Podglądania powstają jako najlepszy sposób wypełnienia wolnego czasu. Sprawdzę, czy pisanie o filmach może przynieść tyle samo radości, co oglądanie ich. W polityce, a więc w tym, co studiuję nie znajduję nic z filmowego charakteru. Oczywiście poza abstrakcyjnością i paskudnymi charakterami.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komediodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komediodramat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 czerwca 2013

Dziewczyna z szafy

Źródło: www.filmweb.pl
   Śpiewano kiedyś, że każdy potrzebuje kogoś do kochania - do tęsknienia, całowania i przytulania. Każdy, kto kochał chociaż raz wie tak naprawdę, że trzeba wtedy o wiele poważniejszych deklaracji niż to. Wszystko zależy pewnie jednak od człowieka i zdawać by się mogło, że miłości poszukują najwytrwalej samotnicy. Jedni pragną kogokolwiek, a drudzy kogokolwiek innego i wtedy pojawia się właśnie największy problem.

   Potencjał obu tych wariantów miłosnej historii wykorzystał Bodo Kox.Wchodząca właśnie przebojem do naszych kin Dziewczyna z szafy miała być opowieścią o miłości dwojga samotników. Zwiastun filmu sugeruje widzowi, że wybierając się do kina zobaczy zabawną i wzruszającą historię ludzi, którzy natrafili na siebie najpiękniej, bo przypadkiem. Zrozumieli siebie nawzajem, pokrętnie pokochali i obdarowali spokojem. Całość miała dopełnić postać trzeciego bohatera, który za miłością gonił jak szalony. Za jakąkolwiek. Z kina miałam nadzieję wychodzić zrelaksowana i pełna dobrego nastroju, bo jeśli tak wiele osób mówiło o tym, że to przebój sezonu to przecież nie mogli się mylić. Miałam nawet z początku ochotę wybrać się z tego powodu na Dziewczynę z szafy dwa razy. W życiu jednak!

   Jacek (Piotr Głowacki) zamieszkał po śmierci rodziców ze swoim bratem Tomkiem (Wojciech Mecwaldowski). Chorujący na nowotwór bohater jest w przeciwieństwie do Jacka niezwykle zamknięty w sobie i nieprzystosowany do życia wśród ludzi. Pomimo poważnych obowiązków Jacek chce jednak korzystać z życia i dlatego nie obawia się spotykać z kobietami, które niestety odstrasza chory Tomek. Nie chcąc jednak przepuścić szansy na "wielką miłość" , wychodzi od czasu do czasu z domu i zostawia brata pod opieką sąsiadki. Pewnego dnia ta nie będzie mogła zająć się Tomkiem, a pełen obaw Jacek zapuka do drzwi dziewczyny z naprzeciwka. Mająca dość własnych problemów Magda (Magdalena Różańska) godzi się ku zaskoczeniu Jacka na spotkania z Tomkiem. Do drzwi dziewczyny niejednokrotnie zapuka także inny adorator, któremu tajemnicza dziewczyna skradła serce już dawno temu...

M. Różańska i W. Mecwaldowski (www.filmweb.pl)
   Dziewczyna z szafy opowiada delikatnie o kilku rodzajach miłości. W filmie przyglądamy się goniącemu za uczuciem Jackowi, który pragnie być kochany przez kogokolwiek, gdyż nie wytrzymuje dłużej życia w pojedynkę. Doskonale wie, czego brakuje w jego życiu i odpowie na zaloty każdej kobiety, która zwróci na niego uwagę. Zupełnie innym przypadkiem jest Tomek, o którym z powodu jego choroby, nie jesteśmy z początku przekonani, że może kochać. Okazuje się jednak, że po poznaniu Magdy zupełnie oszaleje na jej punkcie. Koleje odwiedziny sąsiadki będą przywoływały na myśl skojarzenia z pierwszą podwórkową miłością chłopca, o której marzy i śni, a po znalezieniu się w jej pobliżu zupełnie słupieje. Pozostająca pod wrażeniem Tomka Magda, darzy także niejasnym uczuciem odwiedzającego ją dzielnicowego, który nie mając wprawy w romansowaniu, stara się niezdarnie dotrzeć do dziewczyny i zaprosić ją na spotkanie. Poza tym wszystkim obserwujemy na ekranie także miłość braterską. Dbający za wszelką cenę o komfort życia brata Jacek, stając przed niespodziewanym wyzwaniem, uświadamia sobie jak bardzo jest samotny i związany z Tomkiem.

