film.org.pl
    Zanim wybrałam się na Miłość Michaela Haneke'ego nie widziałam jego wcześniejszych filmów. I był to chyba błąd, bo wydaje mi się, że wtedy lepiej i łatwiej udałoby mi się zrozumieć sens fabuły. Wybrałam się do kina wiedziona hasłami o najlepszym filmie tegorocznego Cannes i najpiękniejszą historią miłości, jaka kiedykolwiek powstała. A, że takie wprost uwielbiam, nie miałam innego wyjścia. Nie bez powodu też podobno przewidziano polską premierę Miłości na 2 listopada tego roku. Filmowi miała towarzyszyć atmosfera zadumy, powagi i niewątpliwie się to udało. Film jest mądrą i prawdziwą (w stylu europejskiego kina) opowieścią o ostatnich chwilach życia dwojga ludzi. O miłości na zabój i do szaleństwa jednocześnie i dosłownie.

     Fabuła filmu skupia się na dwojgu starszych ludzi. Za nimi długie, pełne przebojów życie. Pomimo zawiłości tegoż i problemów, które nastręcza, Georges ( Jean-Louis Trintignant) i Anne (Emmanuelle Riva) dzielnie trwali przy swoim boku. Nawet wówczas, gdy zaskoczyła ich starość nie zrezygnowali z celebrowania codziennych rytuałów i pielęgnowania rozrywek. Relację dwojga mąci jednak postępująca choroba Anne. Kobieta nie godzi się bycie ciężarem dla męża, konsekwentnie odrzuca uprzejme gesty i chęć pomocy. Odrazę i strach budzi w niej stanie się przedmiotem litości i rozpaczy bliskich. Zdezorientowany Georges nie stara się sprzeciwiać żonie. Każde słowo, które wypowiada Anne rozważa i zachowuje w pamięci. Nie ulega namowom córki (Isabelle Huppert) o przeniesieniu matki do szpitala. Postrzega Evę jako nierozważną i zajętą własnymi problemami. Georges sam dobrze wie, czego chce i potrzebuje jego żona. Z czasem jednak i w to zaczyna wątpić, gdy przyjdzie mu decydować za nieświadomą i opadłą ze wszystkich sił Anne. Wyboru jednak dokona. Dla żony i siebie. Dla świętego spokoju i wyczekiwanego ukojenia w bólu.
Na planie filmu - od lewej: Michael Haneke, Emmanuelle Riva Jean-Louis Trintignant (Źródło: polskieradio.pl)
     
    Miłość Haneke'ego jest obrazem, który zaskoczy złożonością psychologiczną postaci i zwrotem w fabule. Na przykładzie pierwszej połowy filmu chciałoby się powiedzieć, że tak właśnie powinno wyglądać "dogorywanie" uczucia dwojga ludzi. Prawdziwego, długiego i trwającego mimo wszystko. W obrazie doświadczymy wzajemnej troski o drugiego człowieka i niezmierzonego żadną miarą bólu, gdy zostaje się z osobą, która obecna jest tylko fizycznie.
Miłość na pewno jest obrazem wartym uwagi i pretendującym do miana najpiękniejszej historii miłości, jaką kiedykolwiek w kinie pokazano. Ale przy nadawaniu jej tytułu najwspanialszej, długo bym się zawahała, mając w pamięci chociażby takie filmy jak Away from her (reż. Sarah Polley, 2006), czy This can't be love (reż. Duane Poole, 1994). Trzeba jednak przyznać, że jest jedyny w swoim rodzaju - traktując o pięknie i brutalności miłości zarazem. W historię Anne i Georges'a wierzymy, ocierając ukradkiem spływające po policzku łzy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...