   Wychodząc z kina nie towarzyszy nam entuzjazm. Idziemy raczej od rękę z dosyć nachalnym Rozczarowaniem, które po prostu nie chce się od nas odczepić. Dziewczyna z szafy nie spełnia bowiem plakatowych obietnic. Jest trochę śmiesznie i trochę wzruszająco. Mamy rewelację, ale nie absolutną. Oglądając film mamy wrażenie, że reżyser, choć mając fantastyczny zamysł, nie ukazał nam całego potencjału emocjonalnego bohaterów. Wszystkiego było w trakcie trwania filmu odrobinę za mało. Na koniec popadamy w dodatku w nieco niezrozumiałą melancholię, która niczego nie uczy, a jedynie przytłacza. Filmowi nie można odmówić jednak interesującego i odświeżającego gatunek komediowy pomysłu.Wojciech Mecwaldowski wspiął się w Dziewczynie z szafy na wyżyny swoich zdolności aktorskich, prezentując widzowi niezwykle realistyczną i złożoną psychologicznie postać. Na hit sezonu całość jednak zdecydowanie nie zapracowała.

Dziewczyna z szafy
Polska, 2013, 89'
reż. i scen. Bodo Kox, zdj. Arkadiusz Tomiak, prod. Włodzimierz Niderhaus, dystr. Kino Świat, wyst. Wojciech Mecwaldowski, Eryk Lubos,  Piotr Głowacki, Magdalena Różańska.

środa, 8 maja 2013

Historie kuchenne

Źródło: www.merlin.pl
   Majówka i towarzysząca jej piękna pogoda zdecydowanie nie wpływa na nas motywująco, aby wybrać się do ciemnej i klimatyzowanej sali kinowej. Zamiast tego wolimy spacery, baseny, wycieczki, biwaki, joggingi, przysiady, grille i ekosałatki! A gdyby tak przy okazji tego całego świętowania na świeżym powietrzu rozwiesić między drzewami prześcieradło, ustawić na wprost niego pożyczony od dziadków projektor i wybrać film, który sprawi, że jeszcze bardziej rozpłyniemy się w tych letnich i dusznych wieczorach? No w maju jak w gaju!

   Doskonałym wyborem na taki powolny i dosyć senny już wieczór stanie się film Benta Hamera Historie kuchenne. Opowiada on o nieco dziwnym i ekscentrycznym projekcie szwedzkiego autorstwa, którego konwencją postanowił pobawić się reżyser. W Historiach kuchennych poprowadził badania szwedzkiego Instytutu Badań Domowych nieco innym torem. Zastanowił się co stałoby się gdyby przedmiotem badań stały się nie wprawne gospodynie domowe a wstydliwi kawalerowie.
Pomysł na swój film Hamer zaczerpnął z książki "My i nasze domy", w której znajdował się artykuł o szwedzkim Instytucie Badań Domowych. W latach pięćdziesiątych Instytut ten przeprowadził studia nad kuchnią jako miejscem pracy. Celem badań było zoptymalizowanie codziennych czynności domowych i zwiększenie ich efektywności.
                                                                                                                                       - Filmweb.pl

   Tamtejszy Instytut wysyła zatem swoich naukowców do oddalonego o moc kilometrów norweskiego dystryktu, aby zbadali oni zwyczaje kuchenne tamtejszych kawalerów. Zaciekawieni odmieńcami panowie siadają za dnia na zbliżonych konstrukcją do krzeseł reżyserskich, szalenie wysokich wynalazkach i stamtąd obserwują poczynania samotnych domowników. Uzbrojeni w notesy, rejestrują ich każdy pojedynczy ruch. Nie jest to wcale jednak takie proste zadanie, gdyż naukowcy w żaden sposób nie mogą kontaktować się ze swoimi gospodarzami. Noce spędzają w rozlokowanej niedaleko domu, dziwacznie wyglądającej jak damska torebka przyczepie i tym samym także zdani są sami na siebie. Po jakimś czasie pobytu krępująca cisza zaczyna obu stronom jednak już bardzo przeszkadzać. Najbardziej zwiążą się ze sobą Folke (Tomas Norström) i Isak (Joachim Calmeyer). 


Isak i Folke (www.filmweb.pl)
   Gdy zdecydowałam się w końcu zabrać za Historie kuchenne nie wiedziałam tak naprawdę, czego miałabym się spodziewać. Czy fabularnego dokumentu, dramatu, czy może komedii. Po obejrzeniu filmu niewiele się rozjaśniło. Jestem jednak pewna tego, że Historie kuchenne to film obyczajowy,  urokliwy, w nieoczywisty sposób roztkliwiający i delikatny. Choć dosyć ciężki w odbiorze i z początku absolutnie nieprzekonujący, nie zatrzymuje nas przed zajściem w głowę - o co tutaj właściwie chodzi? Bohaterowie filmu są zabójczo inni od tych, do których przyzwyczaiło nas kino amerykańskie. Są oszczędni w słowach i gestach, odrobinę nieporadni i wstydliwi. Z każdą minutą filmu kradną jednak nasze serca. Komizm filmu nie opiera się w tym przypadku na przehisteryzowanych dialogach, czy śmieszności fizycznej bohaterów. Rozśmieszają nas za to drobniutkie szczególiki i dziwactwa domu, w którym dzieją się Historie. Bent Hamer przyczynił się do pokazania czegoś innego - zarówno w sensie estetycznym, jak i tematycznie. Film stał się perełką, której nie powinniśmy przegapić jeśli kochamy minimalizm, oszczędność, czyli słowem - kino skandynawskie. 

Historie kuchenne, Salmer fra kjøkkenet
Norwegia, Szwecja, 2003, 95'
reż. Bent Hamer, scen. Bent Hamer, Jörgen Bergmark, zdj. Philip Øgaard, muz. Hans Mathisen, prod. Jörgen Bergmark, Bent Hamer, dystr. Gutek Film, wyst. Joachim Calmeyer, Tomas Norström, Bjorn Floberg, Sverre Anker Ousdal, Leif Andrée.

Najlepszy kinowy film norweski/ Ben Hamer/ Amanda 2003

czwartek, 3 stycznia 2013

Pociąg do Darjeeling

Źródło: www.wesanderson.wikia.com
    Zaczyna się od ulubionego smoczka, a później misia i lalki. Gdy podrastamy, potrafimy powiedzieć jaki przedmiot szkolny najbardziej przypada nam gustu i w co najczęściej lubimy się bawić. Potem przychodzi pora na ulubione postaci. Wyliczamy bajkowych bohaterów, muzyków, sportowców, w końcu i reżyserów. I o ile z tymi wcześniejszymi faworytami nie miałam nigdy problemu, tak do tego ostatniego rodzaju podchodziłam bardzo sceptycznie. Ale stało się. Wpadłam jak śliwka w kompot i zakochałam się w Wesie Andersonie, który urzekł mnie ostatnio oglądanym Pociągiem do Darjeeling.

    Za scenariusz do filmu odpowiedzialny jest nie tylko sam reżyser,  ale i Jason Schwartzman (odtwórca roli Jacka L. Whitmana) oraz Roman Coppola.  Wspólnie postanowili, że historia, którą stworzą będzie do granic możliwości odzwierciedlała ich życie. Trzej panowie udali się zatem w podróż do Indii i czerpiąc ze swoich doświadczeń powoli zaczęli komponować niepowtarzalny i bardzo osobisty scenariusz. Właściwie wszystko, co przydarza się filmowym braciom Whitman, oprócz kupna śmiertelnie jadowitego węża, spotkało bezpośrednio któregoś z twórców. A jeśli nawet nie przed napisaniem scenariusza to w trakcie pracy nad nim, bo Schwartzman, Anderson i Coppola zdecydowali się na bieżąco wchodzić w role szalonych braci i testować wszystkie pomysły na sobie. Deklaracje autorów scenariusza sprowokowały pytania o duchową przemianę, którą mogła wywołać potencjalnie w ich życiu podróż do Indii. Anderson przyznaje,że choć nie doznał oświecenia, którego uporczywie poszukują bohaterowie jego filmu, nie jest w stanie pomyśleć o podobnej wyprawie, która w większy sposób wpłynęłaby na jego życie.

Anderson, Schwartzman i Coppola (www.blogs.indiewire.com)
   Zatem w pociągu do Darjeeling spotykają się trzej bracia. Francis (Owen Wilson), Peter (Adrien Brody) oraz Jack L. Whitman (Jason Schwartzman). Całą tajemniczą podróż organizuje ten pierwszy. Ma nadzieję na to, że w trakcie pobytu w Indiach bracia zbliżą się do siebie i odnowią porzucone niegdyś niedbale więzi. Nie wyjawia jednak prawdziwego celu ich wyprawy, bo wie, że z zaufaniem wobec siebie wszyscy trzej są na bakier. Tego samego zdania są pozostali dwaj bracia, którzy w obawie przed reprymendami najstarszego, wyjawiają sobie osobiste sekrety, prosząc tym samym o dyskrecję swojego spowiednika. Na próżno jednak oczywiście. Na jaw wychodzi coraz więcej skrywanych uraz, które trudno jest przedyskutować na spokojnie. Ostatecznie Whitmanowie robią w pociągu taki rajwach, że z hukiem wylatują z niego na najbliższej stacji. W tym czasie dostrzegają, że warto byłoby się w końcu dogadać, choć przygody, które ich spotykają, nie sprzyjają pojednaniu. Oprócz jednej, bardzo znaczącej.

Plakat Hotelu Chevalier (shakinghandsmedia.blogspot.com)
    Mający swoją premierę we wrześniu 2007 r. film Andersona nie przypadł do gustu wszystkim gościom 64- go festiwalu filmowego w Wenecji. Krytycy zarzucili reżyserowi, że jest nieoryginalny w porównaniu z innymi propozycjami z dorobku. Sam Anderson zauważył, że taka interpretacja jest dopuszczalna, a on sam nie będzie jej negował. Za najważniejszy motyw filmu uznał Indie, a dopatrywanie się związków z pozostałymi jego dziełami wskazał jako bezcelowe, gdyż nie stanowią swojego uzupełnienia, czy tym bardziej kontynuacji. Przynajmniej w początkowym zamierzeniu. Jednak jeżeli ktoś koniecznie pragnie się doszukać powiązań z innymi filmami to zanim wsiądzie do pociągu do Darjeeling, Anderson zaprasza go do pokoju Hotelu Chevalier, w którym w niedwuznacznej sytuacji odnajdzie Jacka i jego byłą dziewczynę (Natalie Portman). Ten krótkometrażowy film można potraktować jako prolog do Pociągu do Darjeeling. Jest przejmujący, lecz oczywiście nieco dziwny.

   Pociąg do Darjeeling na pewno nie jest dla każdego. Ręczę jednak za to, że jeśli choć jeden film Andersona przypadnie komuś do gustu to będzie to miłość od pierwszego wejrzenia. W prędkim czasie pochłonie się cały dorobek reżysera i z wypiekami na twarzy będzie się czekało na więcej. Pociąg do Darjeeling jest pomysłem bardzo oryginalnym i utrzymanym w przeuroczym, cudacznym klimacie. Jest zabawny, lecz w bardzo specyficzny, właściwy dla reżysera sposób. To film, który z pewnością miło się wspomina i dobrze jest do niego wrócić w pochmurny, nieprzyjemny dzień, gdyż absolutnie pozytywnie nastraja do życia.

wtorek, 25 grudnia 2012

Kochankowie z księżyca

Źródło: film.onet.pl
    Każdy posiada swoją wersję i wyobrażenia na temat czasów, w których nie byliśmy nawet w planach, aby przyjść na świat. I choć pod ręką mamy mnóstwo dokumentów i opasłych archiwów do przeglądania to i tak decydujemy się w końcu budować tamten świat z własnych klocków. Stwarzamy go takim, jakim chcemy go widzieć i przygotowujemy na nasze przyjście. Tęsknimy za czymś co nas urzekło, a nie mieliśmy szansy tego realnie doświadczyć. Tak też poczuł się podobno Wes Anderson, gdy wpadł na pomysł stworzenia swojego najnowszego filmu, Kochankowie z Księżyca (2012).

    Zanim powstał scenariusz do filmu Wes Anderson wyobraził sobie z początku idealną młodzieńczą miłość. Całkowicie obezwładniającą zmysły, śmiertelnie poważną, silną i nieprzepartą. Zdecydował prędko,że koniecznie musi być umiejscowiona w latach 60-tych i nieodwołalnie różnić od tej, którą obserwujemy w każdy filmie. Nie mogła to być miłość rodząca się miedzy dwojgiem 18-latków. Musiała być o wiele bardziej niewinna, choć nie mniej intensywna i czarująca. Wybór czasu akcji filmu na rok 1965 także nie był przypadkowy. Ten okres kojarzy się bowiem reżyserowi z niezwykłym optymizmem wśród Amerykanów i czasem szczęśliwości, którego kres nadszedł niedługo później. Anderson bez ogródek przyznaje w wywiadach, że choć w fabule na próżno doszukiwać się można związków z jego osobą, to chciałby aby takowe istniały naprawdę.

Jared Gilman jako Sam (www.students.pl)
    Reżyser doprowadza więc do spotkania dwojga kochanków na jednej z wysp Nowej Anglii. Nieco ekscentryczna i nad wyraz odważna jak na swój wiek Suzie Bishop (Kara Hayward), bez pamięci zakochuje się w Samie (Jared Gilman). Malec jest jednym ze skautów, których obóz stacjonuje niedaleko domu dziewczynki. Będąc indywidualistami, ogromnie w sobie zakochani uciekają gdzie ich nogi poniosą, powodując tym samym na wyspie niesłychany rajwach. Wszyscy okoliczni wyruszają na poszukiwania młodych uciekinierów. Wśród nich rozpoznamy państwa Bishop (Bill Murray i Frances McDormand), którzy przy okazji poszukiwań dowiadują się o sobie więcej niż by tego chcieli. Na pomoc rusza także ambitny, acz nieco nadwrażliwy i ślamazarny kapitan Sharp (Bruce Willis). Szyku dotrzymuje grupie cały oddział młodych skautów, na czele których stoi harcmistrz Ward (Edward Norton), o którym z początku trudno powiedzieć, że jest zorganizowany i odpowiedzialny. Wraz z przybraniem przez obrót sprawy bardziej poważnego charakteru do poszukiwań dołącza się także pracownica opieki społecznej (Tilda Swinton), która pragnie wysłać małego Sama do poprawczaka. Czas wciąż ucieka, a zakochani cały czas pozostają nieuchwytni.

B. Murray, F. McDormand, E. Norton, B. Willis (www.ppe.pl)
    Kochankowie z Księżyca stanowią film bardzo specyficzny, który nie każdemu ma szansę się spodobać. Gorąco jednak należy zachęcać do jego obejrzenia, gdyż jest obrazem przeuroczym, ciepłym i można by nawet powiedzieć, że cudacznym. Będzie idealny dla każdego, kto z poświęceniem potrafi oddawać się historiom pierwszych miłości raz i ponownie, wprost do znudzenia. Kochankowie z Księżyca napawają niezwykłym optymizmem, a losy Suzie i Sama śledzimy z rozgorączkowaniem i wypiekami na twarzy. Obraz jest bardzo oryginalny, nieprzewidywalny, dziwaczny, a przez to niezwykle interesujący i zapadający w pamięć. Scena, w której dzieci tańczą na opuszczonej plaży jest bezbłędna, a widok wybudowanego przez nich bastionu z namiotu, patyczków, kamyczków oraz szmatek wzrusza i niezmiernie rozczula. Idealny powód do odwiedzenia kina w Święta!

środa, 21 listopada 2012

Mój rower

Źródło: www.film.wp.pl
    Mój rower w reżyserii Piotra Trzaskalskiego i Wojciecha Lepianki to kolejna tegoroczna propozycja, którą od paru tygodni lansuje jedna z naszych rodzimych stacji telewizyjnych. Zupełnie chyba niepotrzebnie, gdyż film potrafi się sam wybronić, a zachwalanie go na ekranie telewizora po 15 razy dziennie może przynieść odwrotny do oczekiwanego efekt. Film ujmuje przede wszystkim prostotą przekazu, lekkością fabuły i znakomitymi dialogami, choć nad pewnymi zabiegami dokonanymi przez reżyserów można trochę pokręcić nosem. Twórcy Mojego roweru porywają się bowiem na temat utarty i po stokroć wałkowany, nie wprowadzając oczekiwanej z początku świeżości ujęcia i nowego spojrzenia na relacje męsko-męskie.

    Oś fabularna filmu kręci się wokół trzech postaci - Włodzimierza Starnawskiego (Michał Urbaniak), jego syna Pawła (Artur Żmijewski) oraz wnuka, Maćka (Krzysztof Chodorowski). Szybko okazuje się, że trzej panowie nie mają ze sobą za wiele wspólnego, a pretekstów do rozmowy nieustannie brakuje. Niespodziewanie pojawia się jednak problem, gdy Włodzimierz trafia do szpitala, a przybyli na miejsce Paweł i Maciek dowiadują się, że babcia tego ostatniego postanowiła w końcu utrzeć nosa swojemu mężowi i zostawić go raz na zawsze. Nie mogąc się z tym pogodzić, Paweł planuje odnalezienie matki i przemówienie jej do rozsądku. Cała trójka (wraz z niecierpiącym samotności psem Włodzimierza, Kolesiem) wyrusza więc na wielkie poszukiwanie Barbary (Anna Nehrebecka). Prędko okazuje się jednak, że nie będzie to takie proste. W zapomnianej przez Boga miejscowości letniskowej, bohaterowie będą musieli wspólnie zmierzyć się z paroma przygodami. Przyjdzie im rozmawiać, wspólnie spędzać czas i zastanawiać się nad mniej lub bardziej poważnymi sprawami. Odnalezienie matki Pawła schodzi więc jak gdyby na drugi plan, a całą trójkę pochłoną frasunki zgoła bardziej przyziemne. Okaże się wkrótce, że bardzo zbliżą do siebie bohaterów.

Źródło: www.students.pl
    Wybranie się na Mój rower do kina nie będzie złym pomysłem. To czas dobrze spędzony, bo przede wszystkim mile i wydaje się mądrze. Choć obraz w żadnej mierze nie ujmuje tematu na nowo, a widz może mieć wrażenie, że reżyserom zależy tyko i wyłącznie na pogłębianiu w nim rozczulenia, to jednak nie stanowi typowej, polskiej wydmuszki filmowej. W obronie Mojego roweru podnoszą się głosy o świetnych i błyskotliwych dialogach (przede wszystkim pomiędzy Pawłem i jego synem) i trafnym doborze aktorów. Urbaniak, Żmijewski i Chodorowski stają na wysokości zadania i wypadają nad wyraz prawdziwie. Stanowią na tyle dobrze zgrane trio, że o innej obsadzie nawet nie przychodzi nikomu pomyśleć.
Choć Mój rower balansuje na granicy hitu i kitu to jednak nie można o nim wydać jednoznacznej opinii. Film podzielić można jak gdyby na dwie części, z której ta pierwsza wypada o wiele lepiej od końcowych ujęć. Można odnieść wrażenie, że reżyserom pomysłowości wystarczyło tylko na pierwsze fragmenty obrazu. Później zabrakło wspomnianej świeżości i tego czegoś, co sprawiłoby, że film zostanie nam na długo w pamięci. W tym wypadku zostanie jednak tylko na parę chwil, lecz w towarzystwie bardzo dobrego wrażenia.

niedziela, 9 września 2012

Frankie i Johnny

    "Frankie i Johnny byli zakochaną parą, a przynajmniej tak szła ta historia..." śpiewał wieki temu Sam Cooke. I choć piosenkowa miłość nie kończy się dobrze, a Frankie Johnnego zabija to jest jeszcze jej filmowa wersja. W niej losy zakochanych toczą się troszkę inaczej. Na całe szczęście! W 1991 roku Garry Marshall nakręcił przepiękny, lecz nieoczywisty romans. Frankie i Johnny jest obrazem, który wywołuje u współczesnego widza emocje, których skąpią nowoczesne produkcje.

    Frankie (Michelle Pfeiffer) pracuje jako kelnerka w jednej z nowojorskich knajpek. Do tej pory życie dało już dziewczynie nieźle popalić, więc do wszystkiego stara się podchodzić z rezerwą. Wydaje się być zadowolona ze swojej obecnej sytuacji, jednak w głębi serca marzy jeszcze o czerpaniu z życia garściami. Ale jak miałaby to zrobić skoro ono bezlitośnie formuje przeciwko niej swoje piąstki i nieźle boksuje? Frankie woli więc trzymać się na uboczu i obserwować. Pozwala rzeczom się dziać po prostu.

    Po spotkaniu Johnnego (Al Pacino) będzie musiała jednak zmienić swoją taktykę. Podstarzały, acz nad wyraz zadziorny Grek wyszedł właśnie z więzienia i został kucharzem restauracji, w której pracuje Frankie. Dziewczyna od razu wpada mu w oko. Johnny podejmuje więc pierwsze próby poskromienia złośnicy i jedna za drugą składa zakłopotanej Frankie propozycje randki. Choć bohaterka konsekwentnie odrzuca zaloty natręta to ostatecznie mu ulega. Zakochują się w sobie. Oczywiście niejednocześnie. Odczuwający niemiłosiernie upływający czas Johnny chce jak najszybciej sformalizować związek. Ona nie chce o tym słyszeć. A więc cały w tym ambaras, aby dwoje chciało naraz.

    Historia więc stara jak świat, a jednak nieubłaganie chwyta za serce. Film Frankie i Johnny trzeba zobaczyć nie tylko ze względu na młodziutką i przepiękną Michelle Pfeiffer, czy legendarnego Ala Pacino. Według mnie należy na niego spojrzeć pod tym samym kątem, co na niedawno opisywany obraz Kiedy Harry poznał Sally. Jest to film, który już się nie powtórzy. Dziś wydaje się królować zupełnie inne aktorstwo. To, co kiedyś było urzekająco teatralne w grze zawodowców teraz jest wypierane przez realizm i autentyczność. Wrażenia duchowe schodzą na dalszy plan, a ich miejsce zajmują doznania estetyczne. To, co było kiedyś uznawane za znakomite dziś jest już właściwie dla niektórych tylko przeżytkiem. Dlatego warto wracać do takich filmów jak Frankie i Johnny. Aby posłuchać pięknej historii, wczuć się i nie móc oderwać od tytułu do końca życia.

środa, 1 sierpnia 2012

Young Adult

    Pierwsze randkowania, wagary, popularność, dziewczęce intrygi, dramaty mniejsze i większe. Acha! Jesteśmy w liceum. Jedni chcą o nim jak najprędzej zapomnieć i nigdy więcej nie przywoływać w pamięci setek upokorzeń z zamierzchłych czasów. Dla odmiany są też tacy, dla których ten rozdział życia to świętość. Każde wspomnienie pielęgnują z uwielbieniem, jak gdyby wciąż wierząc, że to właśnie tam spełnili się w stu procentach. Wszystko zależy jak zwykle - od punktu siedzenia. A Mavis Gary, bohaterka Young Adult Jasona Reitmana, siedziała wtedy bardzo wysoko. W 2011 r. miał swoją światową premierę film, którego w polskich kinach nie gościliśmy. Wielka szkoda, bo jest rewelacyjny.

    Główna bohaterka filmu to Mavis Gary (Charlize Theron). Ma 37 lat. W swoim życiu osiągnęła niewiele, choć oczywiście nie w swoim mniemaniu. Przeprowadzkę do wielkiego miasta z prowincjonalnej miejscowości potraktowała jako niezbędną terapię. Pozostawiła za sobą rodzinę, dotychczasowe życie i wszystkie wspomnienia, marząc o wielkiej karierze w Minneapolis. No, może nie wszystkie. Mavis ukochała sobie czasy liceum, w których była najpopularniejszą dziewczyną w szkole. To tam poznała swoją pierwszą i najprawdziwszą miłość. A przynajmniej tak jej się zdawało do czasu, gdy pewnego dnia otworzyła skrzynkę pocztową. Czekało tam na nią zaskakujące zaproszenie. Ukochanemu Mavis właśnie urodził się słodki bobas i radosny Buddy (Patrick Wilson) prosił byłą dziewczynę na tradycyjne przyjęcie.

    Nieco oszołomiona Mavis pokrętnie odczytuje zamiary byłego narzeczonego. W przeciągu kilku minut, uznając, że zna ukochanego jak własną kieszeń, stwierdza, że jest głęboko nieszczęśliwy. Zaproszenie jest wołaniem o pomoc, a ona musi na nie odpowiedzieć. Dać mu jeszcze jedną szansę, oswobodzić go z rodzicielskich obowiązków, wyrwać z małej mieściny i zabrać do Minneapolis. Tego przecież oboje pragną - czasów świetności, jak za liceum. Pośpiesznie konstruując szalony plan odzyskania Buddy'ego, Mavis nie wiele myśląc pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Minnesoty.

   Po przyjeździe swoje kroki niezwłocznie kieruje do baru. Dobrze wie, że  tam zawsze będą na nią czekać całe zastępy smukłych i wysokich przyjaciółek na półkach. Parę łyków mocno alkoholowych trunków w mgnieniu oka rozwiąże wszystkie jej problemy. Przyzwyczajona do picia w samotności bohaterka, niechętnie więc odpowiada na zagajenia mało atrakcyjnego natręta. Po paru chwilach jednak mu ulega i rozpoznaje w nim znajomego z dawnych lat. Od tego czasu będą nierozłączni, a przypadkowo spotkany Matt (Patton Oswallt) będzie towarzyszył Mavis w większości szalonych eskapad, których celem będzie odzyskanie byłego ukochanego.

    Fabuła filmu brzmi dosyć banalnie. Widzieliśmy gdzieś już to przecież. Niemalże co pół roku polskie stacje telewizyjne serwują nam Dziewczynę z Alabamy. Całkiem niezła komedia z uroczą Reese Whiterspoon nie ma jednak nic wspólnego z filmem Reitmana. Nie będzie ani słodko, ani prosto. Young Adult to gorzka historia kobiety, która się nie spełniła. Swoją bohaterkę reżyser przedstawia z dwóch różnych perspektyw. Jej własnej, w której widzimy Mavis zrezygnowaną, znerwicowaną i zagubioną w alkoholowym nałogu. Zgorzkniała kobieta wciąż jednak marzy o szczęściu, choć doskonale wie i święcie wierzy w to, że w czasach licealnych była u progu swojej świetności. A to już nie powróci. Inną wizję bohaterki przedstawiają mieszkańcy miejscowości, do której Mavis wraca. Rodzice, były narzeczony, zazdrosne koleżanki i pozostali zainteresowani widzą w niej królową życia. Jej postać utożsamiają z sukcesem i nie wierzą, aby miała jakiekolwiek problemy. Tak naprawdę o pannie Gary można by pisać jeszcze wiele, ponieważ jej portret genialnie namalowała Charlize Theron i w Young Adult daje znakomity popis swoich aktorskich umiejętności. Cała fabuła filmu jest nieprawdopodobnie wyrazista, prawdziwa i bogata w ponadczasowe przesłania. Film znakomity zarówno w wątki komediowe, jak i dramatyczne. Jeszcze na długo po obejrzeniu pozostaje w pamięci.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...